Archive for Marzec, 2013

O dżogingu ekstremalnym

A wczoraj spadł śnieg i pada do dzisiaj, nad czym żałośnie i nieprzerwanie łka moja dusza.

W piątek jednakże, kiedy to pakowałam się na weekend spędzany z ukochanym przy panujących 12 stopniach PLUS, mimo zaznajomienia z prognozą pogody, zastosowałam zaawansowane wypieranie, nie przyjęłam prognozy do wiadomości i spakowałam wyłącznie krótkie gacie do biegania.

(Postanowiliśmy bowiem, Ten i ja, zostać Miss i Mister Plaży i schudnąć do wyjazdu 4 kilo. Znaczy ja 4, Ten planuje 10. Cha cha cha.)

Niedzielnego popołudnia więc, kiedy Ten udał się na cotygodniowy trening koszykówki, zamiast jak zwykle umościć się na łóżku wraz z Kalifornikejszyn, wdziałam posiadane krótkie gacie, koszulkę i adidasy, po czym spojrzałam przez okno. Za oknem panował wicher, miotający co jakiś czas drobnym śnieżkiem, ludzie chodzili zakutani w szaliki i czapki, a termometr wskazywał zero stopni. Gęsiej skórki dostałam od tego widoku od razu, po namyśle wyciągnęłam więc z szafy Tego bluzę z kapturem, sięgającą mi prawie do kolan, myśląc optymistycznie że będę się przecież ruszać, to się rozgrzeję.

Po wyjściu z klatki schodowej i owianiu lodowatym wichrem, rozpoznałam bez problemu, że BARDZO będę musiała się ruszać, żeby się rozgrzać w tych warunkach, i ruszyłam ostrym sprintem, azymut na wznoszącą się nad miastem dość sporą górkę o nazwie Lousberg, o której istnieje nawet dość ładna legenda o tym, jak to mieszkańcy Aachen przechytrzyli diabła. Ale ja nie o legendzie chciałam, tylko o zimnie. Ruszyłam więc, mówię, i już piętnaście minut później wspinałam się dość mozolnie, a wszyscy mijający mnie biegacze mieli na sobie długie dresy oraz czapki. Ja natomiast krótkie spodenki i ogniście czerwone uda. Po jakimś czasie nawet się rozgrzałam, nie powiem. Biegłam tak, i biegłam, i biegłam, najpierw w górę, potem, z braku dalszej góry w dół, ale jakoś z drugiej strony i w ogóle jakoś dziwnie, bo nagle znalazłam się zupełnie gdzie indziej, las mi się skończył i otoczyły mnie same łąki z krokusami, które usiłowałam nawet podziwiać, ale ochota na kontemplowanie przyrody przeszła mi kiedy tylko uświadomilam sobie, że nie mam pojęcia, jak wrócić.

Po kilku dramatycznych startach w trzech różnych kierunkach, zakopaniu się w podmokłej łące bez ścieżki, powrocie z innej ścieżki, która nagle się urywala, oraz przemknięciu mi przez głowę myśli, że za dwadzieścia minut zrobi się ciemno, Jezusmaria zostanę tu i umrę z wychłodzenia w tych krótkich gaciach, dałam sobie mentalnie w gębę, przywołałam się do porzadku i doszłam do logicznego wniosku, źe zwyczajnie muszę wrócić na górę i zejść tą samą drogą, którą weszłam.

Kiedy na nowo osiągałam szczyt, pot lał się ze mnie strumieniami, a myśl o zimnie była dość daleka, wniosek okazał się jednak poprawny i bez problemu znalazłam właściwe zejście.

A jak spojrzałam na zegar wchodząc do hali, w której Ten z sukcesem wrzucał piłki do kosza, uświadomiłam sobie, że biegałam godzinę i piętnaście minut.

A na ogrzanie wychłodzonego ciała zużywa się jakąś potworną ilość kalorii, prawda??…

208445_4987682804236_355249545_nTakie zdjęcie zrobiłam na górze.

Reklamy

Leave a comment »

O katarze siennym, panterze i paskach

Na razie wiosna wygląda tak, że z czerwonego nosa leci mi ciurkiem, wyżej wymieniony łaskocze i swędzi, które to swędzenie jest jednakże niczym w porównaniu z tym, jak swędzą mnie oczy. POTWORNOŚĆ. Od tarcia i drapania wyglądam więc, jakbym samodzielnie wypaliła cały najlepszy towar eksportowy Maroka, co niekoniecznie dodaje mi uroku, śmiem twierdzić.

Ale śniegu już w lesie nie ma, i nawet nie ma też specjalnego błota.

Osobiście natomiast, i całkowicie wbrew logice oraz komunikatowi z ostatniego posta, kupiłam zimowy płaszcz. Na ostatnich podrygach wyprzedaży, w cenie niższej o 100 euro od pierwotnej, cudny, ekstrawagancki i świetnej jakości. (Ogólnie to nie wierzę, że on jest zimowy, bo nie ma ŻADNEGO zapięcia. Żadnego guzika, zamka, zatrzasku, nawet marnego paska. W ogóle nie wyobrażam sobie nosić czegoś takiego zimą.)

A poza tym zawsze pragnęłam włożyć panterę do pasków!…

3016619_inmsg

Leave a comment »

O surrealizmie i szmatach

Doprawdy bardzo dziwne to wrażenie wbiec do lasu w promieniach wreszcie GRZEJĄCEGO słońca i imponujących 16 stopniach, przyodziana w krótkie gacie, i spotkać śnieg. W tym lesie. Całkowicie surrealistyczne, od góry ciepełko, od dołu lodowate tchnienie.

Ale w końcu jest, grzeje i świeci, a ja rzecz jasna zaczynam myśleć o szmatach. (Nie żebym wcześniej nie myślala, przecież mnie znacie.) I niewykluczone, że kogoś tu zaskoczę, gdyż nieoczekiwanie dla samej siebie i całkowicie rewolucyjnie wymyśliłam, że dużo nie potrzebuję, bo jakoś zupełnie nie zdążyłam się nacieszyć tym, co kupiłam późno ubiegłego lata, i jak nakupię więcej, to niczym się w ogóle nie nacieszę.

(Prawda, że to LOGICZNE?)

Więc na razie kupiłam tylko spodenki (onlajn, i wciąż są w drodze, więc jeszcze nie położyłam na nich łapek oraz drżę o rozmiar) oraz sandały, którymi groziłam tu od dawna i w których przechadzam się chwilowo po mieszkaniu.

Poza tym ucięłam sobie dziś drzemkę na ustawionym w otwartch drzwiach balkonowych leżaku, i zamierzam rozkoszować się tym wspomnieniem ILE SIĘ DA. bo w czwartek ma padać.

 

PS. Do wyjazdu zostało 11 tygodni.

Leave a comment »

O pechu książkowym oraz braku litości

Doprawdy trzeba być mną, żeby z całej serii o Harrym Hole na pierwszy ogień wybrać sobie pozycję, siódmą z kolei, w której mowa jest o Harrego sprawie w Australii, a zaraz potem postanowić czytać jak Bóg przykazał, za porządkiem, zaczynając od utworu rozpoczynającego serię, i już po kilkunastu stronach odkryć, że TO właśnie jest ta sprawa w Australii i w związku z tym doskonale wiem, kto jest mordercą… Tak mnie to zdenerwowało, że w końcu znalazłam w sobie hart ducha konieczny do wyniesienia do kontenera peceka dobrych dwudziestu par nienoszonego od lat obuwia. Trzeba było mnie widzieć, jak bezlitośnie wrzucałam jedną po drugiej do wora!.. Żadnych sentymentów! Żadnego „może jeszcze kiedyś się je włoży”! No mercy!… 

(A potem nie było mercy dla mnie, jak dygowałam potwornie ciężki wór do kontenera.)

Teraz mam mnóstwo miejsca w szafkach na buty.

A dokładnie rok temu o tej porze, 1 marca, szłam na pierwszą randkę z Tym. Zaciekawiona i niepewna, oraz ogólnie niezbyt do pomysłu przekonana, bo przecież ta różnica wieku. I w ogóle. Cóż, dzisiaj mogę jedynie powiedzieć, że ogromnie się cieszę, że dałam się przekonać.

Leave a comment »