Archive for Maj, 2012

O tym że jestem zniesmaczona

A mianowicie ostatnim sezonem Mad Menów – NO CO TO MA KURDE BYĆ. Don przemieniony w pantoflarza, idzie do burdelu z kumplami i jako jedyny grzecznie siedzi przy barze a chętne kandydatki zabija (JESZCZE SIĘ OKAŻE, czy aby tylko we śnie, ja optuję, że nie tylko), Peggy będąca Donem w spódnicy (gdyż samemu Donowi aż do szóstego odcinka udało się nie przepracować ani pół minuty), a co najgorsze, ale to NAJGORSZE, Betty Draper przemieniona w tłustego, rozlazłego potwora. Do dziś (czyt. szóstegoo odcinka) nie mogę otrząsnąć się z szoku. To jest zwyczajny brak szacunku dla wiernych fanów, OT CO.

Z innych tematów to do Hiszpanii lecimy na długi weekend, Ten i ja, nie żeby to miało JAKIEKOLWIEK ZNACZENIE, zwyczajnie lecimy na plaży spędzić trzy dni, a trzy wieczory siedzieć na tarasie z dżintonikiem w ręku i oglądać spektakularny zachód słońca. (Ten zachód słońca to reklamują na stronie hotelu jako największą akrakcję powyższego). A wszystko to na razie dość teoretycznie, gdyż Ten wczoraj wziął i skręcił sobie kostkę. I trochę nie wiem, czy kombinować dalej te plażowe ałtfity, czy lepiej rozejrzeć się za gustownym mundurkiem pielęgniarki.

A z jeszcze innych tematów to ściągnęłam sobie Instagram, wciągnęłam się w owy bez reszty, i postanowiłam Was tu teraz regularnie uszczęśliwiać zdjęciami. O.

Balkonia. Wbrew pozorom MAM NA SOBIE STANIK.

Żółty arbuz!

Wczorajszy outfit (ostrzegałam!)

2 komentarze »

O latach dziewięćdziesiątych

A najlepsze to było w piątek, jak po wspólnej kolacyjce i drinkach postanowiliśmy wyjść jeszcze gdzieś na jakie tańce. Nowoczesną metodą sprawdziliśmy w obecnym w komórkach internecie co jest i wyszło nam, że jest impreza lata dziewięćdziesiąte. Okidoki, idziemy na lata dziewięćdziesiąte, w końcu to lata naszej szeroko pojętej młodości. Pełni zapału zmieniliśmy lokal, uiściliśmy niezbyt wygórowany wstęp w wysokości pięciu euraków od łba i weszliśmy. Na lata dziewięćdziesiąte.

Już od progu muzyka wydała nam się dziwnie aktualna i jakaś taka jakby techno. Następna była Rihanna i We found lovewięc nie zadziałał nawet słaby argument Heleny, mianowicie że w latach dziewięćdziesiątych królowało techno.

Trzy godziny skakaliśmy w rytm owego techno, które z latami naszej młodości doprawdy niewiele miało wspólnego, już dość pogodnie zrezygnowani i pogodzeni z losem oraz brakiem lat dziewięćdziesiątych.

Następnego dnia okazało się, że spojrzeliśmy w ten internet już po północy i fiesta z lat dziewięćdziesiątch owszem była, ale w sobotę.

A wczoraj byliśmy znowu na festiwalu mojego ulubionego jabolka, czyli sidry, i było absolutnie doskonale. A Hansowi  o takie zdjęcie zrobiłam.

  Sidrę należy nalewać właśnie tak – z wysokości i produkując przyjemną piankę. Oraz niekiedy trafiając do szklanki, niekiedy nie, ze względu na powyższe rezygnując z zegarka na przegubie.

2 komentarze »

O bardzo bardzo dziwnym dniu

Dzisiaj był bardzo bardzo dziwny dzień. Moja przesadna, acz spóźniona szczerość doprowadziła do tego, że być może sielanka się wkrótce skończy, i będzie to stuprocentowo moja własna wina, ale musiałam. Gdyby nie to, że jestem śmiertelnie zmęczona, byłabym pewnie bardzo smutna.

A tu wspomnienie z chwili zanim dzień zrobił się bardzo bardzo dziwny.

 

Leave a comment »

O chorobie (niewiadomo czy ciężkiej)

Słuchajcie no, czy Wy też tak macie, że idziecie sobie samotnie ulicą, nudzi Wam się, i dla rozrywki robicie sobie komórką zdjęcia, na przykład takie?

