Archive for Październik, 2013

O podróżach, co dostarczają

Nie wiem co to jest, ale każda podróż do Polski dostarcza mi powodów do wewnętrznego chichotu. Z powodu współpasażerów dostarcza.
Najpierw dwie damy siedzące obok mnie w samolocie od razu obudziły moje duże nadzieje na rozrywkę, gdyż jedna z nich zbliżyła się ze słowami: Hallo czy tutaj jest FREI??? No i owszem. Każde zdanie rozpoczynała słowami U nas w Niemczech, i w każdym co najmniej jedno słowo było niemieckie. Generalnie była osobą zachwyconą, wszystkim bez wyjątku. I używała wyłącznie superlatyw, nie dyskryminując żadnego tematu, ja co chwilę musiałam tłamsić radosny kwik.
W autobusie do domu natomiast nie mogłam oderwać zafascynowanego wzroku od jednego łysego młodzieńca, który wsiadł z lodami w waflu, a potem otworzył sobie piwo i popijał te lody piwem, przy czym za każdym razem przyssawał się do flaszki na co najmniej 10 sekund.

Ale ogólnie to podróż miałam bardzo dobrą.

PS Teraz jak tak myślę, to to nie mogła być jedno piwo.

Leave a comment »

O migach (ale nie tych samolotach)

W niedzielę Ten oraz jego kumpel Antonio postanowili przyrządzić dla całego towarzystwa tradycyjną hiszpańską potrawę zwaną migas, czyli po naszemu okruchy. Potrawa, jak prawie wszystkie tradycyjne, pochodzi z czasów po hiszpańskiej wojnie domowej, kiedy to o jakiekolwiek pożywienie nie było łatwo i człowiek musiał z niczego przyrządzać posiłki sycące i tanie. Migas więc, jak sama nazwa mówi, składają się głównie z wnętrza chleba, najpierw namoczonego w wodzie, wymieszanego z tajemniczą pastą złożoną na pewno z czosnku, papryki i oliwy, bo tyle akurat udało mi się rozpoznać, a potem przysmażonego w celu wyparowania wody, oraz usmażonego osobno i dodanego na sam koniec chorizo. Efekt końcowy to właśnie dość tłuste, bardzo smaczne suche okruchy z pikantnym chorizo.

Wszystko wygląda bardzo prosto, i takie niewątpliwie jest, jeśli użyje się pszennego chleba, doskonałego do tostowania i kruszenia. Atonio jednakże zakupił trzy bochenki tak zwanego Landbrot – chleba żytniego, wilgotnego, na zakwasie, który prędzej spleśnieje, niż zrobi się suchy i twardy. I takim oto sposobem, schodzące się od 14 godziny towarzystwo (zaproszone na obiad około 15) kolejno zastawało dwóch spoconych kucharzy usiłujących mieszać i doprowadzić do wyschnięcia brunatnego gniota o konsystencji bardzo lepkiej gliny. Około 14.30 udało się złamać drewnianą łyżkę do mieszania. O 14.50 na odsiecz ruszył Seta, gdyż kucharzom pomału odpadało prawe ramię. O 15.00 nadeszłam ja, z własną drewnianą łyżką. O 15.15 skończyły się czipsy, a Rosa, pilnie umówiona ok. 17.00, zaczęła przeglądać menu serwisu pizzy. O 15.30 ktoś wpadł na pomysł zmiany garnka, a z dotychczas używanego odklejono grubą na centymetr warstwę przypalonego chleba. O 15.45 Ten zadzwonił do mamy, która orzekła, że dodali za dużo wody i zaproponowała dosypanie bułki tartej. Antonio z kolei orzekł od razu, że bułki tartej w domu nie posiada, w niedzielę nie było jej gdzie kupić a Helena znajdowała się już w drodze i nie mogła przynieść z domu. Wszyscy dostali małpiego rozumu na punkcie bułki tartej i prawie wsypali w charakterze zastępstwa okruchy po czipsach, po czym Antonio jednak otworzył szafkę nad głową i wyciągnął z niej wielki karton pożądanego produktu. Bułka tarta nic nie dała.

Około 16.00 gniot zaczął być jakby nieco suchszy. Rosa przeniosła termin na godzinę osiemnastą. Postęp gniota zaczynał być wyraźny, a wszyscy jak szatan śmierdzieli spalenizną. O 16.45 nieśmiało zaczęto ustawiać talerze na stole, a towarzystwo bliskie było pożarcia serwetek i sztućców. O 17.05 na stole triumfalnie postawiono wielki gar.

Migas okazały się być przepyszne, mimo bardzo mało zachęcającego wyglądu, a wilgotność chleba doskonale wpłynęła na wpijanie tłuszczu, były znacznie bardziej przyjazne dla wątroby, niż te, które jadłam w barze w Sewilli.

Antonio, Seta oraz Ten mają dziś ogromne zakwasy w ramionach.

migas

3 komentarze »

O piątkowym wieczorze

Posprzątałam dogłębnie (JAK dogłębnie niech unaoczni wam fakt, że pod kupą papierów na stole znalazłam przysłaną mi ROK TEMU kartę ubezpieczenia zdrowotnego ze zdjęciem, a nawet ostatnio pyskowałam na ubezpieczalnię, że tak zawracali gitarę z tym zdjęciem, a potem najwyraźniej porzucili pomysł, bo karty nie przysłali. Zaraz potem skonstatowałam że noszona w portfelu karta ukończyła swoją ważność w sierpniu.), kupiłam wino i tak mi przyjemnie we własnym miejscu zamieszkania, że nie chce mi się wychodzić!!

Drogie Brawo, czy bardzo ze mną źle?

Leave a comment »

O tym że jest nieciekawie

Ostatnio jest naprawdę nieciekawie, naprawdę. Wygląda na to, że ktoś podstępem wziął i zaimpregnował mnie i Tego benzyną, ale bardzo bardzo porządnie i grubo. Wystarczy bowiem najmniejsza iskra i już jest spektakularne BUM. Najgorsze jest to, że NIE WSZYSTKO jest jego winą (chociaż dużo!) i osobiście za niektóre BUMy też jestem odpowiedzialna. Dojście do siebie po każdym kolejnym jest coraz trudniejsze i napełnia mnie niechęcią do świata i ludzi, co z kolei nie wpływa za dobrze na mój nastrój i paradoksalnie przyczynia się do następnego spięcia.

A na dodatek mój siedmioletni maczek sprawia bardzo silne wrażenie, jakby chciał wreszcie wyzionąć ducha, co możliwe że po siedmiu latach jest dość normalne, jednakże budzi mój zdecydowany sprzeciw.

Jeśli dodać do tego rajstopy…

I jeśli sprawy mają się w ten sposób w pięknym słonecznym październiku przy prawie 20 stopniach, to pozwala to mieć duże oczekiwania odnośnie listopada.

Leave a comment »

O rajstopach

Zaczęła się jesień, a wraz z nią rozkwitły moje wielce intensywne uczucia do rajstop. JAK. JA. CHOLERSTWA. NIENAWIDZĘ!!!!!!! Nienawidzę momentu, kiedy zdejmuję obuwie i oczom moim ukazuje się jakże sympatyczna dziura na dużym palcu. Nienawidzę wkładania ustrojstwa i uważania, żeby się po drodze nie pokręciło, ale najbardziej, najbardziej nie znoszę, kiedy przy wkładaniu za bardzo wczepię się paznokciami bądź palcami i oczka lecą z prędkością światła wzdłuż całej nogi, jeszcze zanim zdążę skompletować odzienie, że nie wspomnę o wyjściu dokądkolwiek. Jestem tak serdecznie przejęta nienawiścią do rajstop, że jeśli kiedykolwiek wyemigruję do ciepłego miejsca, to będzie to wyłącznie z ich powodu.

Tymczasem w Homeland w trzecim odcinku wreszcie pojawia się Brody i po raz kolejny nie rozumiem zachwytów nad panem Damianem. Szczególnie te usta i zęby działają na mnie zupełnie odwrotnie niż na Carrie i mimo intensywnych usiłowań, nie mogę wzbudzić w sobie ani odrobiny zachwytu.

A wracając do jesieni, jutro ma być 21 stopni. Trochę chyba głupio wyjść bez rajstop?…

4 komentarze »

O tym, co bym chciała

Bardzo bardzo bym chciała, żeby wszystko było mniej obrzydliwe, nie mieć tego ciężaru w żołądku i na duszy, nie patrzeć w napięciu na telefon, czy złe wiadomości już nadeszły, nie wywoływać ciągłych dyskusji, kiedy tak naprawdę chcę tylko żeby ktoś mnie objął i powiedział że wszystko będzie dobrze. Chciałabym znowu poczuć się dobrze ze sobą, ze światem, z życiem.

Albo chociaż żeby zaginiona od tygodnia paczka z asosa się znalazła, i żeby zamówiona torebka okazała się tą doskonałą.

Leave a comment »

Włoskich wakacji część druga

To na czym ja…? A, Rzym. Tu pojawi się dygresja następna, a mianowicie uliczni sprzedawcy. Byli WSZĘDZIE, na moje oko rodem z Pakistanu, ewentualnie Indii, i sprzedawali albo szale, co mialo sens, gdyż po pierwsze na golasa nie wpuszczali do większości kościołów a po drugie wieczorami robiło się chłodno, albo mnóstwo różnego badziewia, na przykład figurki z galaretowatej substancji, które rzucane o podłogę rozpłaszczały sie na niej z piskiem, aby natychmiast wrócić do poprzedniej formy, co z kolei nie miało sensu żadnego. We Florencji byli obecni w jeszcze bardziej nachalnej wersji, i wszyscy byli Afrykanami. Tam rzucali się na nas głównie z parasolami, gdyż Florencja przywitała nas spektakularnym deszczem. Lało caluteńki dzień, niwecząc wszystkie nasze plany, ale dzięki temu odkryliśmy fantastyczny bar o nazwie Prosciutteria, który serwował wędliny własnego wyrobu, z wybranym chlebem i wybranymi dodatkami oraz świetne vino della casa. Ten zakochał się w owym barze bezgranicznie, i w ciągu niecałych dwóch dni we Florencji, byliśmy tam 3 razy.
Pisa zraziła nas do siebie ostatecznie ostatniego dnia. Dotarliśmy tam później niż planowaliśmy, preferując kolejne winka niż podróże pociągiem, autobus na lotnisko okazał się fatamorganą, a miasto nie zyskiwało w świetle dziennym. Zostawiliśmy więc w spokoju krzywą wieżę, i na lotnisko udaliśmy się pociągiem.
I tam zaczęła się pełna emocji PODRÓŻ POWROTNA.
Już w momencie wylotu z Maastricht wiedzieliśmy doskonale że nie będziemy mieli jak wrócić, ostatni autobus z Maastricht do Aachen odjeżdżał bowiem o 23.18, a my lądowalismy na oddalonym o dobre pół godziny lotnisku o 22.55, ale uznaliśmy że jest to problem przyszłości, a nie teraźniejszości i coś się wymyśli. W międzyczasie przyszłość stała się teraźniejszością i jedyne co udało nam się wymyślić, to karkołomny plan gonienia autobusu taksówką. Lotnisko było bliżej Aachen, niż dworzec autobusowy, sprawdziliśmy więc w internecie o której autobus jest mniej więcej w połowie drogi i zamierzaliśmy podjechać tam taksówką wziętą z lotniska. Plan był genialny i prosty i udałby się niewątpliwie, gdyby na lotnisku były taksówki.
Tymczasem nie było ANI JEDNEJ, wizja spędzenia nocy na ulicy (lotnisko zamykali) zawisła nad nami zlowieszczo, i uratował nas jedynie fakt, że zdążyliśmy na ostatni autobus do centrum Maastricht, była niedziela w nocy, autobus jechał szybko i bez zatrzymywania się, i cudem udało nam się przesiąść do, również ostatniego, autobusu dojeżdżającego do Vaals. Trzeba wiedzieć że Aachen i Vaals, to praktycznie jedno miasto podzielone na niemiecką i holenderską połowę. Dotarłszy do powyższego, pomaszerowaliśmy przez puste ulice do dawnego puntku granicznego, minęliśmy go, i spokojniutko zadzwoniliśmy po taksówkę. Naszą, aacheńską. O pierwszej piętnaście, staliśmy już w kuchni tego i gotowaliśmy zupę z proszku, gdyż wielce byliśmy głodni i zziębnięci.
Fajne to były miniwakacje.

image

Rzym, dzień 1

image

Rzym, dzień 2

image

Florencja w deszczu

PS A na http://dressink.wordpress.com nowy post!

Comments (1) »