O migach (ale nie tych samolotach)

W niedzielę Ten oraz jego kumpel Antonio postanowili przyrządzić dla całego towarzystwa tradycyjną hiszpańską potrawę zwaną migas, czyli po naszemu okruchy. Potrawa, jak prawie wszystkie tradycyjne, pochodzi z czasów po hiszpańskiej wojnie domowej, kiedy to o jakiekolwiek pożywienie nie było łatwo i człowiek musiał z niczego przyrządzać posiłki sycące i tanie. Migas więc, jak sama nazwa mówi, składają się głównie z wnętrza chleba, najpierw namoczonego w wodzie, wymieszanego z tajemniczą pastą złożoną na pewno z czosnku, papryki i oliwy, bo tyle akurat udało mi się rozpoznać, a potem przysmażonego w celu wyparowania wody, oraz usmażonego osobno i dodanego na sam koniec chorizo. Efekt końcowy to właśnie dość tłuste, bardzo smaczne suche okruchy z pikantnym chorizo.

Wszystko wygląda bardzo prosto, i takie niewątpliwie jest, jeśli użyje się pszennego chleba, doskonałego do tostowania i kruszenia. Atonio jednakże zakupił trzy bochenki tak zwanego Landbrot – chleba żytniego, wilgotnego, na zakwasie, który prędzej spleśnieje, niż zrobi się suchy i twardy. I takim oto sposobem, schodzące się od 14 godziny towarzystwo (zaproszone na obiad około 15) kolejno zastawało dwóch spoconych kucharzy usiłujących mieszać i doprowadzić do wyschnięcia brunatnego gniota o konsystencji bardzo lepkiej gliny. Około 14.30 udało się złamać drewnianą łyżkę do mieszania. O 14.50 na odsiecz ruszył Seta, gdyż kucharzom pomału odpadało prawe ramię. O 15.00 nadeszłam ja, z własną drewnianą łyżką. O 15.15 skończyły się czipsy, a Rosa, pilnie umówiona ok. 17.00, zaczęła przeglądać menu serwisu pizzy. O 15.30 ktoś wpadł na pomysł zmiany garnka, a z dotychczas używanego odklejono grubą na centymetr warstwę przypalonego chleba. O 15.45 Ten zadzwonił do mamy, która orzekła, że dodali za dużo wody i zaproponowała dosypanie bułki tartej. Antonio z kolei orzekł od razu, że bułki tartej w domu nie posiada, w niedzielę nie było jej gdzie kupić a Helena znajdowała się już w drodze i nie mogła przynieść z domu. Wszyscy dostali małpiego rozumu na punkcie bułki tartej i prawie wsypali w charakterze zastępstwa okruchy po czipsach, po czym Antonio jednak otworzył szafkę nad głową i wyciągnął z niej wielki karton pożądanego produktu. Bułka tarta nic nie dała.

Około 16.00 gniot zaczął być jakby nieco suchszy. Rosa przeniosła termin na godzinę osiemnastą. Postęp gniota zaczynał być wyraźny, a wszyscy jak szatan śmierdzieli spalenizną. O 16.45 nieśmiało zaczęto ustawiać talerze na stole, a towarzystwo bliskie było pożarcia serwetek i sztućców. O 17.05 na stole triumfalnie postawiono wielki gar.

Migas okazały się być przepyszne, mimo bardzo mało zachęcającego wyglądu, a wilgotność chleba doskonale wpłynęła na wpijanie tłuszczu, były znacznie bardziej przyjazne dla wątroby, niż te, które jadłam w barze w Sewilli.

Antonio, Seta oraz Ten mają dziś ogromne zakwasy w ramionach.

migas

Reklamy

Komentarze 3 so far »

  1. 1

    Pinot said,

    Uśmiałam sie jak norka 🙂 Smacznego 🙂

  2. 2

    Barbarella said,

    Uwielbiam potrawy z chleba! Na północy Hiszpanii tego nie jedzą, nigdy nie widziałam w knajpie ani u naszych znajomych, poleciałam przeglądać przepisy na jutubie… Well, na 2 – 3 osoby to bym się podjęła to zrobić, ale na więcej to faktycznie, trzeba miec biceps. Albo specjalny gar, jak pan z Andaluzji:

  3. 3

    Mariposanegra said,

    No więc nas było dziewięcioro…
    A, i uśmiałam się jak pan powiedział, że es un proceso un poco largo, media horita. Ha ha ha. Nasi chłopcy 4 godziny mieszali! Czte-ry.


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: