O tym, jak udało mi się zrujnować niespodziankę

Doprawdy trudno powiedzieć, że obudziłam się w ten będący walentynkami czwartek w doskonałym humorze i pełna radosnej świeżości. Wręcz niemożliwie. Pora była bowiem wczesna, a łeb bolał mnie potwornie sam z siebie, a dodatkowo z niewyspania oraz ze zgryzoty, gdyż dnia poprzedniego dość głupio pokłóciłam się z Tym, wybitnie zapracowując sobie na tytuł płaczliwej dziuni. Jakąś specjalną fanką walentynek wprawdzie nie jestem, i dlatego przystałam na zaproponowany przez kumpla Heleny Markusa termin spotkania całą paczką w owy czwartek, ale żeby już nie widzieć się w ten dzień WCALE, tylko dlatego że Ten odmówił potwierdzenia udziału w spotkaniu, wydało mi się lekką przesadą, na którą zareagowałam we właściwy mi ostatnio sposób. (Czyt., jak płaczliwa dziunia. Obrażona.)

Wstałam więc, mówię, ledwo żywa i pełna niechęci do zaczynającego się dnia, powlokłam się do pracy, i już koło dwunastej dostałam od Heleny wiadomość, że połowie uczestników wyskoczyły inne plany, wobec czego spotkanie przesuwa się na przyszły tydzień. Fantastycznie. Dwie godziny później wieczorną lekcję odwołał mój uczeń i zabłysła przede mną perspektywa fajrantu około 19, więc pomyślałam w przypływie ponurego optymizmu, że przynajmniej wcześnie spać pójdę, i co się wyśpię to moje. Około szesnastej, trwający dotychczas w milczeniu Ten wysłał mi esemesa z informacją że zranił sobie stopę na basenie, jedzie z kumplem z pracy do kliniki na zastrzyk przeciwtężcowy i czy wpadnę do niego koło 19.30 gdyż wtedy powinien być już z powrotem, a musimy porozmawiać. Serce związało mi się w węzeł marynarski, ale dzielnie odpisałam, że dobrze się składa, bo odwołano moje zajęcia i że okej.

Wyszłam z pracy, i do oddalonego od niej o 10 minut spacerkiem miejsca zamieszkania Tego, wlokłam się dobre pół godziny. Nacisnęłam na domofon. Wlazłam na czwarte piętro. Zdziwiłam się że nie stoi w drzwiach, ale były otwarte, więc weszłam. W pokoju paliły się świece, stół nakryty był do kolacji, a Ten stał obok z dziwnym wyrazem twarzy i zupełnie zdrową stopą, i mówił: Ania, jak rany, jak cholernie trudno jest zrobić Ci niespodziankę…

Po kilku minutach, spędzonych na padaniu sobie w objęcia i ocieraniu wiszących na rzęsach łez wzruszenia oraz odgrzaniu ostygłej kolacji i upewnieniu się, że WSZYSTKO BYŁO KŁAMSTWEM, Ten, w przypływie niewątpliwego zaćmienia umysłu, wręczył mi butelkę prosecco i korkociąg oraz polecił użyć obydwu, podczas gdy sam poszedł do kuchni po kieliszki. Z zapałem zabrałam się do dzieła i już po niewielkiej chwili w jednej ręce miałam butelkę z korkiem i wbitą weń spiralą korkociąga, w drugiej zaś korkociąga całą resztę. Bez spirali.

Chwilę zabrało Temu dojście do granitowej pewności, że korka wraz ze spiralą nie da rady wyciągnąć obcęgami. Z westchnieniem rezygnacji zabrał się więc do wykręcania żelastwa, rzucając mi od czasu do czasu dziwne spojrzenia, podczas gdy ja, pełna skruchy, pisałam do mieszkającej dokladnie naprzeciwko Yary esemesa o treści: Yara, masz korkociąg?? 

Odpowiedź Yary, otrzymana dokładnie w chwili kiedy Ten w pocie czoła wydostawał spiralę z korka brzmiała: Udam, że to jest normalne pytanie. Owszem, mam korkociąg…

W ten oto sposób Yara uratowała walentynki, a kolację trzeba było odgrzać jeszcze raz.

 

(Helena i Markus spotkali się oczywiście z całą resztą, jedynie ja zostałam odproszona na wniosek i prośbę Tego.)

 

 

 

Reklamy

Komentarze 2 so far »

  1. 1

    synafia said,

    Czy mogę Ci mówić Bridget? 😉

  2. 2

    barakuda_k said,

    sie ubawilam 😀 Bridget pasuje idealnie 🙂


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: