Archive for Kwiecień, 2013

O tym, jak zabrakło soli

Pewnego sobotniego popołudnia (ściślej biorąc tego minionego) zabrakło nam soli. Udaliśmy się więc na zakupy, gdyż brakowało jeszcze kilku innych drobiazgów (między innymi PLASTRÓW. Zmutowane kapcie nie odpuszczają.). Jako że Ten cierpiał na końcówkę infekcji ucha, bolało go jeszcze nieco gardło i nie życzył sobie spożywać zimnych napojów, doszedłszy zgodnie do wniosku, że czerwone wino to jedyny napój przyjmowany do wnętrza w temperaturze pokojowej, odpowiedni  na sobotni wieczór, kupiliśmy również flaszkę bardzo dobrej Riojy.

Wieczór był w pełni rozkwitu, czule objęci oglądaliśmy sobie Bardzo Dobry Film sącząc ową Rioję, kiedy nagle Ten podskoczył, jakby ukąsiła go tarantula, złorzecząc zerwał się na równe nogi i nerwowo jął zdzierać z siebie dżinsy. Jego ukochane szare lewisy, dodam. Jako że jestem inteligentna, nie pytałam głupio co się stało, bo z niewielkiej ilości treści pomiędzy przekleństwami udało mi się wywnioskować, iż kilka kropel Riojy wylądowało na lewisach, wyjęłam mu portki z rąk, przyjrzałam się plamkom i orzekłam krótko acz treściwie: SÓL. Ten nigdy wprawdzie nie słyszał o tym sposobie na plamy z czerwonego wina, ale posłusznie przyniósł świeżo zakupione półkilowe opakowanie i z rozpędu wysypał na dżinsy co najmniej połowę zawartości. Jako że osobiście takoż nie wiedziałam co dalej z tą solą robić, w trzech językach równocześnie zabraliśmy się do czytania w internecie o metodach odplamiających i już parę minut później na grubą warstwę soli na portkach zostało wylane nieco wody mineralnej silnie gazowanej, a my wkładaliśmy na siebie  kurtki i buty, gdyż do zamknięcia supermarketu pozostało 15 minut, a obecność odplamiacza wydała nam się w obliczu przeczytanych informacji, niezależnie od soli, jednak niezbędna.

Pół godziny później kryzys był zażegnany. Sól z wodą mineralną zrobiły swoje, plamy nie było widać, ale portki na wszelki wypadek  tkwiły w wodzie z odplamiaczem, Ten zaczął nieśmiało wierzyć, że nie utracił na zawsze ukochanego odzienia, na nowo usadowliliśmy się przed filmem, Ten chwycił swój kieliszek… i wylał nieco wina na aktualnie znajdujące się na jego tyłku portki. Tym razem atak głupawki byl nie do powstrzymania, nerwowo chichocząc powtórzyliśmy akcję z solą i wodą, spodnie już miały dołączyć do poprzednich w miednicy, kiedy Ten wrzasnął rozdzierająco: ANNA! Chodż tu zaraz, ta woda jest CAŁA CZARNA!!!!!  Pospieszyłam do łazienki, woda rzeczywiście była czarna, ale spodnie wyglądały normalnie, wytłumaczyłam więc na nowo zdenerwowanemu Temu, że ja je przecież zwykle wrzucam do pralki i nie wiem, jaki kolor ma w tej pralce woda, więc może one zwyczajnie tak mają, wypłukałam nieszczęsną sztukę odzieży w czystej wodzie, wyżęłam i rozwiesiłam, po czym proces powtórzyłam z dżinsami numer dwa.

Mając już serdecznie dość soli, dżinsów i plam wróciliśmy przed telewizor, dolaliśmy sobie winka, po czym Temu omsknęła się ręka, kieliszek niebezpiecznie chybnął, a kilka kropli płynu spadło na dywan. Biały.

Nie wierząc, że to się dzieje naprawdę, z jękiem wysypaliśmy resztę soli na plamę, obejrzeliśmy film do końca, dopiliśmy parszywe wino, po czym z desperacją przy pomocy odkurzacza usunęliśmy sól z dywanu.

Po plamie nie bylo śladu, ale za to znowu zabrakło soli.

2 komentarze »

O kapciach i tabletkach

Dobra, możecie mną pogardzać, albo zgoła napluć mi na buty (nomen omen), ale zakupiłam jednak te podrasowane kapcie (które, zapewne z zemsty, za rzucane na nie kalumnie, od razu pierwszego dnia popisowo oskrobały mi pięty). Kupiłam, bo a) w sklepach nie ma ABSOLUTNIE nic innego b) w botkach było mi okropnie gorąco, a c) sandały, po ostatniej akcji oczyszczającej szafki z obuwiem posiadam jedynie wybitnie odkryte, co mogłoby być lekką przesadą. Poza tym zakupiony przeze mnie egzemplarz jest we włochatą czarno-białą panterkę, a jak powszechnie wiadomo, jeśli coś jest szare, w paski, w panterkę lub czarno-białe, to praktycznie już to kupiłam.

A wczoraj poszłam do lekarza z moimi całkowicie zatkanymi drogami oddechowymi, dostałam antybiotyk na zatoki, oraz tabletki blokujące kaszel, które miałam brać W RAZIE POTRZEBY, przed snem, a  które oprócz blokowania, jako LECIUTKI skutek uboczny, miały wywołać dodatkową senność. Zażyłam więc z ciekawości i przespałam całą noc niezależnie od przyjmowanej pozycji, śniło mi się że stłukłam ulubioną filiżankę mamy Tego, a dziś rano nie słyszałam ani budzika, ani dwóch telefonów, a obudziłam się ze stresu na tle tej słuczonej filiżanki sama z siebie o 10 rano.

Ciekawość uważam za zaspokojoną.

Ale co się wyspałam, to moje.

Leave a comment »

O tym, że dziś bez tytułu

Miałam fantastyczny weekend, absolutnie in love, nie przeszkadzał mi nawet fakt, że zasmarkana jestem jak zawsze w kwietniu i spać mogę wyłącznie na wznak, odkryłam że do wyjazdu już tylko 30 dni, słońce świeciło mocno, napchałam się aż do wypęku przysłaną przez mamusię Tego prawdziwą szynką iberyjską (wiecie że szynka iberyjska tylko wtedy jest dobra i prawdziwa, kiedy za życia, będąc jeszcze świnią, żarła wyłącznie żołędzie??) w towarzystwie pomidorów, czosnku, oliwy i wina, nowe lewisy mimo to zakupiłam w rozmiarze 26 i nie przerżnęły mnie w połowie, dziś wciąż świeci słońce, a jednak kiedy przyszłam do domu o poranku i zobaczyłam po raz kolejny odesłaną mi kopertę z dokumentami, poczułam dobitnie że wszystko chuj.

Leave a comment »

O sztućcach i kapciach

Jechaliście kiedyś całą rodziną łącznie z psem o godzinie dwudziestej trzeciej do całodobowego teska, w celu zakupić komplet sztućców? Bo ja jechałam. We wtorek mianowicie, spokojnie popijając piwko z okazji mojego odjazdu w środę rano, mój szwagier odczuł nagle oburzenie na komunikat, że moja siostra będąc w owym tesku po południu sztućców za okazyjną cenę nie zakupiła, i za karę zagonił nas wszystkich do auta, tak jak staliśmy, prosto z kanapy. Dobrze że pozwolił chociaż kapcie na buty zamienić. Z zaskoczenia nawet nikt nie zaprotestował, a moja siostrzenica ze świeżutkim prawem jazdy nawet się ucieszyła, gdyż z uwagi na owe piwko to ona musiała zasiąść za kierownicą.

Poza tym to nic nowego. Nadal nie mam wiosennych butów, bo poza tymi slipersami, nic w sklepach nie ma, a mnie one żywo przypominają arystokratyczne kapcie, i jedyny ałtfit, jaki jestem w stanie sobie z nimi wyobrazić, to aksamitny szlafrok z wyhaftowanym na piersi złotym herbem i wystającymi dołem nogawkami jedwabnej piżamy.

A w drodze powrotnej nic mi się głupiego nie przytrafiło. Na psy schodzę, słowo daję.

Leave a comment »

O milczeniu i meczu

Wychodzi, że znowu zamilkłam, lecz proszę mi wierzyć, nie jest to milczenie znaczące, zwyczajnie fchuj do roboty mam i ledwo daję radę Was czytać. A do tego nerwowa jestem, bo jutro do Polski jadę (a tak, JADĘ – autobusem…) a przed wyjazdem muszę jeszcze iść do pracy. Niby tylko do trzynastej, a autobus o siedemnastej piętnaście, ale mój wewnętrzny cykor przewidzał już na tę okazję wszystkie możliwe kataklizmy, co raczej nie działa na mnie uspokajająco.

Siedząc wczoraj u boku Tego w knajpie nad piwem i gapiąc się na mecz Borussia Dortmund – FC Malaga, myślałam sobie, że naprawdę bardzo mi go szkoda – iść na mecz do knajpy ZE MNĄ??? A potem było mi go jeszcze bardziej szkoda, jak Borussia wygrała w doliczonym czasie, wbijając pewnym już awansu i osiadłym na laurach Malagijczykach DWA GOLE…  W mniej niż minutę. (Chociaż on utrzymywał, że nic go to nie obchodzi, bo on i tak kibicuje Sewilli a nie Maladze. A-ha.)

W niedzielę ma być 20 stopni. Co ja mówiłam o zanikaniu wiosny?!?

 

Leave a comment »

O podróży i butach

No wróciłam, owszem, już całe trzy dni jestem.

Po raz kolejny okazało się, że w podróżach jesteśmy lukrowanym ciastem z kremem i przykładem czułej harmonii, pokłóciliśmy się natomiast natychmiast po opuszczeniu auta w Aachen. (I na powrót pogodziliśmy.)

Luksemburg bardzo serdecznie polecam, idea dolnego i górnego miasta niezwykle atrakcyjna turystycznie oraz fitnesowo, z obcymi językami w ogóle nie było żadnego problemu, większość mówi po niemiecku, aczkolwiek nieco dziwnie, oraz z niewiadomych przyczyn mieszka tam mnóstwo Portugalczyków, z którymi doskonale da się porozumiewać po hiszpańsku. Trewir odznaczył się dla nas głównie obecnością doskonałego i bardzo taniego wina, więc z obecności skwapliwie korzystaliśmy, co zaowocowało LEKKIM kacem dnia następnego. Heidelberg zostawiliśmy sobie po głębokim przemyśleniu na inną okazję, a zamiast tego wybraliśmy się do Koblencji, gdzie świeciło słońce. Ogólnie to zdecydowaliśmy, że w kwestii pogody dopisało nam szczęście, gdyż przez większość czasu było wprawdzie przejmująco ZIMNO, to jednak nic nie leciało z nieba, co, i tu jestem pewna że wszyscy się ze mną zgodzą, w obecnej SYTUACJI, jest dużym osiągnięciem.

Poza tym Ten kupił sobie niebieskie buty, co, jak nie omieszkałam go poinformować, jest ewidentym dowodem na mój zły wpływ i jego przeistoczenie w faszyn wiktim. (Dzień, w którym kupujesz obuwie w kolorze NIEPRAKTYCZNYM, czyt. innym niż czarny i brązowy, to właśnie TEN dzień.)

Leave a comment »