Archive for Listopad, 2011

O tym jaka jestem naiwna

Gdybyście Wy wiedzieli, jaka ja jestem potwornie naiwna!… Całkowicie serio myślałam, że skoro od niedzielnego poranka nie ryczałam, w obliczu powyższego w poniedziałek odważyłam się na śmiały i uwieńczony sukcesem krok użycia maskary i kredki do oczu, poszłam z Heleną na kurę do kejefsi i piwo do knajpy i było mi całkiem miło i przyjemnie, TO ZNACZY ŻE JESTEM WYLECZONA ORAZ W OGÓLE NIC SIĘ NIE STAŁO. Myślałam tak NAWET jak już wyszłam z knajpy, pożegnałam się z Heleną, napisałam esemesa do Viki a podniósłszy wzrok znad telefonu napotkałam jego wzrok. Owszem, cała krew odpłynęła mi wtedy z twarzy (i pewnie z mózgu też), wyraźnie to poczułam, i uplasowała się w okolicach palców od stóp, ale ciągle jeszcze tak myślałam. A jak stałam z nim przez dwie minuty na tej ulicy i patrzyłam na niego spojrzeniem godnym bazyliszka i widziałam jego ZATROSKANY wzrok (pff, mnie się na te plewy nie nabierze), to czułam nawet coś w rodzaju bezrozumnego triumfu.

Ale jak obudziłam się dzisiaj rano, nie było po tym wszystkim śladu.

Reklamy

Leave a comment »

O dżdżownicach

Nie będę zaprzeczać, że wczoraj przeryczałam cały dzień, a moje oczy wyglądały wypisz wymaluj jakby ktoś umieścił tłustą czerwoną dżdżownicę w miejscu gdzie rysuje się kreskę na powiece. (Nawet powieki puchną mi w sposób wybrakowany, nie w całości, a tylko przy rzęsach.)

Ale faktem niezaprzeczalnym jest również, że dziewczyny zorganizowały dla mnie kolację z lodami i ptysiami (którą również w całości przeryczałam), a potem siedziały ze mną na kanapie i tuliły w objęciach (ja furt ryczałam), a potem Viki ZAGRAŁA DLA MNIE NA FLECIE, zaproponowała nocleg u siebie na kanapie oraz szczoteczkę do zębów, którą ukradła z łazienki u swojej dentystki, a Helena z Yarą zaśpiewały mi hiszpańską kolędę (taktaktak, to JEST kolęda, mimo że traktuje o rybach, które piją wodę z rzeki), a Viki z dużym entuzjazmem próbowała akompaniować na flecie. Przy flecie i kolędzie ryczałam i śmiałam się równocześnie. I nie będę ściemniać, że czułam się lepiej opuszczając o drugiej w nocy mieszkanie Viki, czułam się w dalszym ciągu jak rozdeptana miazga, ale jednak wychodząc byłam już w stanie zrobić kilka głupich min do oglądanych w lustrze dżdżownic na powiekach.

A dzisiaj w południe włożyłam na kilka minut dwie łyżeczki do zamrażarnika, przycisnęłam je do powiek, ostatnie łzy które popłynęły były już skutkiem szoku termicznego, otarłam je, chlapnęłam nieco Szanela (jest znakomity, serio. I PIĘKNIE PACHNIE), przyłożyłam nowe łyżeczki i dżdżownice odpłynęły w niebyt.

Gdyby tak się dało ze wszystkim innym.

7 Komentarzy »

O śnie

Helena stanęła na wysokości zadania i byłam pięknym czarnym łabędziem. Santi był pakistańskim sprzedawcą róż i wciąż odklejały mu się wąsy. Eks tego od jednego kierunku ruchu wcale nie przyszła. Może wzięła cudzysłów na serio.

Co jednak nie ma już najmniejszego znaczenia. Bo z tym jednym kierunkiem ruchu to była od początku prawda i od początku powinnam była wiedzieć, że może być tylko gorzej. No i jest. Gorzej. Jest nawet całkowicie źle.

A śniły mi się dwie śliczne, młode, mocno umalowane dziewczyny, które mnie drapały paznokciami i krzyczały szyderczo: Jesteś stara, stara i brzydka, i nie ma nikogo, kto by cię kochał.

2 Komentarze »

O bawarce i czarnym łabędziu

Od wczoraj piję bawarkę. Na blipie powiedzieli że od bawarki rosną cycki to piję. (Wyjaśnijmy sobie – ja wcale nie chcę żeby mi urosły cycki, nienienie, ja po prostu chcę SPRAWDZIĆ CZY TO DZIAŁA. W celach naukowych.)

