O pechowym dniu

Od rana prześladował mnie pech. (No dobra, może nie od SAMEGO RANA, obudziłam się bowiem we właściwym towarzystwie i zaczęłam dzień tak, że lepiej nie można, ale okazało się to nie rzutować na jego resztę.)

Od razu po opuszczeniu łóżka odebrałam bowiem wiadomość od linii lotniczych ryanair, uprzejmnie informujących mnie, iż nie dokonałam jeszcze onlajn czekinu i jeśli tego nie zrobię (lecę jutro) to otóż właśnie nigdzie nie polecę. W panice otworzyłam więc laptopa Tego i zaczęłam szukać odpowiedniego guzika na stronie ryanair, guzik znalazłam, dowód na szczęście miałam przy sobie, więc czekinu dokonałam i z wdzięcznością przyjęłam propozycję Tego, żeby wysłać mu pedeefa, a on wydrukuje mi draństwo w biurze i po południu je sobie odbiorę.

I beztrosko puściłam się na cały dzień w teren bez internetu i zasięgu.

Tymczasem Ten, dotarłszy do biura, z miejsca odkrył, że żadnego mejla ode mnie w skrzynce nie ma, bo zwyczajnie zapomniałam dokonać ostatniego  kliknięcia na WYŚLIJ, co w końcu KAŻDEMU MOŻE SIĘ ZDARZYĆ, i usiłował mnie o tym poinformować, ale ja, jak już wspomniałam, znajdowałam się poza zasięgiem, więc usiłowania nie zostały uwieńczone sukcesem. W obliczu powyższego, i wiedząc, że jeśli on mi tego papiera nie wydrukuje, nie polecę, bo całkowicie się na niego zdałam i nie będę miała czasu na plan B, zrezygnował z pójścia na basen w przerwie na lancz, i zamiast tego poszedł do domu, żeby sam sobie wysłać zapisany na jego dysku pedeef.

Kiedy więc w końcu wróciłam do strefy skomunikowanej ze światem, i dotarły do mnie kolejno wszystkie whatsappy, ostatnie wieści były pozytywne, a dokument wydrukowany. Spokojniutko zaplanowałam więc sobie kolejno odebranie papiera, ostatnie zakupy i małą kawkę z Iną. Ten, którego usiłowałam o tym planie poinformować, nie odbierał telefonu. Zamiast tego otrzymałam od niego lapidarną wiadomość, że jest na spotkaniu i  nie może. Ina też była chwilowo zajęta, pomyślałam więc, że okidoki, bez problemu zmienię kolejność i gitara. W mieście kolejki do kas skracałam sobie oglądaniem fejsbuka i blipa, więc nic dziwnego, że po dość niedługiej chwili telefon wydał z siebie ostrzegawczy pisk oraz komunikat, że ma poniżej 5 % baterii. Spłoszyłam się nieco, bo konkretnie nie byłam umówiona z nikim i bez telefonu byłabym dość fucked, przerwałam więc oglądanie i zaczęłam się umawiać. Ina zdążyła mi właśnie odpowiedzieć pozytywnie na miejsce spotkania, na zaproponowane przeze mnie teraz odpowiedzieć nie zdążyła, podobnie jak Ten, z którym rozmowa została przez parszywą baterię przerwana. Stojąc jak kołek na zaproponowanym miejscu spotkania, beznadziejnie ufając że Ina kiedyś w końcu nadejdzie, intensywnie myślałam, co ja mam teraz do licha zrobić i jak skontaktować się z Tym. Gdyby Ina przyszła, mogłabym zadzwonić z jej telefonu, gdybym oczywiście znała numer.  Numeru rzecz jasna nie znałam, więc plan był raczej teoretyczny. Rozważałam właśnie opcję wyszukania w internecie w telefonie Iny numeru do firmy i poproszenia go do telefonu, też czysto teoretyczną, bo Iny wciąż nie było, kiedy wpadłam na genialny w swej prostocie pomysł podjęcia próby włączenia telefonu, bo może zostało mu trochę prądu. I faktycznie, prądu starczyło akurat na zanotowanie numeru Tego, szminką na grzbiecie dłoni, a jakże, oraz odczytanie esemesa Iny, że już idzie. Kamień z głośnym hukiem spadł mi z serca.

Ina przyszła. Ten na umówiony sygnał zszedł do holu z moją kartą pokładową w garści. Ja z kolei w garści dzierżyłam tutki z ostatnimi prezentami. Kawka z Iną byla niezwykle przyjemna, jak zwykle. Świat wydawał się dobry.

Dlaczego więc siedzę tu sama pod kocem, trzęsąc się z zimna, patrząc na rozbabraną walizkę i nie ciesząc się wcale, że jutro o tej porze już będę w domu? Dlaczego myślę tylko o tym, że przez całe długie dwa tygodnie nie będzie mnie trzymał w ramionach, i że w Sylwestra będę całkiem sama? Nie wiem, może lepiej, żeby ten koniec świata był.

 

 

Reklamy

Komentarze 3 so far »

  1. 1

    aselniczka said,

    Weź mi nic nie mów. Dzisiaj z ego wszystkiego się niemal upiłam. W TYGODNIU. JA.
    A miało być tak pięknie ;/

  2. 2

    pinot said,

    To zabawne, ja na Sylwka z kolei do Niemiec lecę.
    Niemniej wracając do wątku głównego, to naprawdę tylko 2 tygodnie. Więc już, nos wysmarkać, uszy do góry, za dwa tygodnie będziecie się witać.

  3. 3

    też będę sama. to jest nas już dwie 😉


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: