Archive for Sierpień, 2012

O lustrach i szczęściu

W mojej siłowni mają pogrubiające lustra. (Logiczne, skoro w HaMie mają lustra wyszczuplające, gdzie niby mieliby mieć pogrubiające, jak nie na siłowniach?) Tak myślę, bo jakże inaczej miałabym sobie wytłumaczyć te moje widoczne w owych lustrach OKRĄGŁE biodra???

Jakąś opcją byłby może fakt, że jestem ostatnio OSTROŻNIE SZCZĘŚLIWA. Nie mam stresów uczuciowych, nie płaczę po nocach, nie rozważam czy aby będzie następna randka i czego on właściwie ode mnie chce, więc równie logiczne jak lustra byłoby przypuszczenie, że mi się od tego szczęścia tu i tam zaokrągliło.

Doprawdy nie wiem, za którą opcją się opowiedzieć.

Jeśli chodzi natomiast o słowa kluczowe z moich statystyk, ostatnie trafiło mnie w bardzo czułe miejsce. Chodzi mianowicie o „wyższość piwa nad winem”, z którą to wyższością się całkowicie zgadzam, szególnie po ostatnim weekendzie, spędzonym na festiwalu wina. Moje samopoczucie dnia następnego porównałabym do przeciętnego samopoczucia mopa po wytarciu 150 metrów kwadratowych bardzo brudnych podłóg. Piwo mi nigdy czegoś takiego nie zrobiło, więc wyższość leży jak na dłoni.

W tym duchu miłego weekendu Wam życzę.

Leave a comment »

O koncercie

Więc ten koncert.

Bilety Plan udania się nań mieliśmy wszyscy, nie mielieśmy natomiast godziny ani miejsca zbiórki, więc wyjątkowo postanowiłam wykazać się hiszpańskim LOTOSIZMEM, powtórzyć sobie głośne OMMMMMMMMMM i zaniechać jakiejkolwiek inicjatywy w tej kwestii. W tym duchu, do osiemnastej oglądałam The Killing, potem spokojniutko poszłam pod prysznic i telefon od Tego odebrałam o 18.39 (drugi, pierwszego nie usłyszałam bo właśnie uzdatniałam sobie nogi i depilator mi warczał). Telefon brzmiał jak następuje:

Ten: Cześć… To co, gotowa jesteś?

Ja (spoglądając na własny dół przyodziany jedynie w gacie, bynakmniej nie gotowy): Nie.

Ten (z lekką konsternacją): Nie…? 

Ja:  A to to się nie zaczyna o ósmej?

Ten: O ósmej. Za półtorej godziny… To o której będziesz gotowa?

Ja: Mmmm… kwadrans po siódmej?

Ten: Okej, wystarczy. Bo ja jeszcze muszę BILET KUPIĆ.

Po spokojniutkim wypiciu piwka na ławce, daniu się usłyszeć w promieniu 20 kilometrów (było nas tam z 6 damskich i hiszpańskojęzycznych jednostek) weszliśmy o 20.30. Koncert zaczął się o 21.30. Wyskakałam się za wszystkie czasy, a jak wyszłam, włosy miałam całkiem mokre, muzyka bowiem okazała się być mieszanką metalu i rapu, do skakania doskonałą.

A. Alarm odwołany. Zmącone wody się wyklarowały.

A lotosizm mi się całkiem podoba.

W odróżnieniu do meksykańskiego akcentu.

 

 

PS Nie ma to jak kac w środę.

Comments (1) »

O tym że nie pisałam, a teraz piszę

Nie pisałam, bo zajęta byłam. Głównie martwieniem się. (Teraz piszę, ale jednak nie znaczy to, że przestałam się martwić, lecz że próbuję jakoś sobie przestłumaczyć, że bite sześć miesięcy nieskalanej sielanki to dużo, i zmącenie wód jest nawet dość naturalne.) To że piszę nie oznacza też, że mam coś do powiedzenia, o nie, oznacza tylko, że mnie sparło i musiałam. Cokolwiek.

A nie, jedną rzecz mam do powiedzenia, a mianowicie 30 listopada jadę na koncert i cieszę się jak prosię w deszcz. A dzisiaj po południu idę na koncert meksykańskiej grupy Molotov i się nie cieszę, gdyż nie mam bladego pojęcia co grają.

Nie, tłumaczenie jednak nie pomaga. Martwię się dalej

Leave a comment »

Znowu o siłowni

Dzisiaj na siłowni na ofiarę upatrzyłam sobie bardzo chudą staruszkę, która przez szyję miała przewieszoną ścierkę do talerzy, a przy zmienianiu ciężarków na urządzeniach na prawą rękę wkładała żółtą gumową rękawicę do zmywania. Wpadła mi w oko już  na wstępie, bo zwisała sobie z sąsiedniego rowerka jak przyszłam, a potem już specjalnie starałam się tak dobierać kolejność maszyn, coby mieć ją stale na oku. (Ścierki nie używała zbyt często, bo ćwiczenia wykonywała w takim tempie i z takim zaangażowaniem, że niemożliwością było wyprodukować przy tym choćby kroplę potu.) Po wyjściu było mi bardzo trudno otrząsnąć się z osłupiałego zdziwienia.

A osobiście mam dziś na sobie białe spodnie typu rurki, które w momencie zakupu (bez mierzenia, oczywiście) poważnie groziły mi przerżnięciem na pół i daję już radę w nich oddychać!

Leave a comment »

O ilości koloru

Więc jeśli chodzi o niespodziankę w postaci sukienki, moje potrzeby pod tym względem zostały całkowicie i w zupełności zaspokojone. Jest WŚCIEKLE RÓŻOWA W ŻÓŁTE KWIATY.

 

…A Asłoska pyskowała że mam mało koloru w ubiorze!!!

 

 

2 komentarze »

O upale

Wczoraj upał przeszedł ludzkie pojęcie. Trzydzieści osiem stopni to już duża rzecz i wymogła na nas organizację wycieczki nad jezioro, chociaż nie było Heleny. Jezioro było zapchane jednostkami ludzkimi, a samochody, z braku miejsca wzdłuż, parkowały wszerz, stojąc kuprem na ulicy a twarzą w polu. Ale owszem, niektórzy (w tym ja, że o Tym NIE WSPOMNĘ, chociaż nie wiem jak, bo w pamięci mam, że on głównie nie wychodził z wody) byli zdolni do uplasowania kocyka w słońcu i wytrwaniu na tym kocyku kilku dobrych godzin. W związku z tym ból głowy trzyma mnie do dziś, ale na ból głowy są tabletki, a co się opaliłam,to moje, prawda.

A w ubiegły wtorek, z powodu depresji, zamówiłam letnią kieckę na asosie i teraz ona jest na poczcie, ja nie mam kiedy iść, boje się że upał mi minie i nie dam już rady jej włożyć, a na dodatek zupełnie nie pamiętam jakiego była koloru. Mogłabym sprawdzić oczywiście, ale nie zrobię tego, bo co sobie niespodziankę będę odbierać.

Nowy serial zaczęłam oglądać, The Killing, i naprawdę gorąco polecam. Chciałabym dorwać duński oryginał z komisarz Sarą Lund, ale zdaje się że w żadnych internetach nie ma?

9 komentarzy »

O rzeczywistości, która gryzie

Dlaczego zawsze po powrocie skądś okazuje się że rzeczywistość gryzie?

Wczoraj na przykład pomalowałam sobie paznokcie. Na Blue rebel. Dwiema warstwami, porządnie. Potem stwierdziłam że na tak ciemny lakier paznokcie są za dlugie, ciemne kolory wolę na krótkich, więc Blue rebel zmyłam. Nałożyłam Holiday, który jest najpiękniejszym pomarańczowym, jaki w życiu widziałam, i byłam całkiem zadowolona, aż do momentu, w którym zadzwonił telefon. Telefon był od szefa, więc musiałam odebrać, i dwa pierwsze palce prawej ręki przylepiły mi się do włosów nad uchem, więc, rozgłośnie zgrzytając zębami, po zakończeniu rozmowy owe dwa zmyłam i pomalowałam ponownie.

Odczekałam bez ruchu aż lakier NA PEWNO wyschnie, upewniłam się jeszcze że jest suchy, po czym radośnie wstałam i połą ręcznika, w który byłam ubrana, z rozmachem zrzuciłam ze stolika butlę zmywacza. Rzecz jasna otwartą.

Albo cholerny telefon. Jakiego ja mam pecha do telefonów, to sobie nawet nie wyobrażacie, nieśmiertelna Nokia 3310 była w moich pazurkach jakieś 7263 razy w naprawie, aż ze starej została mi tylko obudowa. (A potem oddałam ją tatusiowi i natychmiast przestała się psuć.) Więc telefon. Jakiś czas temu na ekranie zaczęła się pojawiać zamieć śnieżna i nijak się tej zamieci nie dawało usunąć, jedynie przez zrestartowanie, więc zaniosłam ustrojstwo do naprawy. Odebrałam we wtorek w południe, a wieczorem zadymka była znowu jak malowana. Pognałam wczoraj do sklepu z pianą na ustach, mordem w oczach i zamiarem rzucenia urządzeniem w Bogu ducha winnego typa z bródką, który mnie obsługiwał i okazałoo się że chała. Typa nie było, a obecna w zastępstwie dziewucha poinformowała mnie, że panel do przyjmowania do naprawy im się popsuł i sam musi zostać naprawiony.

PS Czy Wy też lubicie pomidory zielone w środku? Ja okropnie.

Leave a comment »