Archive for Październik, 2012

O jutrzejszym halołinie

Odkąd niespodziewanie spłynęła na mnie twórcza inwencja odnośnie kostiumu, zaczęłam cieszyć się na środę (czyli jutro!…). W środę Helena i Seta urządzają parapetówę połączoną z imprezą halołinową i przebrać się bezwzględnie należy. (Nie żeby przeprowadzili się wczoraj, dokładna data przeprowadzki to 1 maja jeśli chodzi o ścisłość, ale dotąd jakoś się nie złożyło, a w końcu czym jest 6 miesięcy w obliczu wieczności, prawda?) Więc ja też się przebiorę, a w tym celu nabyć muszę jedynie 2 metry czarnego tiulu, gdyż, chociaż NIE WIEM jak to świadczy o mojej garderobie, całą resztę posiadam w charakterze normalnych ubrań. Ah, myślicie że jak wypudruję sobie twarz zwykłą zasypką do niemowlęcej pupy, to pozostanę biała????

Siłownia natomiast pomału przyprawia mnie o obawę odnośnie niektórych ćwiczących. Nic nie pamiętam z kursu pierwszej pomocy, a spora część obecnych dzisiejszego poranka miała trudności z przemieszczeniem się od urządzenia do urządzenia, że nie wspomnę o jego używaniu. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to może być ZDROWE.

Okropnie mi się nie chce brać udziału w tym dniu. Chyba pobędę sobie dziś nieobecna duchem.

 

Reklamy

Comments (1) »

O żółtych karteczkach i zenie

W środę Yara dostała silnego zapalenia strun głosowych i całkowity zakaz mówienia, co bardzo urozmaiciło nam piątkową kolację. Za gors miała zatknięty z jednej strony plik malutkich żółtych karteczek, częściowo z przygotowanymi już komunikatami typu NO, SÍ lub DUPEK (po hiszpańsku i po niemiecku), a częściowo pustych, a z drugiej długopis do zapełniania tych pustych. No i zapełniała, owszem, a wszyscy zgodnie stwierdziliśmy że na żółtych karteczkach Yara jest znacznie sympatyczniejsza niż w wersji audio. Wśród obecnych na stole specjałów znalazło się coś jakby sprasowana, pokrojona w plasterki i zamarynowana ikra (hueva, dla znających hiszpański), zupełnie rzadkie świństwo, do spożycia którego dałam się namówić z pomidorem, i wiem już z całą pewnością, że nie lubię ikry.

A dzisiaj zjadłam najlepszego w galaktyce hotdoga z podwójną kiełbaską, stopionym serem oraz keczupem i majonezem i mam zen. Nie  zdążyłam umyć głowy z tego zenu i tak myślę, czyby jutro rano też nie myć i pójść z tą głową wreszcie do fryzjera zafarbować odrost, bo jak idę z umytą, to pyskują. (A pogoda bardzo sprzyja czapce, więc może mi być wszystko jedno.)

W przyszłym tygodniu dwie niedziele, cieszycie się?

  Kolacja. Ikry nie widać.

3 Komentarze »

O ubiegłym tygodniu

Moją zakończoną przed dwiema godzinami wizytę w ojczyźnie i na łonie rodziny, śmiało nazwałabym „Między katastrofą a remontem”.

Zaczęło się już przy wylocie z Niemiec i przejściu przez kontrole bagażu ręcznego. Stałam sobie w kąciku, szamocząc się z paskiem do portek, wpychając kosmetyki w plastikowym woreczku do walizki i wkładając nabite metalem buty, które do kontroli rzecz jasna musiałam zdjąć, i już właściwie miałam zebrać toboły i oddalić się do duty free, kiedy niespuszczająca ze mnie przez cały czas tępego wzroku celniczka nagle ożyła, prawie podstawiła mi nogę i poinformowała, że nic z tego, nie  tak szybko, ona jeszcze musi zbadać moją kurtkę na obecność materiałów wybuchowych. Zbaraniałam na ten komunikat całkowicie, wytrzeszczyłam na nią oczy, a następnie wybuchnęłam głośnym śmiechem. Chyba nie zostało to najlepiej odebrane, ale materiałów wybuchowych nie udało jej się mi podrzucić z zemsty.

Było już jasne, że tak rozpoczęta wizyta w kraju nie może przejść ulgowo.

Na początek poinformowano mnie, że w domu remont, w wyniku czego odbywałam w towarzystwie mojej siostry nieskończone wizyty we wszystkich sklepach meblowych w mieście, gdzie polecano mi fotografować wzystkie regały, szafy i komody, w celu pokazywania ich potem mojemu szwagrowi, a następnie zostałam zaprzęgnięta do zdzierania tapet. Do gołego tynku. (W tym miejscu chciałabym wyrazić po raz kolejny moje serdeczne uznanie dla lakierów do paznokci Chanel, wytrzymały trwające trzy dni zdzieranie tak, że mucha nie siada, i w drodze powrotnej nie musiałam AŻ TAK BARDZO chować dłoni w rękawy swetra.)

