Archive for Luty, 2013

O optymizmie

Powiem Wam jedno, po ubitym, zmrożonym i bardzo obfitym śniegu, a do tego pod górkę, biega się koszmarnie. Zupełnie jakby człowiek się w ogóle nie ruszał z miejsca, bardzo nieprzyjemne wrażenie (szczególnie dla kolan). ALE od wczoraj już nie sypie, a doponiedziałkowa prognoza w moim maku mówi, że z każdym dniem temperatury coraz wyższe, a w poniedziałek nawet 8 stopni i słońce. Poza tym pojutrze już marzec, miesiąc, w którym oczekiwanie na wiosnę jest wręcz pożądane i przyzwoite i nie powoduje już stukania się w czoło u ogółu społeczeństwa (jak ma to miejsce przy oczekiwaniu na wiosnę w styczniu i lutym), a ja weszłam już w coroczną fazę kichania, co z kolei jest poszlaką całkowicie NIEOMYLNĄ.

Czas pomyśleć na serio o tych sandałach.

Leave a comment »

O rozpaczy i winie

Doprawdy bardzo, ale to BARDZO trudno jest wizualizować sobie sandały na (własnych) opalonych stopach, mając przed nosem TO:

421826_4895167491411_1914041272_n

 

(Rower nie mój, rzecz jasna, ja w ogóle nie umiem jeżdzić na rowerze.)

A wczoraj zakupiliśmy 2 bilety lotnicze z Maastricht do Malagi. Na 22 maja. To jeszcze tylko… zaraz, 12 i pół tygodnia. Chyba wino otworzę z rozpaczy.

3 komentarze »

O wiośnie i mandarynkach

A owszem, tutaj też śnieg wali jak wściekły prawie codziennie, a ja tymczasem poczułam potrzebę zakupu sandałów. Ogólnie z wiosennych kolekcji podoba mi się jedynie czarno-biała część Zary (weszłam nawet w posiadanie zebrzanej spódnicy, potwornie wygodna, bo nie tylko dopasowuje się do figury, a wręcz robi człowiekowi figurę), odcieni miętowych postanowiłam natomiast nie tykać nawet długim kijem. W ogóle mam ochotę nabyć sobie jedynie dużą ilość świetnej jakości bazowych tiszertów i nic więcej, i nawet znalazłam w tym temacie alternatywę dla COSa – duńską markę Selected. Jest dostępna na asosie i ma przeceny.

Dzisiaj natomiast, zupełnie prozaicznie i bardziej zimowo niż wiosennie, chciałam kupić mandarynki. Włożyłam do foliowego woreczka sześć sztuk luzem i chodziłam sobie z nimi po sklepie, tymczasem okazało się że woreczek był dziurawy i tak je gubiłam jedną po drugiej, zupełnie tego nie zauważając. Do kasy doniosłam dwie. (Widocznie los tak chciał, bo jak jeszcze przed Świętami pożarłam w ciągu jednego wieczora całą dwukilową siatkę, to wyskoczyły mi potem okropne zajady.)

Jaki to był wyczerpujący tydzień, to coś strasznego. Chyba się zdrzemnę, dla uczczenia weekendu.

Leave a comment »

O tym, jak udało mi się zrujnować niespodziankę

Doprawdy trudno powiedzieć, że obudziłam się w ten będący walentynkami czwartek w doskonałym humorze i pełna radosnej świeżości. Wręcz niemożliwie. Pora była bowiem wczesna, a łeb bolał mnie potwornie sam z siebie, a dodatkowo z niewyspania oraz ze zgryzoty, gdyż dnia poprzedniego dość głupio pokłóciłam się z Tym, wybitnie zapracowując sobie na tytuł płaczliwej dziuni. Jakąś specjalną fanką walentynek wprawdzie nie jestem, i dlatego przystałam na zaproponowany przez kumpla Heleny Markusa termin spotkania całą paczką w owy czwartek, ale żeby już nie widzieć się w ten dzień WCALE, tylko dlatego że Ten odmówił potwierdzenia udziału w spotkaniu, wydało mi się lekką przesadą, na którą zareagowałam we właściwy mi ostatnio sposób. (Czyt., jak płaczliwa dziunia. Obrażona.)

