O tym jak było

No dobra, faktycznie że trochę jak w bajce, ale złe też mi się działo przez te ostatnie cztery dni, a mianowicie nocami gryzły mnie andaluzyjskie komary mosquitos oraz wściekły, lepki upał, absolutnie wykluczający spanie (inna sprawa, że w ogóle nie miałam ochoty spać, gdyż wydawało mi się to okropnym marnotrawstwem cennego i jakże ograniczonego czasu). Fala upału przyleciała bowiem razem ze mną, co objawiło się dla mnie tym, że przy wysiadaniu z samolotu o 23.20 w środę, stojąc z walizką w garści i czekając aż otworzą się drzwi i wpadnie odświeżający chłodek, doznałam rozczarowania, gdyż NIC TAKIEGO NIE NASTĄPIŁO. Przeciwnie, wpadło gorące powietrze. (A ja byłam w wełnianym swetrze.)

Poza tym wiem już na pewno, że chciałabym urodzić się Andaluzyjką. I to nie (tylko) dlatego, że gdybym się urodziła, mieszkałabym w chacie z basenem, a dlatego że oprócz chaty byłabym właścicielką największego na świecie kwiatu lotosu na najgładszej tafli jeziora. Służę przykładem, proszę bardzo. W piątek wieczorem mamusia Tego, z racji obecności mojej oraz chłopca jego dwudziestodwuletniej siostry postanowiła urządzić grila. Z udziałem rodziny oraz wszystkich kumpli Tego. Gril zaplanowany był na godzinę dwudziestą pierwszą, więc o godzinie osiemnastej trzydzieści w trójkę (Ten, jego mamusia i ja) moczyliśmy się w basenie, (siostry i jej chłopca w ogóle nie było) a mamusia mówiła leniwie: –To co Kubuś (w polskiej wersji jego imienia Temu na imię Kubuś), to pojedziecie na zakupy, co? A Ten, dając nura z głową odpowiadał: -Dobra mama, jasne że pojedziemy, ale w ogóle jeszcze nie powiedziałaś co kupić. A mama na to: -Aj, faktycznie, wcale się jeszcze nad tym nie zastanawiałam, to jeszcze chwilkę popływam i zrobię listę. I tak do dobrej dziewiętnastej. (Pomijam już fakt, że sporządzona w końcu lista doprawdy wielkiego pojęcia o ilości i rodzaju pożądanych zakupów nie dawała, zawierała w sobie bowiem pozycje takie jak NAPOJE lub KAŻDE MIĘSO, JAKIE WPADNIE CI W OKO). W supermarkecie okazało się rownież, że w ogóle nie wiadomo ile osób tak naprawdę będzie, gdyż nikt nie fatygował się potwierdzaniem lub odrzucaniem zaproszenia.

Inny kluczowy moment pobytu, to imponujące polowanie na konika polnego wielkości papierosa, obecnego na ścianie ogrodu, w którym udział wzięli Ten, uzbrojony w węża ogrodowego, mamusia Tego, uzbrojona w laczka oraz sprej na komary, i siostra Tego z głębi domu i zza szczelnie zamkniętych oszklonych drzwi, uzbrojona w udzielane głośnym wrzaskiem wskazówki odnoście prowadzenia batalii. Konik owszem, nie przeżył, a i ja bliska byłam zejścia śmiertelnego w wyniku uduszenia ze śmiechu.

Na lotnisko, o wpół do czwartej rano, odprowadzili nas całą trójką, a upał nie zelżał nawet na chwilę.

Więc znowu mamy depresję, i dobrze że chociaż ładna pogoda jest.

 Zdjęcie zrobione bezpośrednio po polowaniu na konika. Widać laczka narzędzie zbrodni oraz węża ogrodowego. Wyraźnie widać również, że na siłownię muszę wrócić jak najprędzej.

Reklamy

komentarze 2 so far »

  1. 1

    Barbarella said,

    Nie tylko Andaluzja – ja tak mam w całej Hiszpanii. Totalnie lotosieję.

    DLACZEGO polowaliście na konika?… Dlaczego, dlaczego?…

    PS. Nie denerwuj mnie z tą siłownią, dobrze?

  2. 2

    Mariposanegra said,

    Co do konika – nie mam pojęcia. Mnie osobiście wcale nie przeszkadzał, siedział sobie na róży krzaku i się nie odzywał. Ale oni tam mają zdaje się totalną jazdę na tle insektów które skaczą i latają, a polowanie w sumie rozrywkowe było, aczkolwiek nie dla konika…

    A z siłownią bo co….?


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: