Archive for Grudzień, 2012

O 2012

No dobra, obowiązek wzywa, cholerny Sylwester nadszedł, a ja do tego nudzę się jak francuski mops, to czas na (kolejne) podsumowanie roku.

(I chociaż raz nie mam problemu z tytułem.)

To zacznijmy od początku.

W styczniu byłam w Hamburgu i tak rozpoczął się koniec mojej przyjaźni z Viki. Niestety, czas już jakiś temu, w momencie zrywania z gówniarzem konkretnie, postanowiłam sobie że DLA NIKOGO nie będę się zmieniać – mogę zmienić własne postępowanie, jeśli unaoczni mi się jego błedy, ale własnego, ukształtowanego od trzydziestu czterech lat charakteru i sposobu bycia zmieniać nie będę. Więc sorry. W styczniu również dość poważnie imprezowałam, łaskawie pozwalałam ukochanym przyjaciołom dla siebie gotować, oraz, nie ukrywajmy, dolizywałam rany po tym od jednego kierunku ruchu. (Niewykluczone że dwa pierwsze miały coś wspólnego z drugim.) W lutym zaczęłyśmy szyć kostium pawia na karnawał, tego od jednego kierunku ruchu ujrzałam po ponad dwóch miesiącach niewidzenia, i tego samego wieczoru nieświadomie wbiłam strzałę amora w serce Tego, który sobie wtedy właśnie postanowił, że mnie poderwie. Potem był karnawał, oszałamiający sukces pawia  i Ten rozpoczął podrywanie, na które zareagowałam rozbawionym niedowierzaniem. W ostatni dzień lutego oddałam magisterkę. W marcu, widzę to wyraźnie, zaczęłam brać temat NIECO poważniej i już jego dnia pierwszego, a czwartek to był, umówiłam się z nim na PIERWSZĄ RANDKĘ. Z Tym, nie z tematem. Pod koniec marca były urodziny Irune i Heleny, i nasze pierwsze publiczne wystąpienie. W kwietniu była pracowa impreza z kaskami budowlanymi, na której okropnie upiłam się prosecco, kolejną parę w naszym kręgu utworzyli Irune i Seta, a w maju skoczyły temperatury, oraz odbyła się kolejna Fiesta de la Sidra z naszym udziałem. Czerwiec był dość ważny, gdyż Ten i ja postanowiliśmy spędzić długi łikend w miejscowości Zahara de los Atunes, w prowincji Cádiz, nad samiutkim Atlantykiem i postanowienie zrealizowaliśmy, z dużym sukcesem. W międzyczasie rozpoczęły się również Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Potem był lipiec i byłam w domu, z którego wróciłam z tatuażem na przedramieniu, a Ten wyznał mi różne uczucia. Po powrocie. Pod wpływem Tego zaczęłam zmieniać też własne podejście do jedzenia. Na pozytywne niestety, co szybko zaowocowało kilkoma dodatkowymi centymetrami w talii i w biodrach oraz zapisaniem na siłownię. W sierpniu spędziłam 3 dni w domu Tego, poznałam jego mamę i siostrę, oraz bardzo się opaliłam i odkryłam że jestem kobietą bluszczem. We wrześniu znowu miałam urodziny, z moich zakupów na urodzinowego grila udało nam się zrobić kolejnego grila i jeszcze coś zostało, a Ten wykonał mi pierwszą w historii awanturę (nie żeby w prezencie urodzinowym, póżniej to było), co można uznać za definitywny koniec sielanki i nieprzerwanego picia sobie z dzióbków. W październiku znowu byłam w Polsce, widzę wyraźnie, że często w tym roku byłam, i wzięłam udział w katastrofach remontowych. W listopadzie dokonałam pierwszego w życiu tłumaczenia z hiszpańskiego na polski i nawet mi zapłacili, nie wyszły mi leniwe pierogi, oraz ostatecznie utwierdziłam się w uczuciach do Tego. Grudzień był wypełniony niedzielami spędzanymi w łóżku, piciem grzanego wina na jarmarku bożonarodzeniowym oraz publicznym całowaniem się na owym.

Zdecydowanie pod względem uczuć był to bardzo dobry rok. (Skoro mówię w czasie przeszłym, to chyba nie zapeszam, co?)

Jeśli chodzi o nowy, tradycyjnie życzę sobie żeby tylko nie był gorszy, bo przecież musi iść ku lepszemu, prawda? I żeby jeszcze mi się odrobinkę wszystko ustabilizowało.

Szczęśliwego Nowego Roku, Kochani.

Foto am 31-01-2012 um 19.14

Reklamy

Leave a comment »

Zgodnie z zapowiedzią o uczuciach

Więc jeśli chodzi o uczucia, to posiadam różne.

Wczoraj na przykład przepełniał mnie całkowity zen, pogoda była iście wiosenna, 12 stopni, słoneczko i wiaterek we włosach, a w tym ambiente ja w dresiku, susząc zęby do ludzi i drzew, przemierzająca lasek. Na fali tego zenu wybrałam się potem do miasta, zen mi nieco sklęsł w obliczu wyprzedażowych tłumów, ale odbudowałam go szybciutko porzucając wyprzedaże i udając się do drogerii, gdzie nakupiłam sobie tonę mazideł do zewnętrznej pielęgnacji zenu.

Dziś jest już nieco gorzej, na zewnątrz ciemno i mokro, a nawet zdaje się że słyszałam przed chwilą coś jakby lekkie grzmoty. No i dzisiaj zupełnie nie udaje mi się nie myśleć o fakcie, że jutro cholerny Sylwester, którego chciałoby się spędzić w czułych objęciach i popatrzeć sobie w oczy o północy, a ja, mimo że odpowiednie objęcia i oczy teoretycznie posiadam, spędzę go samiutka jak ten palec. I wiem, że źle to o mnie świadczy, ale jednak, oprócz tęsknoty, nie mogę pozbyć się również leciutkiej pretensji o to, że dla niego to żaden problem. Jeszcze gorzej świadczy o mnie fakt, że byłoby mi mniej smutno, gdyby jemu było choć trochę smutno.

Więc nie wiem, na siłownię chyba pójdę i zostanę tam, aż się z maszyn będę zsuwać jako ta lelija bezwładna.

Leave a comment »

O fatalnej podróży i megafonach

Jedenaście godzin mi to zabrało, ale jestem. Podróż miałam fatalną jak rzadko z polskiej strony, najpierw prawie leciałam na skrzydłach furii przez plac manewrowy na dworcu pekaes, żeby uprzejmie zapytać pana kierowcy o trzynastej trzy o której do kurwynędzy ma odjazd i czy nie czasami o trzynastej, bo tu ludzie na samalot nie zdążą, a on nawet nie raczył jeszcze podjechać, potem w tropikalnym upale i szumie dmuchawy grzejnika wyżej wymienionego pekaesu już w Bydgoszczy opuszczałam pojazd na środku ulicy w katastrofalnym korku, który z pewnością stał tam jeszcze godzinę, a potem wywlekałam większą ode mnie walizkę z bagażnika, też w tym korku i na środku, by oddalić sę galopem w kierunku autobusu linii 80, jadącego na lotnisko, co okazało się niezupełnie efektywne, gdyż trasa owego częściowo pokrywała się z korkiem. W autobusie zawarłam znajomość ze starszą panią odprowadzającą syna na samolot do Kanady, gdyż uważam że martyrologia dzielona waży jakby mniej, a pani uspokajała mnie cierpliwie że na pewno zdążę, i pytała czy mi nie zimno, bo ja bez czapki. Czapkę miałam w torebce, czemu nie, ale nerwy buchały ze mnie żarem wręcz piekielnym i nie zimno było mi w głowie. Kulminacja nastąpiła na lotnisku, już po wszelkich odprawach, kiedy to WYWOŁALI MNIE PRZEZ MEGAFONY, abym zgłosiła się do służb ochrony lotniska. I nienajlepiej chyba świadczy o mojej inteligencji fakt, że wcale się nie spłoszyłam, a poczułam, w kolejności jak następuje, najpierw dreszczyk emocji, kurde, co ja też mogłam zmalować!!!, potem satysfakcję, że otóż wykonam drogę powrotną, mimo że wszystkie szyldy mówią że po przekroczeniu żółtej linii droga jest jedna, mianowicie tylko do samolotu, a na koniec zadowolenie, że wołają mnie w Polsce i nikt nie przekręca mojego nazwiska. Zawsze jakoś boję się bowiem, że mnie zawołają za granicą a ja nie zrozumiem że to ja. Do biura celników weszłam więc z życzliwym zainteresowaniem wypisanym na twarzy i strasznie rozczarował mnie fakt, że zwyczajnie wylosowała mnie maszyna i muszę poasystować przy otwieraniu własnej walizki. Dwie flaszki żołądkowej gorzkiej pana celnika bardzo zainteresowały i głupio zapytał czy mają akcyzę. A jakbym miała spirytus barwiony cukrem palonym i bez akcyzy, to co by niby było?????

Po stronie niemieckiej było już obrzydliwie przyzwoicie i jak w zegarku, w końcu ordnungmuszajn.

A o wlasnych uczuciach napiszę może jutro. Albo pojutrze.

Leave a comment »

O pechowym dniu

Od rana prześladował mnie pech. (No dobra, może nie od SAMEGO RANA, obudziłam się bowiem we właściwym towarzystwie i zaczęłam dzień tak, że lepiej nie można, ale okazało się to nie rzutować na jego resztę.)

Od razu po opuszczeniu łóżka odebrałam bowiem wiadomość od linii lotniczych ryanair, uprzejmnie informujących mnie, iż nie dokonałam jeszcze onlajn czekinu i jeśli tego nie zrobię (lecę jutro) to otóż właśnie nigdzie nie polecę. W panice otworzyłam więc laptopa Tego i zaczęłam szukać odpowiedniego guzika na stronie ryanair, guzik znalazłam, dowód na szczęście miałam przy sobie, więc czekinu dokonałam i z wdzięcznością przyjęłam propozycję Tego, żeby wysłać mu pedeefa, a on wydrukuje mi draństwo w biurze i po południu je sobie odbiorę.

I beztrosko puściłam się na cały dzień w teren bez internetu i zasięgu.

Tymczasem Ten, dotarłszy do biura, z miejsca odkrył, że żadnego mejla ode mnie w skrzynce nie ma, bo zwyczajnie zapomniałam dokonać ostatniego  kliknięcia na WYŚLIJ, co w końcu KAŻDEMU MOŻE SIĘ ZDARZYĆ, i usiłował mnie o tym poinformować, ale ja, jak już wspomniałam, znajdowałam się poza zasięgiem, więc usiłowania nie zostały uwieńczone sukcesem. W obliczu powyższego, i wiedząc, że jeśli on mi tego papiera nie wydrukuje, nie polecę, bo całkowicie się na niego zdałam i nie będę miała czasu na plan B, zrezygnował z pójścia na basen w przerwie na lancz, i zamiast tego poszedł do domu, żeby sam sobie wysłać zapisany na jego dysku pedeef.

Kiedy więc w końcu wróciłam do strefy skomunikowanej ze światem, i dotarły do mnie kolejno wszystkie whatsappy, ostatnie wieści były pozytywne, a dokument wydrukowany. Spokojniutko zaplanowałam więc sobie kolejno odebranie papiera, ostatnie zakupy i małą kawkę z Iną. Ten, którego usiłowałam o tym planie poinformować, nie odbierał telefonu. Zamiast tego otrzymałam od niego lapidarną wiadomość, że jest na spotkaniu i  nie może. Ina też była chwilowo zajęta, pomyślałam więc, że okidoki, bez problemu zmienię kolejność i gitara. W mieście kolejki do kas skracałam sobie oglądaniem fejsbuka i blipa, więc nic dziwnego, że po dość niedługiej chwili telefon wydał z siebie ostrzegawczy pisk oraz komunikat, że ma poniżej 5 % baterii. Spłoszyłam się nieco, bo konkretnie nie byłam umówiona z nikim i bez telefonu byłabym dość fucked, przerwałam więc oglądanie i zaczęłam się umawiać. Ina zdążyła mi właśnie odpowiedzieć pozytywnie na miejsce spotkania, na zaproponowane przeze mnie teraz odpowiedzieć nie zdążyła, podobnie jak Ten, z którym rozmowa została przez parszywą baterię przerwana. Stojąc jak kołek na zaproponowanym miejscu spotkania, beznadziejnie ufając że Ina kiedyś w końcu nadejdzie, intensywnie myślałam, co ja mam teraz do licha zrobić i jak skontaktować się z Tym. Gdyby Ina przyszła, mogłabym zadzwonić z jej telefonu, gdybym oczywiście znała numer.  Numeru rzecz jasna nie znałam, więc plan był raczej teoretyczny. Rozważałam właśnie opcję wyszukania w internecie w telefonie Iny numeru do firmy i poproszenia go do telefonu, też czysto teoretyczną, bo Iny wciąż nie było, kiedy wpadłam na genialny w swej prostocie pomysł podjęcia próby włączenia telefonu, bo może zostało mu trochę prądu. I faktycznie, prądu starczyło akurat na zanotowanie numeru Tego, szminką na grzbiecie dłoni, a jakże, oraz odczytanie esemesa Iny, że już idzie. Kamień z głośnym hukiem spadł mi z serca.

Ina przyszła. Ten na umówiony sygnał zszedł do holu z moją kartą pokładową w garści. Ja z kolei w garści dzierżyłam tutki z ostatnimi prezentami. Kawka z Iną byla niezwykle przyjemna, jak zwykle. Świat wydawał się dobry.

Dlaczego więc siedzę tu sama pod kocem, trzęsąc się z zimna, patrząc na rozbabraną walizkę i nie ciesząc się wcale, że jutro o tej porze już będę w domu? Dlaczego myślę tylko o tym, że przez całe długie dwa tygodnie nie będzie mnie trzymał w ramionach, i że w Sylwestra będę całkiem sama? Nie wiem, może lepiej, żeby ten koniec świata był.

 

 

3 Komentarze »

O szmatach, wyłącznie.

Jako że w piątek po pracowej Krismes Party, odziana szykownie i wyjściowo, zamiast udać się we własne bety, o wpół do piątej nad ranem zapukałam do drzwi ukochanego (otworzył), i cały weekend spędziłam, nie oszukujmy się, w łóżku, dalej nie odwiedzając własnego miejsca zamieszkania, w poniedziałek do pracy poszłam odziana niezwykle dziwnie, a mianowicie w granatową spódnicę w białe kropki, czarne rajstopy, czarną koszulkę ukochanego (metr dwadzieścia w klacie), oraz, uwaga, białe konwersy w jasnobrązowe leopardzie cętki. (Botki na obcasie, które miałam na imprezie wydały mi się większym złem.) A, i dzierżąc pod pachą torebeczkę z węża typu clutch.

Grunt to nosić się z przekonaniem.

Comments (1) »

W kłębek na kanapie. W ustach gorzki posmak porannej kawy, skóra twarzy nieprzyjemnie ściągnięta od łez, wygląda na to, że łzy nie mają ph odpowiedniegoo dla suchej skóry. Kawa też nigdy wcześniej nie była taka gorzka. W dłoniach telefon. W sercu głaz. W żołądku supeł. W gardle wielka, dławiąca gula.

Jestem egoistycznym bluszczem.

6 Komentarzy »

O polskim języku oraz jak umarłam

Cud boski, że wczoraj nie umarłam ze śmiechu.

Najpierw mój kolega Paweł, o którym już kiedyś wspominałam, że jest w Niemczech nieco dłużej ode mnie i z językiem ojczystym miewa niejakie problemy, pokazał mi jednocentówkę z Luksemburga, w rzeczy samej dość rzadko widywaną. Trzymaną w dwóch palcach monetę okrasił komentarzem: W tym Luksemburgu to nawet na jednocentówkach mają jakieś POGŁOWIE! Zastygłam w połowie wykonywanego właśnie ruchu i gorączkowo usiłowałam uzmysłowić sobie CO w wyżej wymienionym zdaniu jest nie tak, bo jedyne wrażenie jakie odnosiłam, to jakby nieznośny zgrzyt, coś jak metalu po szkle, gdyż pogłowie uparcie kojarzyło mi się z trzodą hodowlaną na przykład, a na jednocentówce widniał łeb jakiegoś faceta. Dość długą chwilę zabrało mi dojście, że miał na myśli popiersie, co jest niewątpliwym dowodem na to, że ja sama głupieję takoż.

Potem zaś spotkałam się z moimi kumplami z byłej pracy i wtedy to już umarłam zdecydowanie.

A jeśli nie wtedy, to dzisiaj rano.

Na kaca.


Leave a comment »