O październiku nad morzem

No więc owszem. Miałam największą walizę, chociaż podobno nie najcięższą, a Hans wie co mówi, bo furt pomagał dźwigać zarówno Helenie jak i mnie. (Dla jasności dodam, że w rozmiarach walizy objawiło mi się wcale nie zamiłowanie do niepotrzebnego chłamu i nieudolność w pakowaniu, a wrodzone nieufność oraz pesymizm, bo mimo iż jechałam NA PLAŻĘ, nie przekonywało mnie występowanie owego NA PLAŻĘ  w jednym zdaniu z W PAŹDZIERNIKU, i w walizie miałam dwa swetry i prochowiec. Cud boski, że w ogóle bikini zabrałam, bo pakując się, byłam o TYLE, tyci tyci, od powiedzenia Iiiiiiiiiiiiiiiitam… Czy to warto….? i zostawienia go w czeluściach szuflady.)

Oostende okazało się być całe w budowie, oraz raczej zamknięte bo nikt się podobnych anomalii pogodowych w październiku nie spodziewał, ale jakoś udało nam się nie nudzić. Hans był gorszy niż najbardziej ciężarna kobieta i miewał wyszukane zachcianki jedzeniowe, co zupełnie ni podobało się Helenie, będącej z kolei na diecie, i mogącej jeść jedynie białko i tłuszcz, więc Heleny spojrzenie często gęsto ciskało gromy, a Hans w kolejności występowania został nazwany idiota, imbécil, oraz hijo de puta. Myślę, że tłumaczenie nie jest konieczne. Odnośnie temperatury morza nie będę się wypowiadać, ale między nami powiem, że stopy drętwiały od stania po jakichś ośmiu sekundach. (A mimo to, oraz mimo zadzierania przyzwyczajonego do Karaibów i innych tropików nosa, do wody wleźli wszyscy od razu pierwszego dnia.) Ale najlepsze było i tak kiedy morze znienacka pojawiło się obok Heleny, a ta, po dość flegmatycznym poinformowaniu ją o tym fakcie, w przeciągu 0,8 sekundy poderwała się z ręcznika jakby ją tarantula ukąsiła w część tylną, wrzeszcząc przy tym przeraźliwie. Wielkie rzeczy, mały przypływik, ale jasne jest, że o TYCH RZECZACH i tej szczególnej właściwości Morza Północnego wychowani na tropikach nie mają pojęcia.

Osobiście odniosłam z wycieczki wiele korzyści naukowych, przyswoiłam przez osmozę mnóstwo nowych hiszpańskich słów, oraz własnymi oczami i podniebieniem doświadczyłam, że rybę MOŻNA smażyć na patelni bez panierki i bez tłuszczu ani żadnych przypraw, a jedynie w skorupce z grubej morskiej soli, i że ryba wychodzi niebiańsko pyszna. Aha, i że kilogramem krewetek, też usmażonych na patelni (tym razem z tłuszczem) i lekko doprawionych solą i cytryną, mogą się bez problemu doprowadzić do stanu bliskiego eksplozji z przejedzenia cztery dorosłe osoby, w tym jedna na diecie.

Jeden tylko fakt napełnił mnie głębokim niesmakiem, a mianowicie, że w momencie kiedy pociąg zatrzymał się dziś na stacji końcowej, jak obrzydliwy bumerang powróciło wszystko, o czym trzy dni udało mi się nie myśleć.

Ja, włażąca do morza. (jako ta syrena)

Krewetki

Rybka na soli

Hans pełen krewetek.

Belgijskie piwo dobre jest

Helena z racji diety mogła tylko wodę, a obie jesteśmy nieumalowane. (Ergo – tak wyglądam naprawdę)

Dzisiejszy ranek. Hans, Seta i ja. (Helena robi zdjęcie)

Rano był wiaterek, nie powiem.

Wiaterek, mówię.

Plaża. Morze akurat poszło sobie w cholerę, później wróci do tej linii suchego piasku.

Reklamy

1 Response so far »

  1. 1

    synafia said,

    Ooooo, zazdraszam mocno! Cudnie cudnie 🙂


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: