Archive for Maj, 2013

O powrocie i depresji

Więc wróciłam i mam depresję. (To ci niespodzianka.)

Specjalnych upałów nie było, doprawdy co to się dzieje na tym świecie że nawet na południu Hiszpanii nie można już polegać, ale wystarczyło żeby poparzyć sobie tył nóg ze szczególnym uwzględnieniem zgięcia kolan.

Pierwsze trzy dni były morderczym pędem pomiędzy Marbellą i Sewillą, wypełnione POZNAWANIEM RODZINY Tego oraz żarciem. Rodzina okazała się nieszkodliwa, 86-letnia babcia wzbudziła mój szczery podziw, gdyż w ciągu krótkiego czasu, jaki spędziliśmy w jej domu, udało jej się dopaść mnie samą na ilość czasu, wystarczającą żeby opowiedzieć mi historię całej rodziny, włącznie z jej siedmiorgiem rodzeństwa, z którego połowa opuściła ten padoł grubo przed narodzinami Tego, oraz pokazać zdjęcia wyżej wymienionych. Żarcie natomiast było czystą poezją, napchałam się krewetkami do wypęku, wszystko co było zamawiając z krewetkami. Dobrze że opuszczaliśmy desery, bo z takimi lodami waniliowymi na przykład krewetki mogą smakować nieco dziwnie, chociaż kto wie.

W sobotę wzięliśmy udział w akcie ukończenia studiów przez siostrę Tego i poznałam nawet babcię chłopaka siostry Tego. (!) Sam akt był dość nudnawy, osobiście skupiałam się głównie na akcencie prelegentów oraz kieckach dziewczyn, które wystąpiły w odzieniach dość skąpych i jak jednej upadł dyplom, to żywiutko schylił się po niego profesor, w przeciwnym wypadku bowiem na pamiątkowym zdjęciu pojawiłaby się bielizna absolwentki. Najlepsza jednak byla mama Tego, która po dwóch godzinach podziwiania autfitów koleżanek jej córki wyszeptała dramatycznym szeptem: Chcę już stąd wyjść! Chcę na świeże powietrze! I DRINKA!!! 

W niedzielę mogliśmy się wreszcie udać w wyczekiwanej samotności na wyczekiwaną plażę, gdzie z kolei przez trzy dni obżeraliśmy się tuńczykiem ze wszystkich możliwych formach (raz zamówiliśmy nawet aparat rozrodczy tuńczyka, smażony na patelni. Pycha!), gdyż wioska, w której się zatrzymaliśmy o wiele mówiącej nazwie Zahara de los Atunes, jest miejscowym centrum połowu tuńczyka.

No, a potem to już był płacz i zgrzytanie zębów przy lądowaniu w Maastricht, w obficie padającym deszczu i temperaturze oscylującej wokół 10 stopni Celsjusza.

3118961_inmsg

Mła w kompletnym przebraniu gitana flamenca.

3118957_inmsg

Ten: Chodź na skały, odwiedzimy Twoich kuzynów, te nieco mniejsze raki!

3118955_inmsg

Absolutny raj. A na kocyku tortilla za 1 euro.

3118953_inmsg

Nasz taras w Zaharze i dżin z tonikiem o smaku różowego pieprzu.

3118949_inmsgSewilla.

Zdjęcia wkleiły mi się w kolejności odwrotnej do chronologicznej, ale z uwagi na długość posta nie miałam już siły ich odkręcać, więc sorry.

Reklamy

2 Komentarze »

O sidrze i telenoweli

W sobotę były urodziny Tego i podarowałam mu naprawdę fajne rzeczy: ładny portfel, świetny tiszert jego ulubionej marki… oraz flachę Tanqueray 10. I ciekawa sprawa, WSZYSTKIM kumplom, którzy zadzwonili z życzeniami, opowiedział WYŁĄCZNIE o dżinie.

A, miałam opowiedzieć o sidrze i komplikacjach personalnych, ale aktualnie mi się nie chce wdawać w szczegóły, temat powoduje u mnie już znacznie mniejsze zgrzytanie zębami, niż tydzień temu, więc tylko w skrócie nakreślę. Pamiętacie moją któtką acz smutną historię z dupkiem, którego nazwałam tu Tym Od Jednego Kierunku Ruchu? Więc wyżej wymieniony czas jakiś temu postanowił się wdać w romans z dwiema koleżankami z pracy, NA RAZ, będąc ich obydwu szefem. Pierwsza z nich, przebojowa blondynka, o niewiadomym pochodzeniu, bo niektórzy twierdzą że jest Niemką, a inni że Brazylijką, najpierw byla szefową dupka, potem dupka awansowano i stał się szefem blondynki. Druga, brunetka, Niemka, nudna jak flaki z olejem, ale normalna pod sufitem, była podwładną od początku. A dupek umawiał się z obiema na przemian, zabierał je na wszystkie piątkowo-sobotnie wyjścia i nie wydawał się przejmować faktem, że przyjaciele patrzą na niego dziwnie i z coraz większą niechęcią, wręcz przeciwnie, głuchł na argumenty i rady,  prezenując światu boleściwą twarz pod tytułem JAKIE TO OKROPNIE TRUDNE BYĆ ZEWSZĄD POŻĄDANYM, i skrupulatnie uważał, by nie pojawić się z jedną flamą w miejscu, do którego wybierała się druga. Wszyscy w napięciu czekaliśmy momentu, kiedy czarowny układ eksploduje mu prosto w głupią gębę, i owszem, doczekaliśmy się. Blondynka dowiedziała się o brunetce, szepnęła temu i owemu słówko, rozkosznie będąc pewną, że słówko dotrze do brunetki i cel osiągnęła – brunetka z wielkim hukiem rzuciła dupka, tym samym zostawiając wolną drogę blondynce.

Od tamtego czasu blondynka i dupek są nierozłączni, a w niedzielę zabrał ją na festiwal sidry, na którym się je sardynki z bułką, kanapki z tortillą i chorizo, pije sidrę od 15.00 do pierwszej w nocy, tańczy w rytm odpustowego lajf zespołu, a wszystko to z założenia na stojąco, bo usiąść nie ma gdzie, chyba że na ziemi. A blondynka pojawiła się na miejscu zbiórki w sukience z gatunku takich, co mojej babci, gdyby żyła, podobałoby się żebym poszła w niej do kościoła, gdybym chodziła, rajstopach tak zwanych cielistych, oraz, rownież cielistych, lakierowanych szpilkach z kokardką. Na widok owych szpilek przeszedł mnie pierwszy dreszcz szczęścia, wiedziałam bowiem ile godzin stania przed nią, a zaraz po nim nastąpił drugi, na widok gumy od rajstop wrzynającej jej się w brzuch i z profilu tworzącej coś w rodzaju dwupiętrowych cycków. Dupek, dopasowując się do niedzielno-kościelnego imydżu wystąpił w białej koszuli i czarnych spodniach od garnituru, co wzbudziło już zupełnie niekryte rechoty i błyskotliwe komentarze.

Od owej niedzieli temat dupka i blondynki, jakoś zupełnie przestał mnie interesować.

A jutro lecimy, Ten i ja, po dwunastu tygodniach czekania. Niech nam walizka lekką będzie.

3108481A oto nasza wesoła grupa. Blondynki niestety nie ma, co do dupka, to nie będę pokazywać palcem, ale białą koszulę ma na ssobie tylko jeden.

Comments (1) »

O napiętej atmosferze

Wczoraj Ten poszedł z kolegami z biura grać w futbol. Poszedł, mimo że nie miał wcale ochoty, jak twierdzi, poszedł, bo nieopatrznie obiecał tydzień temu, a z obietnic złożonych Niemcom NIE DA RADY SIĘ WYPLĄTAĆ („Jak to nie wiesz czy będziesz mógł grać, przecież obiecałeś i ja już odpowiednio zorganizowałem drużynę, jeśli nie przyjdziesz, my też nie będziemy mogli grać, zrujnujesz CAŁĄ STRATEGIĘ!!!!”). Więc, przyciśnięty do muru, poszedł.

I znowu nadwyrężył nadwyrężoną kostkę.

I dzisiaj zabawia się zimnymi i gorącymi kompresami oraz nakładaniem voltarenu, a kostka furt puchnie .

A do wyjazdu został tydzień.

Ja nic nie mówię.

Zamiast tego rozpłakałam się wczoraj żałośnie, że jestem gruba i odmówiłam ubrania się w bikini zanim zgubię co najmniej 200 kilo.

Atmosfera jest napięta.

 

Leave a comment »

O czterech parach butów i rocznicy

Do wyjazdu zostało 12 dni, zaczynam więc myśleć o zawartości walizki, co napawa mnie lekkim niepokojem, gdyż jak byk wychodzi mi, że w żaden sposób nie zejdę poniżej 4 par butów. A walizka ogromem nie przeraża, bo beztrosko uznaliśmy przy rezerwacji biletów, że w zupełności starczy nam na ten tydzień jedna sztuka bagażu podręcznego na łeb. Doprawdy, zupełnie jakbym samej siebie nie znała.

A dzisiaj upływają cztery lata od dnia, kiedy to po raz pierwszy wdziałam buty do biegania i legginsy i postanowiłam, że przy pomocy powyższych od teraz będę zachowywała młodzieńczą smukłość i jędrność (EKHM) cielesnej powłoki. Eh, pamiętam że wytrzymałam wtedy niecały kwadrans ciągłego biegu i byłam z siebie całkiem dumna. W ciągu tych czterech lat leśna ścieżka nierzadko była mi odskocznią i workiem treningowym dla rozmaitych frustracji, a i myśli mi się przy tej czynności wciąż najlepiej. (Że nie wspomnę o moim tyłku, który bardzo zmienił w ciągu tego czasu swoją formę i kształt.)

Za 9 dni coroczny festiwal sidry. Personalnie zapowiada się dość wybuchowo, ze względu na jeden taki temat, który już od pewnego czasu bulgocze mi w dudkach i zapewne za przyszłym wpisem sobie tutaj uleję, i to będzie DLUGI wpis. (Potraktujcie to jak groźbę.)

 

Leave a comment »

O serialach, postanowieniu i przewidywanych kataklizmach

Nie wiem jak to o mnie świadczy, ale nowy sezon Mad Menów podoba mi się dużo bardziej niż poprzedni, i widzę tu ścisły związek z faktem, że Don Draper wrócił do bycia nieuleczalnym dziwkarzem. Wczoraj natomiast przyjęłam do ustroju ciurkiem pięć odcinków The Following i kurde Kewin Bekon mi się zaczął podobać! Ogólnie jednak irytuje mnie tam wszystko nieziemsko, najbardziej ta z krótkimi włosami, zaraz potem żona naszego przemiłego mordercy, oraz fakt że Kewin zawsze, ale to zawsze przybywa o krótki pysk za późno. No ileż można??? Do grobu mnie z tym wpędzą, bo zgrzytam zębami i jednak furt oglądam, ale zakładam, że właśnie to jest ich zamiarem, więc postanowiłam szybko obejrzeć do końca i jednak przeżyć.

A dziś jest wielkopomny dzień, bo postanowiłam wyjść na zewnętrze w spódnicy i bez rajstop. Nogi mam wprawdzie rażąco białe (mimo że na dekolcie zaliczyłam już pierwszą złażącą skórę) i możliwe że jednak nieco zmarznę, bo zdaje się że wiaterek jest, ale się uparłam i koniec, umarł w butach.

Do wyjazdu zostało już tylko 18 dni, rodzina Tego z coraz większym rozmachem planuje nam półtora dnia, które zamierzamy z nią spędzić, jak na razie mamy wypić piwo z conajmniej 12 osobami w trzech miastach oraz zjeść kolację z drugim tyle, a ja zaczynam już przewidywać możliwe kataklizmy uniemożliwiające nam wyjazd. (Żeby się nie wydarzyły rzecz jasna. Bo prawie nigdy się nie dzieje, to co człowiek przewidział, rajt?)

2 Komentarze »