Archive for Kwiecień, 2012

O pierwszym cieplejszym dniu

Pierwszy cieplejszy dzień (co nie znaczy CIEPŁY, nienienie, nie myślcie sobie, lato postanowiło rozprzestrzenić się w całej Europie, pomijając malutki zakątek w zachodnich Niemczech, gdzie oczywiście jestem JA) spędzam sobie z kacem w domu. TYPOWE. A ten (nie)mój akurat jest na weselu w Cordobie i furt przysyła mi zdjęcia rozsłonecznionych krajobrazów z karłowatymi drzewkami, szerokich plaż i szemrzącego morza, czym wywołuje u mnie, marznącej pod kocem, rozgłośne zgrzytanie zębów. A, siebie we fraku też przysyła, co z kolei zgrzytanie nieco łagodzi. (Serio, we FRAKU, taki dreskod tam na tym weselu.)

Idę zobczyć czy mnie nie ma pod prysznicem. Może chociaż nowe piżamowe portki (BOSKIE! Ten piżamowy trend naprawdę współgra z moją karmą) uda mi się na spacer wyprowadzić.

Reklamy

2 Komentarze »

O tym jak nie byłam za Bayern

W zaistniałej sytuacji oczywiste jest, że powinnam być za Bayern München, ale seria okoliczności towarzyszących skutecznie mi to uniemożliwiła.

Na ławeczce przed nami usiadła sobie grupa młodych ludzi, którzy od pierwszego wejrzenia obudzili moją serdeczną acz głęboką antypatię. Już nawet nie chodziło o to, że byli wysocy i zasłaniali, chociaż to pewnie właśnie to sprawiło, że zaczęłam patrzeć na nich zamiast na mecz. Chodziło o to, że byli GŁADCY. Wylizani, jakby po nich krowa ozorem mlasnęła. Wymuskani. Wszyscy jak w pysk dał w koszulach, dżinsach, starannie ułożonych fryzurach z misternym lokiem nad czołem, w trędnych okularach, jeden ściskał między kolanami paskudną kurteczkę  typu bomber, z wyeksponowaną przypadkiem metką ARMANI, a inny w garści futerał na ajfon. Czarny, w białe kropeczki. Siedzieli, żłopali piwo, i na początku wydali mi się dość zabawni, więc doszłam nawet do wyobrażania sobie, jak muszą wyglądać ich czekające w domu narzeczone (wszystkie tak samo, rzecz jasna), ale dość szybko przestali mi się wydawać. Najpierw zaczęli się głupawo oglądać i GAPIĆ słysząc hiszpański język za plecami i nie odstraszył ich nawet mój bazyliszkowy wzrok, co jest dużą rzeczą. Darli dziób  na przemian z Yarą w zależności od chwilowego właściciela piłki, tyle że dużo bardziej niewybrednie. W dogrywce nasz obrzydzony wzrok musiał im już wypalać dziurę w plecach, ale jak doszło do karnych i za każdym sukcesem Monachium i porażką Madrytu odwracali się wykonując gesty typowe dla orangutanów, a zakończone skierowanym w naszym kierunku środkowym palcem, patrzyłyśmy już raczej na siebie, z niedowierzaniem. (A ja gratulowałam sobie w duchu wyczucia, wierzcie mi, tacy wylizani krowim ozorem i z lokiem NIE MOGĄ ROKOWAĆ DOBRZE.)

I nie ma tu już znaczenia fakt, że z całej ekipy Madrytu jedynym, który budzi moją zdecydowaną sympatię jest Iker Casillas, więc mu nie żałowałam i chciałam żeby im te piłki łapał, co utrudniało kibicowanie Bayern, ale teraz to już w finale będę zdecydowanie za Chelsea i mam nadzieję że wyru… tego, tych z Bayern bez wazeliny, i że temu od Armaniego kurteczka upadnie na brudną podłogę w czasie oglądania, a wszyscy pozostali usiądą w przeciągu, który całkowicie zrujnuje im fryzurę.

No i tak to:

Cristiano: Widzimy się na finale Ligi Mistrzów. Messi: Dobra, oglądamy u ciebie w domu czy u mnie?

Comments (1) »

O nerwach

Siedzę na tyłku i nerwowo czekam na moje sandałki, zamówione TYDZIEŃ TEMU (a dziś dodatkowo podrażniło mi podniebienie TO), chociaż właściwie nie wiem po co tak czekam, chyba w celu postawić je na środku stołu i wpatrywać się z uwielbieniem, bo jeśli chodzi o noszenie to pogoda jest taka, że pada CO-DZIEN-NIE, przynajmniej raz, a zaczyna ZAWSZE, kiedy ja wyjdę z domu i wygrzebię okulary słoneczne z futerału. Dlatego z nerwów zamówiłam sobie wczoraj srebrny łańcuszek ze złotym wisiorkiem z moim znakiem zodiaku.

Rozpoczął się nowy sezon Mad Men, a ja nie miałam czasu nawet rzucić narządem wzroku, chociaż może to i lepiej, bo już po pierwszym rzucie niewątpliwie zaczęłabym nerwowo obgryzać paznokcie i przestępować z nogi na nogę w oczekiwaniu kolejnych odcinków.

Pozostając w temacie nerwów, chłopak mojej znajomej Isy, po tym jak zaprosił nas w piątkowy wieczór na własnoręcznie wykonaną pizzę, o trzeciej w nocy zaczął sprzątać kuchnię łącznie z szorowaniem miejsca ZA CHLEBAKIEM, i w napięciu czekaliśmy aż wywlecze mopa i zabierze się za mycie podłogi. (Nie zabrał się, ALE DUŻO NIE BRAKOWAŁO.)

Poniedziałek. Idę biegać.

3 Komentarze »

O ogłupieniu

Moja fascynacja językiem hiszpańskim przyjmuje ostatnio niewyobrażalne rozmiary, gdyż bardzo, ale to BARDZO kręci mnie jego andaluzyjski akcent, mimo że czasem zrozumienie go kosztuje sporo wysiłku. Szczególnie kiedy opowiada coś dłuższego zdarza mi się w ogóle nie zwracać uwagi na treść wywodu, a wyłącznie na wymowę, zwroty, a przede wszystkim wszystkie połknięte głoski i śmieszną wymowę /-st-/. Zdaje się że słucham wtedy z wyrazem twarzy pozwalającym podejrzewać nieuleczalny debilizm i nic poniżej, z fascynacją zawisając wzrokiem na jego ustach, a na końcu otrząsam się z ogłupienia i mówię:  Przepraszam… Co mówiłeś??? 

8 lat w tej sytuacji odeszło (chwilowo) jakby na nieco dalszy plan.

O wczorajszym meczu natomiast nie życzę sobie wcale rozmawiać.

2 Komentarze »

O numerowym dylemacie

Wczoraj Barça przegrała z Chelsea, a ja nie mogę się zdecydować, jaki numer chce na mojej koszulce. Wybrałabym ósemkę, ale to numer Iniesty, a ten jakiś taki niewydarzony mi się wydaje. Do półfinału zakwalifikowała się też 17, bo siedem plus jeden, ale tę z kolei nosi Pedro, do którego nie mam żadnego osobistego stosunku, chociaż wczoraj mi się spodobał, bo nie spędził nawet trzech minut na boisku, a już zobaczył żółtą kartkę. Więc nie wiem. Gdyby Pep miał jakiś numer, w ogóle nie miałabym się nad czym zastanawiać, ale niestety trenerów nie numerują.

A poza tym zimno jak w psiarni, wściekły wiatr miota lodowatym deszczem i grozi urwaniem łba, co raczej nie sprzyja pozytywnemu podejściu do życia. Przynajmniej mojemu nie sprzyja. Idę zamknąć się w sobie.

Leave a comment »

O łapie dinozaura

Wczorajszy zryw w postaci pójścia do dermatologa bez umówionej wizyty, bo podobno od ósmej do dziewiątej dermatolog takich przyjmuje (to, co jeszcze niedawno było malutką plamką na nadgarstku, zajmuje mi obecnie cały grzbiet prawej dłoni i dużą część przedramienia, jest czerwone i w dotyku przypomina skórę dinozaura), skończyło się tak że owszem, przybyłam o ósmej siedem, zgłosiłam obecność, posiedziałam do za piętnaście dziesiąta, po czym powiadomiłam panią za ladą, że muszę iść do pracy i ja jednak poproszę termin wizyty. Nie powiem żeby poprawiło mi to specjalnie humor, a do dziewiątego maja ręka pewnie w całości zamieni mi się w łapę dinozaura.

Jasną sprawą jest więc, że w obliczu złego humoru musiałam sobie coś kupić, i padło na białe rurki. Piękne, tylko muszę teraz biegać co najmniej co drugi dzień, bo inaczej zacznie mnie dotyczyć mrożący krew w żyłach opis BIAŁEJ GLISTY.

A. Ktoś wie, kiedy ta wiosna NAPRAWDĘ przyjdzie????

2 Komentarze »

O leniwej niedzieli

Ledwo spędzam dugo wyczekiwaną leniwą niedzielę SAMA W DOMU, rozkoszując się dawno niezaznanym ŚWIĘTYM SPOKOJEM i zamieszkiwaniem piżamy do godziny szesnastej trzydzieści, a już nie utrzymałam łapy przy sobie i wklepałam numer karty kredytowej do zamówienia tych sandałków. Wiem oczywiście, że jest to INSPIRACJA tym modelem Celine, ale cienki paseczek przy palcach i gruby wokół kostki przyczepiły się do mnie ostatnio jak przysłowiowy popiół do mokrej dupy.

Folguję sobie ostatnio odnośnie WSZELKICH zachcianek, co rzecz jasna niewątpliwie kiedyś źle się skończy. Rozbestwiłam się i trzeba będzie mnie zastrzelić.

 

3 Komentarze »