O dżogingu ekstremalnym

A wczoraj spadł śnieg i pada do dzisiaj, nad czym żałośnie i nieprzerwanie łka moja dusza.

W piątek jednakże, kiedy to pakowałam się na weekend spędzany z ukochanym przy panujących 12 stopniach PLUS, mimo zaznajomienia z prognozą pogody, zastosowałam zaawansowane wypieranie, nie przyjęłam prognozy do wiadomości i spakowałam wyłącznie krótkie gacie do biegania.

(Postanowiliśmy bowiem, Ten i ja, zostać Miss i Mister Plaży i schudnąć do wyjazdu 4 kilo. Znaczy ja 4, Ten planuje 10. Cha cha cha.)

Niedzielnego popołudnia więc, kiedy Ten udał się na cotygodniowy trening koszykówki, zamiast jak zwykle umościć się na łóżku wraz z Kalifornikejszyn, wdziałam posiadane krótkie gacie, koszulkę i adidasy, po czym spojrzałam przez okno. Za oknem panował wicher, miotający co jakiś czas drobnym śnieżkiem, ludzie chodzili zakutani w szaliki i czapki, a termometr wskazywał zero stopni. Gęsiej skórki dostałam od tego widoku od razu, po namyśle wyciągnęłam więc z szafy Tego bluzę z kapturem, sięgającą mi prawie do kolan, myśląc optymistycznie że będę się przecież ruszać, to się rozgrzeję.

Po wyjściu z klatki schodowej i owianiu lodowatym wichrem, rozpoznałam bez problemu, że BARDZO będę musiała się ruszać, żeby się rozgrzać w tych warunkach, i ruszyłam ostrym sprintem, azymut na wznoszącą się nad miastem dość sporą górkę o nazwie Lousberg, o której istnieje nawet dość ładna legenda o tym, jak to mieszkańcy Aachen przechytrzyli diabła. Ale ja nie o legendzie chciałam, tylko o zimnie. Ruszyłam więc, mówię, i już piętnaście minut później wspinałam się dość mozolnie, a wszyscy mijający mnie biegacze mieli na sobie długie dresy oraz czapki. Ja natomiast krótkie spodenki i ogniście czerwone uda. Po jakimś czasie nawet się rozgrzałam, nie powiem. Biegłam tak, i biegłam, i biegłam, najpierw w górę, potem, z braku dalszej góry w dół, ale jakoś z drugiej strony i w ogóle jakoś dziwnie, bo nagle znalazłam się zupełnie gdzie indziej, las mi się skończył i otoczyły mnie same łąki z krokusami, które usiłowałam nawet podziwiać, ale ochota na kontemplowanie przyrody przeszła mi kiedy tylko uświadomilam sobie, że nie mam pojęcia, jak wrócić.

Po kilku dramatycznych startach w trzech różnych kierunkach, zakopaniu się w podmokłej łące bez ścieżki, powrocie z innej ścieżki, która nagle się urywala, oraz przemknięciu mi przez głowę myśli, że za dwadzieścia minut zrobi się ciemno, Jezusmaria zostanę tu i umrę z wychłodzenia w tych krótkich gaciach, dałam sobie mentalnie w gębę, przywołałam się do porzadku i doszłam do logicznego wniosku, źe zwyczajnie muszę wrócić na górę i zejść tą samą drogą, którą weszłam.

Kiedy na nowo osiągałam szczyt, pot lał się ze mnie strumieniami, a myśl o zimnie była dość daleka, wniosek okazał się jednak poprawny i bez problemu znalazłam właściwe zejście.

A jak spojrzałam na zegar wchodząc do hali, w której Ten z sukcesem wrzucał piłki do kosza, uświadomiłam sobie, że biegałam godzinę i piętnaście minut.

A na ogrzanie wychłodzonego ciała zużywa się jakąś potworną ilość kalorii, prawda??…

208445_4987682804236_355249545_nTakie zdjęcie zrobiłam na górze.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: