Włoskich wakacji część druga

To na czym ja…? A, Rzym. Tu pojawi się dygresja następna, a mianowicie uliczni sprzedawcy. Byli WSZĘDZIE, na moje oko rodem z Pakistanu, ewentualnie Indii, i sprzedawali albo szale, co mialo sens, gdyż po pierwsze na golasa nie wpuszczali do większości kościołów a po drugie wieczorami robiło się chłodno, albo mnóstwo różnego badziewia, na przykład figurki z galaretowatej substancji, które rzucane o podłogę rozpłaszczały sie na niej z piskiem, aby natychmiast wrócić do poprzedniej formy, co z kolei nie miało sensu żadnego. We Florencji byli obecni w jeszcze bardziej nachalnej wersji, i wszyscy byli Afrykanami. Tam rzucali się na nas głównie z parasolami, gdyż Florencja przywitała nas spektakularnym deszczem. Lało caluteńki dzień, niwecząc wszystkie nasze plany, ale dzięki temu odkryliśmy fantastyczny bar o nazwie Prosciutteria, który serwował wędliny własnego wyrobu, z wybranym chlebem i wybranymi dodatkami oraz świetne vino della casa. Ten zakochał się w owym barze bezgranicznie, i w ciągu niecałych dwóch dni we Florencji, byliśmy tam 3 razy.
Pisa zraziła nas do siebie ostatecznie ostatniego dnia. Dotarliśmy tam później niż planowaliśmy, preferując kolejne winka niż podróże pociągiem, autobus na lotnisko okazał się fatamorganą, a miasto nie zyskiwało w świetle dziennym. Zostawiliśmy więc w spokoju krzywą wieżę, i na lotnisko udaliśmy się pociągiem.
I tam zaczęła się pełna emocji PODRÓŻ POWROTNA.
Już w momencie wylotu z Maastricht wiedzieliśmy doskonale że nie będziemy mieli jak wrócić, ostatni autobus z Maastricht do Aachen odjeżdżał bowiem o 23.18, a my lądowalismy na oddalonym o dobre pół godziny lotnisku o 22.55, ale uznaliśmy że jest to problem przyszłości, a nie teraźniejszości i coś się wymyśli. W międzyczasie przyszłość stała się teraźniejszością i jedyne co udało nam się wymyślić, to karkołomny plan gonienia autobusu taksówką. Lotnisko było bliżej Aachen, niż dworzec autobusowy, sprawdziliśmy więc w internecie o której autobus jest mniej więcej w połowie drogi i zamierzaliśmy podjechać tam taksówką wziętą z lotniska. Plan był genialny i prosty i udałby się niewątpliwie, gdyby na lotnisku były taksówki.
Tymczasem nie było ANI JEDNEJ, wizja spędzenia nocy na ulicy (lotnisko zamykali) zawisła nad nami zlowieszczo, i uratował nas jedynie fakt, że zdążyliśmy na ostatni autobus do centrum Maastricht, była niedziela w nocy, autobus jechał szybko i bez zatrzymywania się, i cudem udało nam się przesiąść do, również ostatniego, autobusu dojeżdżającego do Vaals. Trzeba wiedzieć że Aachen i Vaals, to praktycznie jedno miasto podzielone na niemiecką i holenderską połowę. Dotarłszy do powyższego, pomaszerowaliśmy przez puste ulice do dawnego puntku granicznego, minęliśmy go, i spokojniutko zadzwoniliśmy po taksówkę. Naszą, aacheńską. O pierwszej piętnaście, staliśmy już w kuchni tego i gotowaliśmy zupę z proszku, gdyż wielce byliśmy głodni i zziębnięci.
Fajne to były miniwakacje.

image

Rzym, dzień 1

image

Rzym, dzień 2

image

Florencja w deszczu

PS A na http://dressink.wordpress.com nowy post!

Reklamy

1 Response so far »

  1. 1

    M said,

    Rzym ❤


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: