Archive for Marzec, 2013

O cudzie i proporcjach

Cóż za koincydencja, doprawdy, my do Luksemburga, a u mnie na blogasku odwiedzający z Luksemburga, serdecznie pozdrawiam z tego miejsca (kanapa)!

Wieści z placu boju są takie, że Ten udał się dziś rano na rozpaczliwe i beznadziejne poszukiwanie gabinetu fizjoterapii, który NATYCHMIAST zrealizowałby wystawioną w listopadzie z zupełnie innego powodu receptę, i proszę sobie wyobrazić, że go ZNALAZŁ. Poszedł o dziesiątej, dostał termin o czternastej, a o czternastej trzydzieści słał mi entuzjastyczne esemesy, że 10 minut masażu i już może kręcić głową. Pozostaje mi więc tylko zacisnąć kciuki, żeby skutki działań cudotwórczej oraz przyjmującej od razu (co właściwie na jedno wychodzi) terapeutki utrzymały się jak najdłużej, a co najmniej do poniedziałku, amen.

 

Osobiście TEŻ MAM PROBLEM i potrzebny mi cud, a mianowicie nie wiem, jaką kurtkę zabrać żeby pasowała mi do wszystkiego, bo przecież nie będę się wozić z dwiema kurtkami.

Czyli można powiedzieć, że wszystko jest w równowadze i proporcje są zachowane.

Reklamy

2 Komentarze »

Jeszcze o tym zanikaniu wiosny

A w związku z tym, że w sobotę JEDZIEMY (i nawet już wiadomo dokąd – do Luksemburga, Trewiru i Heidelbergu)( Znaczy po jednym dniu w każdym z wyżej wymienionych będziemy), Ten zrobił sobie kuku w kark i jest cały sztywny. (Znaczy nie cały, tylko od ramion w górę, ale to w zupełności wystarczy.) Ja nie wiem – czy ten chłop rzed każdą podróżą musi coś sobie robić??? Jestem dość zdegustowana, bo uważam, że ta skręcona kostka przed ubiegłorocznym wyjazdem zdecydowanie powinna była wystarczyć na dłużej niż niecały rok.

A z kolei w związku z tym, że wiosna zanika, postanowiłam przestać zawracać sobie głowę gnębiącym mnie od jakiegoś czasu wiosennym obuwiem. Po pierwsze, bo sklepy pełne są tych obrzydliwych slipersów (czyjakichtam), których poprzysięgłam sobie za żadne skarby świata nawet nie oglądać, a po drugie bo niewarto. I tak zaraz będzie lato, więc jednym zgrabnym ruchem przeskoczę sobie z botków do sandałów i po sprawie.

(Uprzejmie proszę nie wyprowadzać mnie z błędu odnośnie tego lata. Dziękuję.)

Leave a comment »

O zanikaniu i wybrakowaniu

Zimno jest nadal jak cholera, ale przynajmniej od wczoraj świeci słońce, co sprawia że NIE CAŁY CZAS mam ochotę poszukać mostu i się z niego rzucić. (Najbliższa rzeka jest raczej daleko, nie wykluczam, że to też ma wpływ.)

Jeśli chodzi o szóstkę Weidera, to dziś kończę dwa tygodnie. Robię 10 powtórzeń i widzę wyraźnie, że moje, i tak dość mocne mięśnie brzucha jeszcze się wzmocniły (bo jestem w stanie zrobić te 10 powtórzeń na nogę, żadną nogą nie dotykając przy tym podłogi), natomiast sześciopaka ani widu ani słychu. Więc nie wiem. Pewnie jak zwykle okażę się wybrakowana.

Poza tym przeczytałam ostatnio, że wiosna wcale się nie spóźnia, tylko ona ZANIKA. Przygotujmy się więc na lato!

Leave a comment »

O malowaniu

We wtorek Ten zaprosił mnie do pomocy przy malowaniu. (Dobrze widzicie, nie POPROSIŁ o pomoc, a ZAPROSIŁ do pomocy.) Do pomalowania było niewiele, zaledwie jedne drzwi oraz jedna bardzo duża, wpuszczona w ścianę szafa, jedno i drugie białe i wymagające odświeżenia owej bieli przed generalną zmianą wystroju. W narzędzia pracy nie byliśmy wyposażeni jakoś przesadnie dobrze, acz wystarczająco, do dyspozycji był bowiem jeden wałek i jeden pędzel. I tak.

Na początek zostałam szczegółowo i z namaszczeniem poinstruowana odnośnie środków ostrożności i innych takich. Surowo zostało mi nakazane NATYCHMIAST wycierać mokrą szmatką KAŻDĄ ewentualnie kapniętą kropkę farby, a najlepiej do kapnięcia w ogóle nie dopuszczać, tylko wyłożyć wszystko grubo a porządnie gazetami. Potwierdziłam przyjęcie do wiadomości i zobowiązanie do zastosowania i przystąpiliśmy do pracy.

Najpierw Ten wałkiem przeleciał drzwi, podczas gdy ja pędzlem ostrożnie zaczęłam od styku szafy ze ścianą. Następnie pędzel został mi odebrany bo Ten nie był zadowolony z siły krycia warstwy nakladanej wałkiem i musiał wypróbować pędzel. Potem odebrany mi został wałek, Ten radośnie machał rozległe powierzchnie szafy, a mnie nakazał wykończyć pędzlem kanty i inne denerwujące detale. Potem Ten zajął się muzyką umilającą nam pracę, a ja nakładałam pędzlem drugą warstwę na drzwi (faktycznie, kryło lepiej). Następnie Ten zajął się przygotowaniem kolacji, podczas gdy mła śmigałam wałkiem po szafie. W dalszej kolejności Ten leżał na łóżku i trawił, czytając mi na głos najnowsze wiadomości z El País, a ja z rozpędu malowałam parapet.

Na koniec wytarłam nakapane przez Tego kropki (osobiście posłusznie używałam gazet), a on w tym czasie opowiadał przez telefon siostrze, jak to pomalował drzwi i szafę.

Kurtyna.

Leave a comment »

O jedwabiu i rozbawieniu

Otóż wiosna znowu idzie, bo znowu potwornie swędzi mnie nos oraz kicham. (A śnieg leży już jedynie w lesie. I to nie wszędzie.)

Bardzo mnie ostatnio rozbawiła Zara. Przeglądam sobie stronę internetową, nie żebym coś kupić chciała, skąd, tak tylko oglądam dla rozrywki i widzę: „Koszulka na ramiączkach z jedwabiu.” Zainteresowałam się żywo, bo jedwab bardzo cenię (oczywiście czysto teoretycznie się zainteresowałam), patrzę na cenę, 15 eurasów, zupełnie przyzwoicie, klikam w „Materiał” i co widzę? 87% wiskoza 13% jedwab. Trzynaście. Cha cha cha. Czy to w ogóle legalne jest???

A na świąteczny weekend wyjeżdżamy! Nie wiemy wprawdzie jeszcze zupełnie dokąd, ale samochód już mamy wynajęty. No co, od czegoś trzeba zacząć.

4 Komentarze »

O melancholii

Mam od wczoraj nastrój wielce melancholijny.

Pojechałam bowiem wczoraj do Kolonii w celu spotkać się z argentyńską imienniczką, której nie widziałam od czerwca, zdaje się, i nie powiem, coś mi świtało. Przeczucie miałam. Więc nie zdziwiło mnie niby wcale, jak po opuszczeniu pociągu i powitalnych uściskach, ledwo opuściłyśmy teren dworca, oznajmiła mi że są nowiny. Argentyńska imienniczka będzie miała potomstwo!

Niezwykle się ucieszyłam i rozmowy krążyły już cały dzień wokół tematów ciążowo-dzieciowych, a nawet poszłam z nią do kejefsi i zeżarłam kurę, chwilowo zapominając o diecie, po przecież ciężarnym się nie odmawia, rajt?

A potem wróciłam do domu i zrobiło mi się melancholijnie. Tyle wspólnych imprez, tyle wspólnych kaców, tyle rozmów o złamanych sercach, jej bądź moim, niezmiennie kończących się wnioskiem że facet to świnia, a tu nagle takie coś.

…I żebym chociaż tego jej męża (bardziej) lubiła!…

Leave a comment »

O żelaznym postanowieniu

Uwaga, piszę tu, żeby potem jakby co, musieć publicznie przyznać się do porażki.

Bo w ramach wspomnianej niżej chęci nabrania ciała modelki z katalogu Wiktoriassikret, postanowiłam przez 6 tygodni pokatować się TYM. Zaczęłam we wtorek, czyli dziś jest trzeci dzień i na razie jest całkiem fajnie. Oczywiście nie mam złudzeń, kiedy dojdę do tej jakiejś potwornej ilości powtórzeń, zacznie być zgoła zupełnie niefajnie, ale tym razem postanowiłam wytrzymać. (Jakieś dwa lata temu udało mi się ze średnią regularnością ćwiczyć trzy tygodnie i NAPRAWDĘ było widać efekty.)

W końcu to TYLKO 6 tygodni.

(A do wyjazdu zostało 10)

3 Komentarze »