Potem mój siostrzeniec wrzucił plastikowe sitko od jakiegoś Breeze czy innego świństwa do muszli klozetowej.

A było to w niedzielę, przyjechane pogotowie wodociągowe opieprzyło wszystkich za wszystko, za posiadanie toalety, dziecka, Breeze i idiotyczne dzwonienie w niedzielę, przepchało muszlę, a w trakcie zrobiło w rurze dziurę. Czego nie zauważył oczywiście nikt, oprócz sąsiadki z dołu, w dniu następnym, kiedy to polała jej się woda po ścianach. Było to tym razem po południu, chwilę przed fajrantem, zgłaszającą awarię sąsiadkę poinformowano więc, że dziś już nikt nie przyjedzie, sąsiadka ma nie panikować, a my OSTROŻNIE KORZYSTAĆ Z TOALETY. (Czy ktoś wie, co autor miał na myśli? Bo my tępi i nikt nie zgadł.) Przybyli we wtorkowy poranek hydraulicy spędzili w naszej toalecie trzy godziny, dostali po dwie kawy od mojego tatusia, oraz zapomnieli calówki i pianki.

Dla ukoronowania pobytu odwiedziłam we wtorek moją jedyną ostałą się w rodzinnym mieście przyjaciółkę, bardzo schudniętą nie w wyniku diety, a dramatycznych wydarzeń, na szczęście już zakończonych happy endem, i ona do mnie w takie słowa: I wiesz, tak całkiem mi się teraz percepcja zmieniła, wszyscy wydają mi się grubsi niż kiedyś – ja sama na zdjęciach, koleżanki z pracy, nawet ty wydaje mi się że kiedyś chudsza byłaś… 

A CO JA MÓWIŁAM O TYCH DWÓCH KILACH??????

W drodze powrotnej natomiast wykonałam dobry uczynek i na pytanie jednego pana, czy wiem, jak dostać się na lotnisko, nieopatrznie odpowiedziałam, że owszem bo sama tam jadę, w związku z czym pan z uciechą przykleił się do mojego tyłka i zaczął opowiadać mi swoją historię o odwołanym w niedzielę w wyniku mgły locie i konieczności dostania się do Nejmehen w Holandii, na co ja, przerywając mu niegrzecznie i wpadając w słowo, wrzasnęłam uradowana: A! Nijmegen!!! Byłam tam niedawno! A WIĘC TAK SIĘ TO WYMAWIA!!!   

Wymowa nazwy najstarszego miasta w Holandii od wizyty w owym rzeczywiście nie dawała mi spokoju.

A materiałów wybuchowych znowu nie szmuglowałam, więc doleciałam bez przeszkód i jestem.

2 Komentarze »

O fizyce oraz (znowu) o jedzeniu

Ależ ja się wczoraj zestresowałam, jak ten striming oglądaliśmy. W piątkę, a w skład piątki wchodził Seta, który robi doktorat z fizyki i ma podejście do tępych dzieci, więc trochę nawet z tego zrozumiałam. Chciaż i tak moim największym naukowym odkryciem był fakt, że już z odległości tak niewielkiej jak 30 kilometrów, bo co to jest 30 kilometrów, Ziemia TAK wygląda. Tak okrągło. I zupełnie jak z Kosmosu, chociaż do Kosmosu Feliksowi było daleko. No, a jak potem sobie siadł na brzeżku tej kapsuły i pokazali tę NICOŚĆ pod  nim, to już mi się trochę słabo zrobiło. Większość towarzystwa była potem rozczarowana, bo wspinał się trzy godziny a leciał tylko 3 minuty i to bez spektakularnych efektów, ale wytłumaczyłam im, że to tak jak z naszymi pierogami – robiliśmy je pięć godzin a jedliśmy dwadzieścia minut. Nie wydawali się powaleni moim błyskotliwym porównaniem.

Poza tym weekend znowu spędziłam na jedzeniu, piciu i leżeniu, podczas gdy rękawiczki na siłownię leżały odłogiem. (Podobno człowiek zmienia się co 7 lat i ja chyba w kolejną siódemkę wchodzę. W poprzedniej nie jadłam, a teraz jem. Teraz jeszcze muszę tylko odkryć metodę, na utrzymanie wagi z tej poprzedniej.)

Jeśli chodzi natomiast o WAŻNE SPRAWY, to spieszę donieść, że Mangowe botki sprawują się doskonale i bardzo wygodnie się w nich chodzi (pomijając bruk, ale o tym to ja się już dosyć tutaj napisałam i nie będę się powtarzać) oraz że pryszcza mi faktycznie wyfotoszpowano, co niewątpliwie i tak zda się psu na buty.

Sushi. Czy Wy też uważacie, że te u góry z tym wielkim kawałem ryby na wierzchu, jakoś złe wrażenie robią?

     A tu śniadanie antykacowe. Polecam!

5 Komentarzy »

O chujowym dniu

Dzisiaj będzie chujowy dzień. Muszę iść zrobić sobie zdjęcie do życiorysu, a u nasady nosa,  że tak powiem naprzeciwko wewnętrznego kącika prawego oka mam takiego pryszcza, ale to TAKIEGO, że zanim ujawnił formę pryszcza, myślałam że usadowił mi się tam OBCY. Zdjęć potrzebuję na zaraz (tak mi się przynajmniej wydaje, ale w efekcie pewnie i tak nie zdążę z tym co chcę zdążyć do poniedziałku, więc czy ja wiem, czy to warto się stresować…) i nie mogę odczekać, aż OBCY opuści okolicę mojego oka. A, do tego kompletną kosmetyczkę z dobrymi utensyliami do makijażu zostawiłam u Tego, więc do dyspozycji mam teraz puder, po części wykruszony róż i podeschniętą maskarę. A, i dwie pomadki, no owszem, te są dobre, bo noszę je luzem w torebce a nie w kosmetyczce.

Dodatkowo bardzo wkur…za mnie fakt, że wczoraj PO RAZ TRZECI odebrałam komórkę, nową komórkę, i ja wierzę że ona jest nowa, bo ma inny numer i nic nie jest porysowana, i po dokładnie dwóch godzinach od włączenia powitała mnie długo nie widziana zamieć śnieżna. Nie wiem, chyba będę zmuszona uwierzyć, że to kontakt z moimi paluchami tę zamieć wywołuje, ale póki co, czeka mnie czwarta wizyta w sklepie z komórkami. A śniadanie już zjadłam i nie mogę iść na głodno w celu udoskonalenia awantury.

Poza tym na zewnątrz są 2 stopnie. Słownie dwa.

I dlaczego do cholery ja nie mogę być teraz na hiszpańskiej plaży w prowincji Cádiz, pić leciutkiego lokalnego piwa Cruz Campo i wystawiać nosa do wielkiego, jasnego i ciepłego słońca???

Comments (1) »

O meczu i jedzeniu

Jako że dobry meczyk nie jest zły, poszliśmy dzisiaj pooglądać jeden. Z najwyższej półki, el clásico, Madrid-Barça. Naśmiałam się jak na żadnej komedii ostatnio. Czy Państwo widzieli co ten Ronaldo se zrobił nad uszami??? A ten jeden gol to był taki, że każdy gupi by go strzelił, nawet nie przymierzając ja. Pepe natomiasy minął się z powołaniem i najwyraźniej balet klasyczny uprawiał, ku uciesze. Najlepszy ze wszystkiego był jednak komentator, co mówił takim głosem, jakby miał klamerkę do bielizny na nosie. A potem poszliśmy na pizzę, którą polewaliśmy obficie oliwą z czosnkiem i śmierdzę teraz tak, że o mamo.

A skoro mowa o jedzeniu. Poszłam wczoraj na drinki z Yarą, o dwudziestej pierwszej, i około północy pomału zaczął mnie podgryzać taki głód, że gorączkowo zaczęłam się zastanawiać, co ja też w ciągu dnia do wnętrza przyjęłam. I wyszło mi że śniadanie. Na początku próbowałam zatkać mu gębę kolejnym dżintonikiem (głodu, nie śniadaniu), co niestety skończyło się wielkim failem. Tak wielkim, że o drugiej w nocy siedziałam w kuchni u Sety, a Seta podgrzewał mi w mikrofali potrawę, która zapomiałam jak się nazywa, a składa się z kawałków mięsa, kartofli i marchewki w zupie, która to zupa z kolei składa się z tłuszczu. Bardzo dobra, ale jaka ja po tej zupie chora bylam!…

Wniosek – samo śniadanie nie (zawsze) wystarcza.

A Luis, kumpel Tego, kupił mi w Dekathlonie profesjonalne RURZOWE rękawiczki na siłownię! Już się nie mogę doczekać, jak jutro będę w nich szyku zadwać!…

2 Komentarze »

Po trochu, o Dexterze i siłowni

O nie, na takiego Dextera to ja się proszę Państwa nie zgadzam. Nie po to przez sześć sezonów rosło we mnie przekonanie, że to bohater pozytywny, tyle że nieco inaczej, nie po to prawie udało mu się zmienić moje pojęcie moralności, żeby mi teraz taki numer robić!…

A dzisiaj na siłowni weszłam do szatni i od progu natknęłam się na pokaźnych rozmiarów panią, odzianą wyłącznie w dolną część bielizny, pogodnie suszącą sobie włosy. No naprawdę, czy wkładanie stanika przed wysuszeniem włosów jest uncool, a ja nic o tym nie wiem, czy co…?

Dzisiaj cały dzień lało. Jeśli jutro też będzie cały dzień lało, to nie ręczę za siebie.

 

 

3 Komentarze »