Archive for Luty, 2012

O dacie, która nie powtarza się co roku

Ja tylko na chwilę, ogłosić chciałam że w dniu dzisiejszym, (a zwrócić uwagę należy, że nie jest to data, która powtarza się co roku!) oddałam drugą w życiorysie pracę magisterską.

Nie powiem, nie obyło się bez zgrzytów, rano bowiem, przed zaniesieniem cholerstwa do druku, zdałam sobie sprawę, że nie wiem ile egzemplarzy mam właściwie oddać. Ale, jako że (zawsze to powtarzam i powtarzać będę) Opatrzność czuwa nad półgłówkami, w obliczu nieodbieranego telefonu zrealizowałam zuchwały pomysł odwiedzenia dziekanatu poza godzinami urzędowania i spotkałam odpowiednią panią NA KORYTARZU.

No, a potem to już poszło gładko – druk, odmowa zajrzenia do środka przed oprawieniem (jeszcze nie zgłupiałam! Czy proponujący mi to pan zastanowił się aby, co by było, gdybym zajrzała i odkryła jakiś błąd???????), oprawienie, odczekanie do otwarcia dziekanatu, powitanie mnie słowami A, to znowu pani, proszę proszę. 

Następnie w podskokach wybiegłam z dziekanatu i dałam postawić sobie piwo. A godzina była czternasta.

PS Wyraz twarzy ze zdjęcia czuję że mi zostanie na cały dzień.

3 komentarze »

O refleksji

A wczoraj jak skakałyśmy po łóżku Irune w biustonoszach włożonych na sukienki, wymachując hiszpańską flagą oraz poduszkami i pełną piersią wyśpiewując wraz z panem Sesto ten klasyczny utwór, który WSZYSTKIE znałyśmy na pamięć, spadła na mnie nagła refleksja na temat jak to się właściwie stało, że skaczę tam wraz z sześcioma Hiszpankami i sytuacja wydaje się dla wszystkich zupełnie naturalna i oczywista.

PS W skaczącym towarzystwie wcale nie byłam najstarsza.

PS 2 Z owego skakania istnieją zdjęcia.

 

EDIT: Dobra. Jedno malutkie nieszkodliwe zdjęcie, coby nie być gołosłowną. Jak nie pokażę się tu przez trzy dni, pomścijcie moją śmierć. Sprawczyni powinna znajdować się na poniższej fotografii.

6 komentarzy »

O przedziwnej nocy

Wczoraj poszłam z dziewczynami na kawę. O wpół do piątej po południu. Po ośmiu godzinach, czterech zmianach kelnerów, jednej kawie i czterech piwach, w trochę odchudzonym składzie zmieniłyśmy lokalizację i poszłyśmy prościutko do klubu, w którym od razu wytrzeźwiałam, bo serwowane tam dżiny z tonikiem zawierały w sobie dżinu na dokładnie jeden palec. W dodatku taki raczej mój, niegruby. Było dość zabawnie, bo zarówno Yara jak i Rosa rzucają palenie, co polegało na tym że Yara żuła słomkę od swojego drinka, a Rosa darła nerwowo kartonową podkładkę pod piwo. W domu znalazłam się o czwartej rano, po dokładnie 12 godzinach od jego opuszczenia.

Doprawdy przedziwna to była noc, wraz z Irune stawiłyśmy czoła takiemu jednemu, z którym obie byłyśmy w łóżku, a ja w nim byłam dodatkowo zakochana, przy czym to jej wydarzyło się znacznie później niż to moje, i ona z owej nocy nie posiada żadnych wspomnień, a jedynie średnio przyjemne wspomnienie przebudzenia się obok niego na ciężkim kacu. I nie wiem, czy to demonstracyjne porozumienie między nami jajnikami nie było w tej sytuacji nieco creepy, ale przynajmniej, jak przypuszczam, wprawiło owego w lekki stupor.

Poza tym ja naprawdę bardzo lubię Irune i jakoś tak bardzo nie chciałabym musieć jej znienawidzieć.

Leave a comment »

O zaletach i wadach

Skórzane czarne spodnie mają tę niezaprzeczalną zaletę, że można wylać na nie jedną czwartą szklanki piwa i potem zwyczajnie wytrzeć chusteczką higieniczną, tudzież serwetką knajpianą cienką.

Wadę też posiadają, a mianowicie podszewkę, która się marszczy.

Ja natomiast posiadam zmartwienie, wielokrotnie złożone i dość rozczłonkowane, i nie pomaga mi powtarzanie sobie, że nie ma co magnifikować wydarzeń, że nic już na nic nie poradzę i że muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi, ponieważ kiedy śpię, wszystko dzieje się od nowa w moich snach. Oraz wiem, że jutro nie pójdziemy nad rzekę.

PS A oto fotka zrobiona jakiś miesiąc temu analogowym rybim okiem Heleny. I niech mi ktoś powie, że te cyfrowe megapiksele komuś kiedykolwiek coś dobrego uczyniły! 

3 komentarze »

O tym co mnie dziś boli

A od tej peruki Marilyn Monroe, przez którą miałam łeb, rozmiarów którego nie powstydziłby się KOŃ, boli mnie dzisiaj szyja. Oprócz tego bolą mnie również nerki, co początkowo omyłkowo wzięłam za ból kręgosłupa, ale otóż nie, nerki, ostatnimi czasy bowiem przyjmowałam do wnętrza płyny dość wyskokowe, a zapominałam o tym składającym się z dwóch H i jednego O.

A, i stopy, od obcasów.

Ale najbardziej chyba to coś w środku mnie, co nie wiem dokładnie gdzie się znajduje, wszędzie chyba, co lekko dławi w gardle wspomnieniami i przeszywającym przekonaniem, że tak już nie będzie, że to się nie powtórzy, że coś się bezpowrotnie zmarnowało, zepsuło i już nie da naprawić.

Leave a comment »

O szaleństwie

Jedno jest pewne – cholerny paw jest bardzo niebiezpieczny i szkodliwy i w stanie alkoholizowanym absolutnie nie wolno go ani na minutę spuszczać z oka. (Mówię Wam, takiego brania nie miałam od nie-pa-mięt-nych czasów!) Mam zabronione włożyć go na siebie choć jeszcze jeden raz.

Dzisiaj ostatni dzień szaleństwa, obiecuję być grzeczna (nie przyjdzie mi to ze zbyt wielkim trudem, jestem bowiem WYKOŃCZONA) i włożyć na siebie Marilyn Monroe.

2 komentarze »

O tym że obrazy wystarczają za tysiąc słów

Swieżutko ukończony pawi makijaż. Godzina 12 w południe.

Pawice! (Godzina 14.00)

Zebrałyśmy naprawdę mnóstwo komplementów. (Godzina ca. 18.00)

Zabawa hm, w pełni. Godzina 23.00

A rzęsy odpadły mi dopiero około północy, więc nie było źle. Zdjęć zrobionych po północy pozwolę sobie nie opublikować we własnym dobrze pojętym interesie.

11 komentarzy »