…Albo takie?

 

(I potem publikujecie je na blogu?)

 

Bo ja tak właśnie mam i nie wiem, czy to bardzo ciężka choroba.

5 komentarzy »

O temperaturze

Niewiarygodne co może zrobić z człowiekiem temperatura wyższa niż 20 stopni (22, jeśli chodzi o ścisłość). Jestem szczęściem, uduchowionym kwiatem lotosu oraz oazą spokoju reagującą na wszystko  łagodnym uśmiechem, tylko dlatego że WRESZCIE MOGĘ WŁOŻYĆ NA SIEBIE LETNIĄ ODZIEŻ. (Inne aspekty temperatury też nie są bez znaczenia, ale ten jest bez dwóch zdań NAJWAŻNIRJSZY)

Poza tym to się odchudzam. (Znowu) Doszłam bowiem do wniosku, że kiedyś nie jadłam, a teraz jem, więc logicznym związkiem przyczynowo skutkowym mam teraz wielki ogromny trzęsący się brzuchol, którego muszę się pozbyć. (I się pozbędę)

W ostatnich słowach mojego listu dziękuję za komentarze pod ostatnim wpisem. Tak, Temu też przemknęło przez myśl udać się do tej polskiej budki z piwem od rękoczynów i zaproponować obsługującemu kij młodzieńcowi, aby dał mu buzi, ale na całe szczęście zdołałam mu to wyperswadować. (Zamiar tłumaczę sobie chęcią zweryfikowania postępów w nauce.)

2 komentarze »

O tym że nuda

Zawsze w niedziele zapełniam sobie po dziurki w nosie listę życzeń na Asosie. Ciekawe dlaczego. Warto byłoby popracować nas zmianą tego niemiłego nawyku, gdyż BYWA, że część tej listy potem kupuję.

Weekend minął mi  bardzo miło i sympatycznie, a Wam? Głównie piłam piwo, jako że wybraliśmy się na festiwal piwa i wina, który był bardzo dobrze zorganizowany, zawierał piwa z całego świata (Polskę reprezentowały Żywiec, Tyskie i Lech, oraz do jedynych rękoczynów doszło właśnie przy polskim stoisku, obsadzonym rodakami) i muzykę na żywo, i w ogóle był bardzo przyjemny, ale posiadał jedną wadę, a mianowicie znajdował się tam gdzie psy dupami szczekają. Pardon, dość daleko. Co w obliczu faktu, że poszliśmy w piątkę, a na początku uzgodniliśmy, że każy płaci za jedną kolejkę, więc TRZEBA BYŁO wypić po pięć sztuk na łeb żeby było sprawiedliwie, okazało się być dość uciążliwe.

Tego, na jego wyraźne życzenie, uczę polskiego. Umie już wymienić wszystkie części ciała zaczynając od OKO a kończąc na STOPA (pomiędzy przewija się DUPECZKA), oraz powiedzieć jedno kompletne zdanie, a mianowicie: Daj mi buzi!

Poza tym nuda. Chyba seriale pooglądam. Albo burzę za oknem.

3 komentarze »

O tym że uwielbiam hiszpański język

Jako że troje naszych przyjaciół, z którymi byliśmy umówieni, wystawiło nas po kolei rufą do wiatru, na piwo poszłam wczoraj tylko z Tym. Wszystkie knajpy w centrum były zapchane po dziurki w nosie, udaliśmy się więc do naszej ulubionej, nieco… hm, niszowej, wypchanej zawsze jedynie stałymi klientami przyklejonymi do baru, o średniej wieku na oko 65, w której na dodatek pracuje jedna Hiszpanka. I otóż ta Hiszpanka właśnie wczoraj była. Mieliśmy jeszcze odrobinkę w szklance z pierwszym piwem, kiedy podeszła zapytać, czy coś nam podać, po hiszpańsku rzecz jasna, zgodnie udzieliliśmy odpowiedzi twierdzącej, że jeszcze jedno poprosimy, w końcu następnego dnia (czyli dziś) święto, a wtedy ona powiedziała, cytuję dosłownie, bez uszczerbku dla tłumaczenia: Możecie zrobić GLUP? (Przysięgam, GLUP)

Pośpiesznie przełknęłam i wybałuszyłam na nią oczy, a Ten dał mi łupnia pod żebro i szepnął rozdzierająco: Znaczy że dopić mamy!!!

UWIELBIAM hiszpański język.

 

Leave a comment »