Archive for Wrzesień, 2013

O tym, że może nie polecę do Toskanii

Jako że trzeciego października Niemcy świętują rocznicę swojego zjednoczenia, a ich mieszkańcy cieszą się z wolnego dnia, który w tym roku na dodatek korzystnie przypada w czwartek, oboje z Tym postanowiliśmy wziąć sobie wolny piątek i gdzieś wyskoczyć. Postanowiliśmy już dość dawno temu, nie wiadomo kiedy zrobił nam się dwudziesty września z hakiem, a my wciąż nie mieliśmy ani planu, ani załatwionego wolnego piątku. W niedzielny wieczór więc zabraliśmy się za postanawianie. Na pierwszy ogień poszła lista wylotów rajanerem z lotniska w Maastricht, bo jest najbliżej nas i posiada loty w środowy wieczór. Większość odpadła w przedbiegach, wyjazd w południe nie wchodził w grę, gdyż plan od początku zakładał pójście do pracy w środę, ale jeden wydał nam się idealny: Pisa, wylot o 19.10 za bardzo niewielkie pieniądze! Okidoki, umówiliśmy się, że jak najszybciej zahaczymy przełożonych o piątek, po czym zakupimy bilety. W poniedziałek nic się w żadnej kwestii nie wydarzyło. Powtórzyliśmy sobie, że musimy się o to w końcu zatroszczyć, no, musimy, jak najszybciej. We wtorek zielone światło dostałam ja, Ten wciąż się w swoim miejscu pracy w kwestii piątku nawet nie zająknął. W środę rano wlazałam na stronę rajaner i ujrzałam mrożący krew w żyłach komunikat JESZCZE TYLKO 3 MIEJSCA W TEJ CENIE!!!

Na widok powyższego miotnęło mną nieco, zatrzęsły mi się ręce, oraz zaczęłam gorączkowo myśleć. Wysłałam esemesa do Tego, Ten oczywiście nie odpowiadał, pozastanawiałam się jeszcze chwilę, postukałam kartą kredytową o blat stołu, obróciłam ową w palcach, po czym ostatecznie dostałam małpiego rozumu i kupiłam dwa bilety do Pisy i z powrotem.

I takim oto sposobem mam dwa bilety, obiecaną podwózkę na lotnisko, zapewniony wolny dzień oraz zupełnie realną możliwość, że będę musiała lecieć sama. Spontaniczność nie popłaca.  

A tymczasem na DressInk jest nowy post i moja skórzana kieca! (Która chyba jednak nie jest za duża.)

Leave a comment »

O jeździe taksówką

W weekend byłam w Essen. Jedna przyjaciółka kończyła trzydziestkę (a tak, wciąż zadaję się z młodzieżą) i zapragnęła to uczcić. Z Aachen wyjechaliśmy grupą pięcioosobową, przypominając średniej wielkości cygański tabor, głównie z uwagi na obecność tobołów z dmuchanymi materacami i śpiworami (my mieliśmy ze sobą KOŁDRĘ) oraz, uwaga, dwóch pompek. Uprzednie omówienie kto co zabiera umożliwiłoby zredukowanie liczby pompek do jednej, ale cóż. Impreza była niezła, spanie na materacach na praktycznie całej dostępnej podłodze też, zupełnie jak w czasach wczesnych studiów, czy zgoła późnego liceum, ale najlepszy ze wszystkiego był powrót taksówką.
Wracaliśmy w grupkach, nasza była czteroosobowa i nie było w niej ani jednego tubylca, godzina była piąta rano i ochoty na spacery nie miał nikt, istniał jednakże jeden mały problemik, a mianowicie nikt nie pamiętał nazwy ulicy. Omawialiśmy właśnie możliwe wersje owej nazwy, kiedy znienacka pojawiła się taksówka. Na jej widok Rosa dostała ataku radości, jęła energicznie machać rękami i biec w kierunku zatrzymującego się pojazdu. Zgłupieliśmy z tego wszyscy, porzuciliśmy rozważania i pobiegliśmy za nią. Umościliśmy się wygodnie, niezwykle zadowoleni, zamknęliśmy drzwiczki, taksówkarz zapytał, dokąd chcemy jechać i wtedy zapadła kłopotliwa cisza, podczas której wszyscy, nie wiadomo dlaczego, patrzeli na mnie. A ja, spojrzawszy wzajemnie na wszystkich, stanęłam na wysokości zadania i rzekłam: Widzi Pan, my właśnie nie wiemy. To znaczy owszem, jak pan wsiądzie na dworcu głównym w linię U17 i przejedzie 3 przystanki, to tam się zaraz zaczyna ta ulica. Na gie!!

Tu wszystkie napięte spojrzenia zawisły na taksówkarzu, a taksówkarz, ku zaskoczeniu wszystkich, pomyślał króciutką chwilę i spytał rezolutnie: Gemarkenstraße? A my na to w ekstazie: Tak! Gemarkenstraße!!! SIEDEMDZIESIĄT JEDEN!! Bo to akurat pamiętaliśmy wszyscy doskonale.
I jak tu nie kochać taksówkarzy. (Oraz imprez w obcym mieście.)

2 komentarze »

O problemie

Mam problem, gdyż po pierwsze nikt mnie nie kocha (chłop w piątkowy wieczór idzie oglądać koszykówkę beze mnie), oraz zakupiona onlajn w Hiszpanii skórzana spódnica dziwnie na mnie leży. Niby nie jest za duża – ale jakby jest. Jakby mnie nieco przytłaczała, mimo że jest sporo przed kolano. I teraz nie wiem, czy to dlatego że jak ją mierzyłam mój poziom samopodobania oscylował w okolicach zera i nie podobałabym się sobie nawet w złotogłowiu, czy też faktycznie trzeba było brać XS. Z drugiej strony rozważania te są czysto teoretyczne, bo nie mam już sposobu by ją zwrócić, więc lepiej niech mi się zacznie podobać.

Nowy blogasek to czysty fun, wczoraj opublikowałyśmy pierwszego posta ciuchowego oraz zrobiłyśmy fotki pierwszego DIY. I tu owszem, czułam się nieco głupio pozując na białej ścianie (właściwie pozowała moja szyja, bo przedmiotem DIY jest naszyjnik), i usiłując nie spinać ramion, z Setą w charakterze statywu do lampy i Heleną, wtykającą mi obiektyw bez mała w oko.

Z tego wszystkiego chyba buty sobie kupię.

Leave a comment »

O kapeluszu i różu

Dzisiaj poszłyśmy zrobić pierwsze zdjęcia na nowego blogaska i ku własnemu zaskoczeniu wcale nie czułam się jak ostatnia debilka! Przy okazji wyszło na jaw, że mój kapelusz świetnie nadaje się na mokrą pogodę (zaczęło lać jak tylko Helena wyciągnęła aparat, ale przecież nie stanie nam na drodze kariery w blogosferze jakiś tam deszcz), oraz że z dłuższymi włosami wygląda lepiej niż z krótszymi. Jeśli cokolwiek może wyglądać dobrze z moimi włosami, oczywiście, jakiejkolwiek by nie były długości.

Pozostając w temacie szmat mam dobrą wiadomość dla Barbarelli: Róż króluje nie tylko brudny, ale także idący w fuksję. (Osobiście nie zamierzam używać żadnego, i tak, pamiętam co początkowo myślałam o Birkenstockach.) Króluje również kratka, aczkolwiek portki Mirandy Kerr wyglądają dobrze jedynie na plakacie. I na Mirandzie rzecz jasna.

Poza tym nic nowego. Przeprosiłam się z Dexterem i może jednak skończę ósmy sezon, zgrzytając zębami, oraz chcę lato. Bardzo bardzo bardzo.

Leave a comment »

O nowym blogu

Dzisiaj, oprócz faktu, że miałam paskudny, obrzydliwy dzień, uwieńczony spotkaniem z jednym z moich największych wrogów, czyniącym pogardliwe uwagi, które sprowadziły mnie do poziomu fundamentów, mam do powiedzenia, że moja przyjaciółka Helena założyła bloga, a ja zamierzam w nim kolaborować.

Blog będzie poświęcony żarciu, ze strony Heleny, która gotuje niebiańsko, a poza tym jest prawdziwym wirtuozem i sama wymyśla swoje przepisy, oraz szmatom, ze strony myself. Więc jeśli kogoś interesują ciekawe przepisy, albo to co zwykle wkładam na grzbiet, w lepszej wersji fotograficznej, niż moje słitfocie z rąsi, to zapraszam na DressInK.

Leave a comment »

O tegorocznych urodzinach

To wróciłam, a w Tatrach prószy śnieg.

Tegoroczne urodziny spędziłam na najpiękniejszej plaży na świecie, w najlepszym na świecie towarzystwie, po bardzo, ale to BARDZO nerwowym poranku, kiedy to okazało się, że  poprzedniego dnia Ten zostawił portfel ze wszystkimi dokumentami w domu swojej babci (jakieś 200 km w przeciwnym kierunku, niż ten, w którym się wybieraliśmy), dość nerwowej podróży bez dokumentów oraz pewności jak właściwie nazywa się nasz hotel, w którym mieliśmy późną, więc dość nie całkiem potwierdzoną rezerwację (w nerwach zapomnieliśmy sprawdzić przed wyjazdem, a w podróży nie mieliśmy internetu), w charakterze urodzinowego obiadu spożywając na plaży kanapkę z tortillą i piaskiem, i popijając ją piwem.

Ale:  podróż w obie strony obyła się bez żadnych kontroli, hotel znaleźliśmy (wciąż nie wiadomo czy właściwy, ale pokój nam dali), tortilla była smaczna, a piwo zimne.

A potem to już była prawdziwie romantyczna kolacja przy świecach (chociaż najwięcej świeciła moja czerwona gęba) i dżin tonik na plaży przy szumiących falach.

image

Cały cygański outfit, włącznie z zielonymi butami. Nie mogę wyjść z podziwu dla mamusi Tego, która dopasowała mi sukienkę na długość oraz w talii nic nie mierząc ani nie wtykając żadnych szpilek.
image

Wyżej wymieniona mamusia i ja.

image

Faceci się nie przebierali.
image

Urodzinowa plaża.

image

Droga nań.

image

Wygląda jak Meksyk, a to tylko nasz hotel.

Leave a comment »

O zenie

Od środy jesteśmy w Marbelli u mamusi Tego i poziom zenu pomału mi się podnosi.  Dzisiaj jest wielki dzień, w którym wystąpię w cygańskiej sukni (suknia została zwężona w talii nieco na oko, i po tym zwężeniu jeszcze jej nie mierzyłam, więc możliwe że zen znowu zostanie wystawiony na próbę), wyżej wymieniona od wczoraj wisi świeżo wyprana i wyprasowana, wszystkie elementy stroju są dopracowane i na miejscu, a do szczęścia brakowało mi jedynie butów.
Buty ogólnie też miały nie przedstawiać sobą problemu, miałam zakupić zwykłe płócienne espadryle, których tu pełno i które podobno, za bardzo tanie pieniądze i w bardzo złej jakości można było zakupić i Chińczyków. Okidoki, jakość była mi raczej obojętna, buty miały być na raz, więc postanowione zostało, że po plaży, około 19 godziny, spokojniutko pojedziemy do jakiegokolwiek supermarketu z chińskim badziewiem, zakupimy obuw, po czym dokonamy również zakupów spożywczych na grilla, który miał się rozpocząć ok. 20.30. Wszystko aby się nie stresować i nie musieć gnać.
Szczęśliwym przypadkiem zaczęło się nieco chmurzyć już po 18, więc z powodu mojego marudzenia że mi zimno, zebraliśmy się wcześniej. W pierwszym Chińczyku po espadrylach nie było śladu ni popiołu. Podobnie w drugim i trzecim, a więcej czasu niż stwierdzenie tego faktu zabierało nam za każdym razem zaparkowanie auta, szybko więc zrobiło się późno. W obliczu porażki postanowiliśmy dać spokój Chińczykom i uderzyć do zwykłych obuwniczych. Zaczęliśmy od tak zwanej galerii, i owszem, znaleźliśmy kilka par na wyprzedaży, głównie w rozmiarze 42, lub skórzanych za 50 euro.
Pomału zaczęłam być ponuro pewna że będę musiała iść w sandałach albo zgoła boso, nieśmiało proponowałam zakup majorkińskich człapaków, zostałam zmiażdżona spojrzeniem, gdzie Rzym gdzie Krym  i co ma Majorka do Andaluzji, Ten dostał istnego szału i oświadczył, że on espadryle znajdzie. A mianowicie w tych małych sklepikach w centrum. Godzina była po ósmej dwadzieścia, gośćmi na grilla mogła zająć się w domu mamusia Tego, ruszyliśmy więc w galop po sklepikach w centrum, znajdujących się na szczęście na kupie, co zminimalizowało problem parkowania do jednego razu. Od razu nabraliśmy nieco nadziei, bo espadryle ogólnie były. Nie bawiliśmy się już w szukanie, Ten wtykał po kolei głowę i pytał (tylko jedna ze sprzedających dam spojrzała na niego zdezorientowana i spytała: ALE DAMSKIE????) i w przedostatnim sklepie w końcu miły pan odpowiedział spokojnie że owszem w rozmiarze 37 posiada pary w kolorze pomarańczowym i zielonym. Spojrzeliśmy na siebie z niepewną nadzieją, gdyż wszystkie dodatki miałam zielone i buty w tym kolorze były cudem, na który nikt nie liczył. Powiedzieliśmy panu, że w takim razie te zielone chcielibyśmy bliżej zobaczyć, zacisnęliśmy kciuki, żeby zielony nie okazał się neonowy fosforyzujący, a zachwycający pan przyniósł nam buty w kolorze dokładnie moich kolczyków. Misja była zakończona, a grill rozpoczął się o 22 i nic się nikomu od tego nie stało.

image

2 komentarze »