Wstałam więc, mówię, ledwo żywa i pełna niechęci do zaczynającego się dnia, powlokłam się do pracy, i już koło dwunastej dostałam od Heleny wiadomość, że połowie uczestników wyskoczyły inne plany, wobec czego spotkanie przesuwa się na przyszły tydzień. Fantastycznie. Dwie godziny później wieczorną lekcję odwołał mój uczeń i zabłysła przede mną perspektywa fajrantu około 19, więc pomyślałam w przypływie ponurego optymizmu, że przynajmniej wcześnie spać pójdę, i co się wyśpię to moje. Około szesnastej, trwający dotychczas w milczeniu Ten wysłał mi esemesa z informacją że zranił sobie stopę na basenie, jedzie z kumplem z pracy do kliniki na zastrzyk przeciwtężcowy i czy wpadnę do niego koło 19.30 gdyż wtedy powinien być już z powrotem, a musimy porozmawiać. Serce związało mi się w węzeł marynarski, ale dzielnie odpisałam, że dobrze się składa, bo odwołano moje zajęcia i że okej.

Wyszłam z pracy, i do oddalonego od niej o 10 minut spacerkiem miejsca zamieszkania Tego, wlokłam się dobre pół godziny. Nacisnęłam na domofon. Wlazłam na czwarte piętro. Zdziwiłam się że nie stoi w drzwiach, ale były otwarte, więc weszłam. W pokoju paliły się świece, stół nakryty był do kolacji, a Ten stał obok z dziwnym wyrazem twarzy i zupełnie zdrową stopą, i mówił: Ania, jak rany, jak cholernie trudno jest zrobić Ci niespodziankę…

Po kilku minutach, spędzonych na padaniu sobie w objęcia i ocieraniu wiszących na rzęsach łez wzruszenia oraz odgrzaniu ostygłej kolacji i upewnieniu się, że WSZYSTKO BYŁO KŁAMSTWEM, Ten, w przypływie niewątpliwego zaćmienia umysłu, wręczył mi butelkę prosecco i korkociąg oraz polecił użyć obydwu, podczas gdy sam poszedł do kuchni po kieliszki. Z zapałem zabrałam się do dzieła i już po niewielkiej chwili w jednej ręce miałam butelkę z korkiem i wbitą weń spiralą korkociąga, w drugiej zaś korkociąga całą resztę. Bez spirali.

Chwilę zabrało Temu dojście do granitowej pewności, że korka wraz ze spiralą nie da rady wyciągnąć obcęgami. Z westchnieniem rezygnacji zabrał się więc do wykręcania żelastwa, rzucając mi od czasu do czasu dziwne spojrzenia, podczas gdy ja, pełna skruchy, pisałam do mieszkającej dokladnie naprzeciwko Yary esemesa o treści: Yara, masz korkociąg?? 

Odpowiedź Yary, otrzymana dokładnie w chwili kiedy Ten w pocie czoła wydostawał spiralę z korka brzmiała: Udam, że to jest normalne pytanie. Owszem, mam korkociąg…

W ten oto sposób Yara uratowała walentynki, a kolację trzeba było odgrzać jeszcze raz.

 

(Helena i Markus spotkali się oczywiście z całą resztą, jedynie ja zostałam odproszona na wniosek i prośbę Tego.)

 

 

 

2 komentarze »

O Harrym Hole i płaczliwej dziuni

Uwierzycie, że nigdy nie kupiłam żadnej książki w księgarni internetowej??? Aż do dziś. Miałam konto na amazonie od roku, założone w szale zakładania kont WSZĘDZIE, i dziś zrobiłam użytek. Pierwsza sprawa Harrego Hole. Chyba się obliżę w oczekiwaniu nań!

Obserwuję ostatnio z niepokojem, jak zamieniam się w płaczliwą dziunię i trochę mi niewyraźnie. Wiem, że tak już miałam i mi przeszło, więc może jest nadzieja, ale zupełnie nie wiem od czego mi się tak robi i kiedy, ani dlaczego mija. Może idzie jakoś falami? Skokami? Z peemesem raczej nie ma wiele wspólnego, ten wyzwala jedynie wzmożoną chęć mordu. Więc zastanawiam się intensywnie, że aż mi to szkodzi, zastanawiam się czy to źle. Czy to źle, że on jest dla mnie najlepszym towarzystwem, i czy najzwyczajniej w świecie, mimo że lubię spotkania z dziewczynami i fszyciu nie zamierzam z nich rezygnować, najchętniej spotykam się z nim? Czy to źle, że nie stroję godzinami fochów, tylko gdy mnie przeprasza i widzę że widzi że zachował się jak debil, wybaczam?  Że chciałabym więcej i bardziej, i ciężko mi bywa zaakceptować fakt, że chwilowo się nie da? Czytałam ostatnio Siberry i wiem, że całe życie myślałam, że nikogo nie potrzebuję, nie było mi źle samej i W ŻADNYM WYPADKU nie skakałam z jednego związku do drugiego, wręcz przeciwnie, własne towarzystwo wciąż uważam za wyborowe. (Jak czysta.)  A tu nagle takie coś.

No kurde, zupełnie nie wiem co z tym zrobić.

Nic tylko biegać pójdę.

 

 

PS Serio zaglądają tu też chłopaki????

Comments (1) »

O czekaniu na lato i końcu weekendu

Serdecznie dziękuję za rady odnośnie korka, o ile wpychanie do środka nie jest głupim pomysłem (aczkolwiek prosecco zwykle miewa korki w kształcie grzybka, jak te od sowieckoje igristoje, tylko z korka  a nie z plastiku, chociaż identycznie niemożliwe do ruszenia w niewłaściwym kierunku, ale na zdjęciu wyraźnie widzę że ten miał normalny), to obcas całkowicie przekracza możliwości mojej wyobraźni.

Moje bikini doszły i pasują, a do tego w ostatniej Glossy Box był doskonały krem do opalania twarzy, więc oficjalnie rozpoczynam oczekiwanie na lato, wiosna ostatnio i tak jest zupełnie niegodna uwagi. Jeszcze tylko sandały se kupię.

A propo sandałów, wlazłam z ciekawości na te całe United Nude Shoes. (Ktoś mówi o butach i JA bym nie wlazła? No naprawdę!…) Otóż moje zdanie jest całkowicie jasne i łatwe do sprecyzowania: paskudztwo. (No dobra, z paroma wyjątkami, ale i tak.)

Skończył się intensywny (czyt. intensywnie pijacki) karnawałowy weekend. Nareszcie! Teraz idę przyssać się do kontenera z wodą.

166720_539004106130948_1119202672_n

Mój ukochany w stroju pingwina. Osobiście byłam krową.

3 komentarze »

O korku

Wczoraj, mimo faktu że był wtorek, zaszła potrzeba otwarcia butelki prosecco. Butelka prosecco miała korek z korka, a korkociąg chwilowo przepadł. Jedyne, co przyszło do głowy mnie, to bardzo odkrywcze potłuczenie szyjki butelki (doprawdy wiele by nam przyszło z odłamków szkła w prosecco) (chociaż zawsze można było użyć sitka), ale szczęśliwym przypadkiem potrzeba otwarcia butelki prosecco zaszła w towarzystwie Heleny, a Helena ma mózg inżyniera.

Wygrzebała więc ze schowka skrzynkę z narzędziami, ze skrzynki śrubokręt i grubą śrubę, wkręciła śrubę w korek, chwyciła wystający łepek śruby obcęgami i użyła trzymających łepek obcęg w charakterze dźwigni. Kiedy korek wystawał już za dużo, podłożyła nóż w celu skrócenia odległości. Już po paru minutach butelka była otwarta, a ja mogłam zamknąć rozdziawione z podziwu usta.

578261_4782872884116_2069010198_n

2 komentarze »