O powrocie i depresji

Więc wróciłam i mam depresję. (To ci niespodzianka.)

Specjalnych upałów nie było, doprawdy co to się dzieje na tym świecie że nawet na południu Hiszpanii nie można już polegać, ale wystarczyło żeby poparzyć sobie tył nóg ze szczególnym uwzględnieniem zgięcia kolan.

Pierwsze trzy dni były morderczym pędem pomiędzy Marbellą i Sewillą, wypełnione POZNAWANIEM RODZINY Tego oraz żarciem. Rodzina okazała się nieszkodliwa, 86-letnia babcia wzbudziła mój szczery podziw, gdyż w ciągu krótkiego czasu, jaki spędziliśmy w jej domu, udało jej się dopaść mnie samą na ilość czasu, wystarczającą żeby opowiedzieć mi historię całej rodziny, włącznie z jej siedmiorgiem rodzeństwa, z którego połowa opuściła ten padoł grubo przed narodzinami Tego, oraz pokazać zdjęcia wyżej wymienionych. Żarcie natomiast było czystą poezją, napchałam się krewetkami do wypęku, wszystko co było zamawiając z krewetkami. Dobrze że opuszczaliśmy desery, bo z takimi lodami waniliowymi na przykład krewetki mogą smakować nieco dziwnie, chociaż kto wie.

W sobotę wzięliśmy udział w akcie ukończenia studiów przez siostrę Tego i poznałam nawet babcię chłopaka siostry Tego. (!) Sam akt był dość nudnawy, osobiście skupiałam się głównie na akcencie prelegentów oraz kieckach dziewczyn, które wystąpiły w odzieniach dość skąpych i jak jednej upadł dyplom, to żywiutko schylił się po niego profesor, w przeciwnym wypadku bowiem na pamiątkowym zdjęciu pojawiłaby się bielizna absolwentki. Najlepsza jednak byla mama Tego, która po dwóch godzinach podziwiania autfitów koleżanek jej córki wyszeptała dramatycznym szeptem: Chcę już stąd wyjść! Chcę na świeże powietrze! I DRINKA!!! 

W niedzielę mogliśmy się wreszcie udać w wyczekiwanej samotności na wyczekiwaną plażę, gdzie z kolei przez trzy dni obżeraliśmy się tuńczykiem ze wszystkich możliwych formach (raz zamówiliśmy nawet aparat rozrodczy tuńczyka, smażony na patelni. Pycha!), gdyż wioska, w której się zatrzymaliśmy o wiele mówiącej nazwie Zahara de los Atunes, jest miejscowym centrum połowu tuńczyka.

No, a potem to już był płacz i zgrzytanie zębów przy lądowaniu w Maastricht, w obficie padającym deszczu i temperaturze oscylującej wokół 10 stopni Celsjusza.

3118961_inmsg

Mła w kompletnym przebraniu gitana flamenca.

3118957_inmsg

Ten: Chodź na skały, odwiedzimy Twoich kuzynów, te nieco mniejsze raki!

3118955_inmsg

Absolutny raj. A na kocyku tortilla za 1 euro.

3118953_inmsg

Nasz taras w Zaharze i dżin z tonikiem o smaku różowego pieprzu.

3118949_inmsgSewilla.

Zdjęcia wkleiły mi się w kolejności odwrotnej do chronologicznej, ale z uwagi na długość posta nie miałam już siły ich odkręcać, więc sorry.

Reklamy

komentarze 2 so far »

  1. 1

    też mam stany depresyjne po powrocie.
    ale taras i dżin… uch.

  2. 2

    aselniczka said,

    Brazylijczycy zamiast „raków” używają „krewetek” 🙂


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: