O włoskich wakacjach (część pierwsza)

Jestem w kropce, bo nie wiem czy lecieć chronologicznie, czy zgodnie z natężeniem emocji, więc powiedzmy że spróbuję chronologicznie, a emocje i tak będą.

Wbrew czarnym prognozom wylot odbył się absolutnie zgodnie z planem, lądowanie w Pisie takoż. Hotel był blisko lotniska, więc postanowiliśmy zaszaleć i wziąć taksówkę. Taksówka była, podróż trwała faktycznie 3 minuty, wypadła nam niedrogo, więc przebraliśmy się w lżejszą odzież (i SANDAŁY!) i udaliśmy na rekonesans oraz kolację. Rekonesans miał być krótki, plan zakładał bowiem udanie się do Rzymu o poranku następnego dnia, do Florencji dwa dni później, i dokładniejsze obejrzenie Pisy w niedzielę przed odlotem, który wypadał o 21.15.

Pierwszych wrażeń doznałam w ilości sztuk dwie: ulice były strasznie słabo oświetlone i wszędzie pachniało kadzidełkiem, co natychmiast skojarzyło mi się z czasami liceum, kiedy to ubierałam się w indyjskie sukienki, kupowane w indyjskich sklepach. Ten postanowił znaleźć restaurację widzianą w internecie, która podobno była w pobliżu wieży, udaliśmy się więc w kierunku owej. Wieżę znaleźliśmy, dlaczego nie. Stała sobie, faktycznie krzywa, i nawet oświetlona, po restauracji nie było jednak śladu. Zniecierpliwieni, głodni, a ja na dodatek z początkami pęcherzy na stopach (sandały najwyraźniej po dłuższym nienoszeniu dają drugą rundę pęcherzy), zdecydowaliśmy się zasiąść GDZIEKOLWIEK, byle dali coś do zjedzenia, i tam się zaczęła nasza przygoda z włoskim servizio. Na menu stało bowiem napisane wielkimi bykami, że postawienie koszyka z chlebem oraz sztućców na stole kosztuje 2,50 euro od łba. Acha. Ceny potraw nie były zbyt wygórowane, więc łatwo pogodziliśmy się z powyższym. Gnocci z pesto były najlepszymi, jakie w życiu jadłam, wino della casa też było niezłe, i wyłącznie jemu (temu winu znaczy) zawdzięczać należy fakt, że pojawienie się na rachunku 30 procent od ceny kolacji za wspomniany wyżej servizio skwitowaliśmy pełną niedowierzania wesołością.

Natępnego dnia zapłaciliśmy 80% ceny dwóch capuccino za przyniesienie ich do stolika, zrozumieliśmy dlaczego wszyscy zamawiają przy barze i sami niosą swoją filiżankę, wsiedliśmy w pociąg i około jedenastej ruszyliśmy w kierunku Rzymu. Podróż trwała dobre trzy godziny, przepiękną trasą wzdłuż wybrzeża, i zaraz na początku mieliśmy doznanie kulturowe, a mianowicie do przedziału wsiadła pani w wieku przedemerytalnym i uprzejmie acz stanowczo w języku angielskim zaczęła przestawiać pasażerów w przedziale, gdyż ona i małżonek mieli miejsca numer 13 i 14, więc rzecz jasna nie mogli usiąść na 16 i 17, ani tym bardziej 12 i 15. Kiedy do pani dołączył małżonek i zaczęli rozmawiać ze sobą po niemiecku, przybiliśmy z Tym piątkę, dumni z tego, jak dobrze rozpoznaliśmy.

W Rzymie panował rzetelny upał, co przeszyło mnie dreszczem szczęścia, zanieśliśmy walizki do hotelu, odległego o 10 minut piechotką, szybko się przebraliśmy (gołe nogiiiiiiii…!) i ruszyliśmy w trasę. O Rzymie nie będę się wypowiadać, gdyż pasuje mi tylko jedno jedyne określenie w języku hiszpańskim: TREMENDO. Wiadomo że nie to ładne, co ładne, tylko co się komu podoba, ale jedno należy powiedzieć: nie ma chyba drugiego miejsca na Ziemi, w którym znajdowałoby się tyle rzeczy o wartości kulturalnej czy historycznej. W Rzymie nie ma zwyczajnych budynków, tam WSZĘDZIE jest jakiś zabytek. W kwestii pożywienia absolutnie zachwyciły mnie podawane na ciepło kanapki z ciasta jak do pizzy, ale bardziej słonego, wypełnione po brzegi parmeńską szynką, serem i rukolą (które TYM RAZEM zamówiliśmy i odebraliśmy przy barze), zapijane piwem, oraz spaghetti frutti di mare, z wielką krewetą na froncie.

(A! Będzie pierwsza dygresja emocjonalna. Włochy zgwałciły moje święte śniadanie. KOCHAM śniadania, uwielbiam puszyste pieczywko z serem i bardzo trudno odnaleźć mi się w dniu bez takiego śniadania. Tymczasem we Włoszech wszystko było na słodko. Obrzydliwe croissanty. Słodkie bułeczki. Marmolada. Miód. CIASTO. Suchary, nazywane przez tubylców frencz tost. Fuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuj.)

Dobra, północ dochodzi, a chronologicznie wychodzi mi długawo, więc ciąg dalszy nastąpi.

Reklamy

Komentarze 2 so far »

  1. 1

    aselniczka said,

    Ha! Miałam podobną sytuację w tym roku, gdy leciałam do Brazylii: moje miejsce zajęli jacyś ludzie (Brazylijczycy) i z niepokojem zapytali, czy mogę się zamienić. Zgodziłam się z chęcią, bo w zamian miałam całe dwa wolne siedzenia dla siebie, a oni się rozpromienili i powiedzieli, że bali się, że jestem Niemką, bo gdybym była, to nigdy bym się nie zgodziła 🙂

  2. 2

    Mariposanegra said,

    Niemcy kochają słowo pisane…


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: