O jeździe taksówką

W weekend byłam w Essen. Jedna przyjaciółka kończyła trzydziestkę (a tak, wciąż zadaję się z młodzieżą) i zapragnęła to uczcić. Z Aachen wyjechaliśmy grupą pięcioosobową, przypominając średniej wielkości cygański tabor, głównie z uwagi na obecność tobołów z dmuchanymi materacami i śpiworami (my mieliśmy ze sobą KOŁDRĘ) oraz, uwaga, dwóch pompek. Uprzednie omówienie kto co zabiera umożliwiłoby zredukowanie liczby pompek do jednej, ale cóż. Impreza była niezła, spanie na materacach na praktycznie całej dostępnej podłodze też, zupełnie jak w czasach wczesnych studiów, czy zgoła późnego liceum, ale najlepszy ze wszystkiego był powrót taksówką.
Wracaliśmy w grupkach, nasza była czteroosobowa i nie było w niej ani jednego tubylca, godzina była piąta rano i ochoty na spacery nie miał nikt, istniał jednakże jeden mały problemik, a mianowicie nikt nie pamiętał nazwy ulicy. Omawialiśmy właśnie możliwe wersje owej nazwy, kiedy znienacka pojawiła się taksówka. Na jej widok Rosa dostała ataku radości, jęła energicznie machać rękami i biec w kierunku zatrzymującego się pojazdu. Zgłupieliśmy z tego wszyscy, porzuciliśmy rozważania i pobiegliśmy za nią. Umościliśmy się wygodnie, niezwykle zadowoleni, zamknęliśmy drzwiczki, taksówkarz zapytał, dokąd chcemy jechać i wtedy zapadła kłopotliwa cisza, podczas której wszyscy, nie wiadomo dlaczego, patrzeli na mnie. A ja, spojrzawszy wzajemnie na wszystkich, stanęłam na wysokości zadania i rzekłam: Widzi Pan, my właśnie nie wiemy. To znaczy owszem, jak pan wsiądzie na dworcu głównym w linię U17 i przejedzie 3 przystanki, to tam się zaraz zaczyna ta ulica. Na gie!!

Tu wszystkie napięte spojrzenia zawisły na taksówkarzu, a taksówkarz, ku zaskoczeniu wszystkich, pomyślał króciutką chwilę i spytał rezolutnie: Gemarkenstraße? A my na to w ekstazie: Tak! Gemarkenstraße!!! SIEDEMDZIESIĄT JEDEN!! Bo to akurat pamiętaliśmy wszyscy doskonale.
I jak tu nie kochać taksówkarzy. (Oraz imprez w obcym mieście.)

Reklamy

komentarze 2 so far »

  1. 1

    znam to 🙂
    btw, kiedyś zdarzyło mi się zapomnieć własnego adresu.
    było raptem popołudnie i byłam wówczas trzeźwa. po prostu tabula rasa, strona tymczasowo niedostępna.
    ze spojrzenia taksówkarza wnioskowałam, że mocno w mą trzeźwość wątpił.

  2. 2

    Mariposanegra said,

    Szacun. Zapomnieć własnego adresu to jest duża sztuka!


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: