Archive for Styczeń, 2013

O pogodzie i nowym serialu

Temperatura podskoczyła do 13 (!) stopni (plus, dla ścisłości), co zainspirowało mnie do zakupu bikini na asosie, już za parę miesięcy będą jak znalazł. (Liczba mnoga wynika z faktu, że bikini było dwa.) Trzynaście stopni występuje oczywiście w towarzystwie deszczyku, co chwilowo wydaje mi się miłą odmianą po śniegu i wcale mi nie przeszkadza. Nie przeszkadza do tego stopnia, że wczoraj nawet biegałam w ulewie.

Poza tym umówiłam sobie wizytę u dentysty, na nadchodzący poniedziałek, gdyż miałam niepokojące wrażenie, że w górnej prawej piątce mam jakby dziurę. Już przy odkładaniu słuchawki po zakończeniu wymiany rewerencji z pomocą dentystyczną nie miałam żadnego wrażenia, a górna prawa piątka zachowywała się tak, jakby w ogóle nigdy o żadnej dziurze nie słyszała.

Wczoraj natomiast zaczęłam oglądać nowy serial, ale taki naprawdę nowy, w uesa dopiero dwa ocinki dali, i zapowiada się naprawdę świetnie – mnóstwo razy w ciągu tych dwóch odcinków prawie zeszłam na zawał. Mnóstwo krwi, mnóstwo wydłubanych oczu, i tylko Kewin Bekon w głównej roli trochę mnie irytuje, ale dobra. A, nazywa się The Following, jakby kogoś interesowało.

Zachowuję się trochę jak idiotka, infantylna do tego, ale na razie zachowuję się tak tylko w środku, w mariposie, więc nikomu nie rzuciło się w oczy.

3 komentarze »

O bateriach

Wyczerpała mi się bateria w, pardą, damskiej golarce. Wyczerpała się tak naprawdę jakiś czas temu, ale przez wyjmowanie i ponowne wtykanie, intensywne potrząsanie urządzeniem oraz temu podobne sztuki, udawało mi się dość długo wyciskać z niej ostatnie soki, wiedziałam bowiem doskonale, że nowe opakowanie baterii, z 4 sztukami w środku, wprawdzie niedawno kupiłam i tylko raz zużytkowałam, ale za Chiny Ludowe nie mogłam sobie przypomnieć gdzie je schowałam.

Kiedy więc nawet walenie o ścianę nie spowodowało dziś najmniejszego drgnięcia maszynerii, pojęłam ze smutkiem, że oto nadszedł ostateczny zgon. Stojąc pod prysznicem i nie używając golarki, snułam mściwe myśli pod adresem baterii. Dobra, ścierwa, niech będzie wasze na wierzchu, pójdę i kupie nowe opakowanie, kupię i schowam tak, żeby było łatwo znależć, gdzie by tu… Wiem, do górnej szuflady komody włożę, właśnie tak zrobię. Zaraz… Górnej szuflady komody?…

Ociekając wodą wylazłam spod prysznica, po drodze okręcając się ręcznikiem. W górnej szufladzie komody jak byk leżało opakowanie baterii AAA z brakującą jedną sztuką.

Jak to dobrze, że najwyraźniej mam ustabilizowane poglądy, na to gdzie łatwo znależć!

3 komentarze »

Głównie o najnowszym Tarantino

Więc rekonwalascencja wygląda tak, że zamiast mówić jak normalny człowiek, buczę sobie ponurym basem, siorbię herbatkę oskrzelową, a w gębie bez przerwy mam cukierka na kaszel. Da się przeżyć.

A wczoraj byłam w kinie. Na TYM. Niewątpliwie ogólnie mój zachwyt uwarunkowany jest bezwzględną miłością do Quentina Tarantino, ale w tym wypadku 80% sukcesu to aktorzy. Christoph Waltz jest absolutnie genialny, już w bastardach był dobry, ale tutaj jest genialny. Leo DiCaprio z każdym filmem zyskuje mój większy szacunek, wyraźnie widać, że odciął się od Titanika (czy uwierzycie, że ja tego NIE WIDZIAŁAM? Zapewne jestem w 1% populacji, która nie widziała Titanika) i wizerunku ładnego chłopczyka. Samuel L. Jackson mignął mi przy początkowych napisach, więc wiedziałam że będzie, ale jak się w końcu pojawił, to go NIE POZNAŁAM. Też znakomity mimo negatywnej postaci, i jedyny, który mnie właściwie w ogóle nie zachwycił to Jamie Fox, czyli tytułowy Django, ale możliwe że ja się nie znam. Osobną kategorię stanowi strona lingwistyczna, przepiękne akcenty od Teksasu po Mississippi, bez napisów absolutnie niezrozumiałe oraz wyszukany angielski postaci granej przez Waltza (także w filmie niemieckojęzycznej) – palce lizać!

A jakby tego wszystkiego było mało, dorwałam na wyprzedażach wyglądającą zupełnie jak góra od piżamy jedwabną bluzkę z Zary i zakochałam się tak, jak dawno w żadnej szmacie. Zeby tak jeszcze dało się ją nosić bez żadnych ocieplających warstw, byłabym bardzo zadowolona.

A Wam jak minął Blue Monday?

5 komentarzy »

O waflu i nieprzyjemności

Mówię Wam, trzymajcie Wy się ciepło, kropelki wzmacniające bierzcie czy co, bo skoro NAWET mnie zmogło, to w powietrzu musi być coś naprawdę zabójczego. Mówiłam że kaszelek? Pff, już dnia następnego kaszlałam tak, że każdy atak kończył się odruchem wymiotnym, a fakt że pod lejącym się z prysznica ukropem trzęsłam się z zimna, naprowadził mnie na pomysł zmierzenia gorączki. 38 jak w pysk strzelił, a taką temperaturę odnotowano u mnie ostatni raz w bardzo wczesnym dziecięctwie. Nietrudno się więc domyślić, że dwa ostatnie dni przeleżałam w łóżku jak wafel, kaszląc i charcząc, oraz nieustannie mierząc temperaturę w nadziei na ujrzenie czegoś poniżej 37,2 (tyle było po ibuprofenie).

Ale nie powiem, jako że uważam się za osobę, która ma w życiu szczęście, fakt leżenia jak wafel w piątkowy wieczór uratował mnie przed nieprzyjemnością – nie poszłam na imprezę, na którą byłam zaproszona z Tym, poszedł natomiast, o czym dowiedziałam się przypadkiem, mój eks. (Nie żeby też był zaproszony z Tym, ale świat jest jak ręcznik, jak mówią Hiszpanie. Znaczy że taki mały.) Takim oto sposobem na jednej imprezie znależli się mój były i mój obecny, nie wiedząc o sobie nawzajem. I tu właśnie tkwi sedno nieprzyjemności, która mnie nie spotkała – moja obecność szybciutko wyprowadziłaby ich z tej niewiedzy.

Poza tym znalazłam wreszcie miejsce, gdzie spokojnie i bez idiotycznych limitów da się oglądać Californication, i skończyłam pierwszy sezon oraz napoczęłam drugi.

A dziś po przebudzeniu w końcu ujrzałam upragnione 36,6 oraz odczułam ochotę na śniadanie, Będę żyła!

Comments (1) »

O depresji styczniowej chyba

Białe gówno spadło i tym razem leży NAPRAWDĘ, a ja mam brzydki suchy kaszel, boli mnie w piersi i czuję jak wizje wiosny oddalają się żywym kurcgalopkiem w bliżej nieokreśloną, acz daleką przyszłość.

Leżę ze wszystkim. Wczoraj zdałam sobie sprawę z faktu, że taka jedna rzecz, którą muszę zrobić do poniedziałku, musi być zrobiona de facto do piątku, czyli, jeszcze bardziej de facto, jutro lub pojutrze, bo tylko wtedy mam czas. I dopadł mnie taki niechciej, że zaświtał mi w głowie pomysł nierobienia jej w ogóle, BO PO CO.

Naprawdę nie ma sposobu, żeby wyeliminować z kalendarza styczeń? I jeszcze luty, dla pewności?

(A może to wcale nie styczeń i nie luty, może naprawdę nie ma już na co czekać i nic już się nie zdarzy, a jeśli się zdarzy to tylko złe, może naprawdę zostanę już uwięziona w tym marazmie i w tej niemocy jak w lepkiej mazi, i zupełnie stracę wszelką motywację?… To by chyba było coś niedobrze. )

I nawet biegać nie mogę iść.

2 komentarze »

O latach dwudziestych

Więc śnieg mimo prognoz wziął i nie spadł. Jak dotąd. My natomiast świętowaliśmy półmetek Yarowej drogi od trzydziestki do czterdziestki, a wszystko w wymaganych przez solenizantkę klimatach lat dwudziestych. (Nie wiem co to jest, ale zawsze jak ktoś zaanonsuje imprezę z przebieraniem, na początku jest płacz i zgrzytanie zębów oraz przeklinanie anonsującego, a potem wszyscy świetnie się bawią kompletując kostium i efekty są takie więcej spektakularne.)

Sobotę spędziliśmy na lataniu po mieście w poszukiwaniu jeszcze brakujących acz niezbędnych akcesoriów, oraz przyszywaniu do dołu mojej kiecki taśmy z frędzlami, w celu uczynienia jej bardziej pasującej do epoki. Siatkowe rajstopy niestety nie przyszły mi do głowy na czas, a sztuczne rzęsy, na których przylepianiu Ten spędził dobre pół godziny, kląc przy tym na czym świat stoi, uporczywie odklejały się od wewnętrznego kącika moich idiotycznie okrągłych oczu, więc poszłam bez rajstop i bez rzęs. Za to z resztkami kleju na powiekach, co utrudniło nakładanie cieni. Ten natomiast zgolił sobie zapuszczaną na tę okazję od dwóch tygodni brodę, zostawiając jedynie zamaszystego wąsa, co uczyniło go niezwykle podobnym do Walta Disneya.

Fajnie było.

2947407_inmsg

Walt Disney i ja przed wyjściem z domu.

553122_10151298924108647_1801562056_n

Rosa, Yara, Disney i ja (rozbawiona)

397988_10151298944943647_2063566604_n

Dziewczęta!

486235_10151298921153647_1934516150_n

I chłopcy.

(Seta wygląda zupełnie jak właściciel zakładu pogrzebowego, a zupełnie z przodu stoi trzynastoletni syn Patricii Adrian, który na imprezie był didżejem. Tak, wiem, że to dziwnie brzmi.)

Comments (1) »

O pęcherzu i ptasznikach

Żeby było weselej, dostałam sobie zapalenia pęcherza. Po raz pierwszy w moim długim życiu, co możliwe że jest jakimś osiągnięciem. (Chociaż Ten twierdzi że nie mogę tego tak autorytatywnie rozpowiadać na prawo i lewo, bo się autozdiagnozowałam, zamiast pójść do lekarza. Blablabla, odezwał się ten najbardziej wyrywny jeśli chodzi o latania do lekarza.)

Więc od dwóch dni nic tylko piję obrzydliwą herbatkę na siusianie i siusiam, oraz biorę furagin. (Z tym furaginem to też był fun bo przywiozłam go osobiście z Polski kilka miesięcy temu, po czym podarowałam Helenie, bo przecież MNIE SIĘ DO NICZEGO NIE PRZYDA, i teraz, kiedy znalazłam się w potrzebie, furagin teoretycznie BYŁ, tyle że w drugiej szufladzie po lewej stronie w Heleny komodzie, Helena natomiast była w Hiszpanii). Jeśli zaś chodzi o herbatkę, to naprawdę nie spodziewałam się że będzie ona pyszna, ale rozmiary obrzydlistwa doprawdy przeszły moje najśmielsze oczekiwania. (Zupełnie jak ból, który owemu zapaleniu pęchrza towarzyszy, a który jak dotąd znałam wyłącznie z opowiadań.)

Z plusów to zaczęłam oglądać „Instynkt mordercy” i całkiem mi się podoba, a najbardziej te ptaszniki wypuszczane na śpiącą ofiarę, którymi mordowali w pierwszym odcinku. Wyobrażacie sobie obudzić się w nocy, bo coś nas łaskocze po twarzy, i odkryć potwornej wielkości włochatego ptasznika na czole? Ja sobie TOTALNIE wyobraziłam i znalazłszy się w łóżku, bałam się zamknąć oczy.

Białe gówno jutro ma spaść. Zapewne przez moje śmiałe wizje z ostatniego posta.

2 komentarze »