A dzisiaj godzina zero czyli zapowiadana fiesta. Nie wyznałam Wam jeszcze jednego drobiazgu, a mianowicie że fiesta jest kostiumowa, co dość komplikuje kwestię (i tak trudną) oszałamiającego wyglądu, ale niezawodna Helena znalazła rozwiązanie i idę jako łabędź. Czarny. Black swan znaczy. Mam ultrakrótką tutu, Helenę do zrobienia łabędziego makijażu i nawet czarne pióra do wpięcia we włosy, więc może nie będę wyglądała jak ostatni kocmołuch. MOŻE.

Co w obliczu zagmatwania i OKOLICZNOŚCI jednakże nie zmienia faktu, że nerwowa jestem jakbym, nie przymierzając, na egzamin szła. (Naprawdę ROZWAŻAM zabranie mojej dobrej wódki, mimo że obiecałam. Możliwe że lepiej byłoby zostawić ją we własnej lodówce na wypadek, gdybym po imprezie z rozpaczy musiała urżnąć się w zimnego trupa.)

Leave a comment »

O tym co powinniście wiedzieć

Gdybyście Wy wiedzieli jaka ze mnie jest konkursowa skończona idiotka, i z jakim talentem rozwalam fajne rzeczy, i to wyłącznie przez własną niepewność, skłonność do histerii oraz niezdolność do ruszenia szarą komórką przed naciśnięciem na WYŚLIJ, to naprawdę naprawdę nie chcielibyście mnie wcale czytać.

A cudzysłów to najmniejsze co powinno mi napluć w twarz.

3 Komentarze »

O aktualnie zasadniczym problemie mojej egzystencji

Lubię urozmaicenia w codzienności, ale teraz to już naprawdę lekka przesada. Scenariusz Gossip Girl może.

Zaprasza mnie na 30 urodziny jeden z najlepszych kumpli tego od jednego kierunku ruchu, przy czym zaprasza mnie niejako zdalnie, wysyłając mejla do swoich znajomych i prosząc o podanie informacji o imprezie do załączonej listy osób, do których nie ma kontaktu. Na liście jestem ja, jak byk. Nawet nie mam mu za złe, że nie pamiętał mojego imienia, drobiazg, określenie „ta Polka, blondynka” byłoby w tym towarzystwie doprawdy zupełnie wystarczające, i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie uściślił go dopełnieniem „DZIEWCZYNA” C. (Ten od jednego kierunku ruchu ma imię na C, a DZIEWCZYNA stała faktycznie w CUDZYSŁOWIU. I nic mnie aktualnie nie bulwersuje bardziej niż ten CUDZYSŁÓW. )

Ale to jeszcze nie koniec. Na dalszych pozycjach na liście znajduje się również była dziewczyna tego od jednego kierunku ruchu…  Która jest mi ostatnio zadrą pod paznokciem, solą w oku i wrzodem na tyłku.

I zasadniczy problem mojej egzystencji zamyka się teraz w pytaniu: IŚĆ?????? (t/n)

6 Komentarzy »

O tym jak było

No więc tak. Kulinarnie nie powiem, kolacja udała się całkiem całkiem. Na wszelki wypadek zrobiłam wszystkiego za dużo i się lekko zdziwiłam, bo prawie nic nie zostało. A Hans przyznał się, że jak wszedł i na stole stała miska z zieloną sałatą i malutki półmisek ze śledziem pod pierzynką, pomyślał, że nic, w drodze powrotnej trzeba będzie wpaść do Maka. Wraz z pojawianiem się kolejnych półmisków zmienił pogląd.

Jeśli chodzi natomiast o uczestników wydarzenia, to Yarę bolał ząb, ten od jednego kierunku ruchu był spięty gdyż miał dziś ważny termin, wypił dwa kieliszki wina i trzy szklanki wody i pożegnał się o północy, Hans był dość zgaszony gdyż o siódmej rano grał w piłkę, a mnie osobiście męczył (czas przeszły jest właściwie niewskazany) tak zwany Liebeskummer na tle tego od jednego kierunku ruchu, o czym wyżej wymieniony nie miał najmniejszego pojęcia, i z tego wszystkiego stłukłam jego kieliszek, którego resztkami skaleczyłam się potem zawiązując tutkę ze śmieciami. Reszta bawiła się dobrze.

Leave a comment »