Archive for Październik, 2011

O pogodzie i postulacie

Nie powiem, mnie tam się podobają te skoki temperatury. Nie ze względu na temperaturę jako taką oczywiście, a ze względu na ciuchy: spada prawie do zera – z dreszczem szczęścia wkładamy gruby sweter, nieużywają od marca fufajkę i zjeżdżającą na oczy czapę, podnosi się do osiemnastu stopni – nie ma sprawy, przepełnione identycznym szczęściem wdziewamy tiszert, prochowiec i sznurowane buty na GOŁE STOPY (NIENAWIDZĘ skarpet, mówiłam już? Założę się że mówiłam), bo właściwie pożęgnałyśmy się już były z takimi ałtfitami.

Tak. Składam postulat, żeby pory roku trwały zawsze góra po dwa tygodnie. I nie w kolejności najlepiej. Dwa tygodnie lata, dwa zimy, znowu dwa lata, dwa jesieni. Znowu dwa lata, dwa wiosny…

Pięknie by to było!

Reklamy

Leave a comment »

O tym że się dziwię

No więc owszem, imienniczka dalej zakochana, ale w ciągu pięciu godzin, które spędziłyśmy razem, ukochany zadzwonił do niej JEDENAŚCIE razy. W tym, podczas jednej rozmowy przez siedem minut (patrzyłam na zegarek) tłumaczyła mu, dlaczego nie jedzie pociągiem z dworca południowego, tylko czeka na tramwaj na dworzec głowny, i gdzie czeka, i dlaczego właśnie tam, i że pociąg z południowego odjeżdżał o pięćdziesiąt cztery i jechał tylko do stacji Messe Deutz, i że nie ma pojęcia o której odjeżdża kolejny z dworca głownego. Więc ja nie wiem.

Wczoraj u Heleny natomiast zrobiłam guacamole. SAMODZIELNIE oraz OD POCZĄTKU DO KOŃCA. Helena bowiem zarządziła na kolację TYLKO TAPAS, i żarcia było w efekcie tyle, że najedliśmy się jak bąki i piwo nie działało. Działać zaczęło dopiero jak urzeczywistniliśmy doskonały pomysł zmiksowania lodów o smaku tiramisu z resztką wódki o smaku waniliowym. I dziwię się teraz bardzo, ale to bardzo głęboko, wręcz ze wszystkich sił, że nie mam dzisiaj żadnego kaca, a nawet mnie marna głowa nie boli. (Ale mimo to prześpię sobie ten dzień, w tym tygodniu mamy w końcu jeszcze jedną niedzielę.)

A ten od jednego kierunku ruchu jest w Krakowie, pierwszy raz w Polsce i czuję się osobiście i dogłębnie zatroskana kwestią czy mu się spodoba. (Jak zobaczycie wysokiego, chudego i brodatego Hiszpana o melancholijnym spojrzeniu, to to będzie on.)

Leave a comment »

Znowu o uczuciach (i kontrastach)

Dziś po południu spotykam się z argentyńską imienniczką, co będzie niewątpliwie odświeżającym przeżyciem, imienniczka bowiem od czterech miesięcy jest zakochana w stopniu budzącym moje głębokie podejrzenia, i do tego najwyraźniej z równie podejrzaną wzajemnością. Jest więc szansa że spędzę popołudnie słuchając opowieści jak z Danielle Steel, w odróżnieniu od innych popołudni i wieczorów w ciągu ostatnich dwóch tygodni, które to z kolei spędziłam pocieszając Viktorię Be, tfu, co ja mówię, jakie pocieszając, w życiu nie potrafiłam nikogo pocieszyć, spędziłam je najzwyczajniej w świecie pozwalając jej mówić, oraz solidarnie składając w ofierze własną wątrobę. A wczoraj to już szczytem uczuciowego pecha był mój kumpel Kenny, który okazał się również cierpieć z miłości (czym zaskoczył mnie śmiertelnie, no bo… Kenny…? zakochany….?) i do północy wytrząsał przede mną serce oraz, co gorsza, OCZEKIWAŁ RADY.

Więc dziś jestem niewyspana, wyczerpana intelektualnie, mam zakwasy, bo wczoraj ponad godzinę goniłam przez las a przedwczoraj znowu męczyłam hulahop, oraz, dla kontrasu, wciąż wypełniają mnie tkliwe uczucia.

Leave a comment »

O uczuciach

Czy skoro w czerwcu, kiedy się wszystko zaczęło w akompaniamencie sidry i przez prawie miesiąc tarzałam się w tkliwych uczuciach, na mój gust grubo przesadzonych, i miałam nieodparte wrażenie (które na dodatek wszem i wobec artykułowałam), że jest za różowo, uczucia są za tkliwe, a spojrzenia za żarliwe, i po owym miesiącu faktycznie nastąpiła zmiana o 200 stopni, to znaczy że byłam samospełniającą się przepowiednią???

I czy jeśli teraz mam wrażenie, że wszystko MOŻE skończyć się dobrze, że istnieje coś, co PASUJE, że mnie samą wypełniają tkliwe uczucia, to też nią (przepowiednią) będę????? Proszęęęęęęęęęęęęęęęęęę

4 Komentarze »

O zoo i kolorystyce

Niesłychane, śni mi się goniąca (nie GNIOTĄCA) mnie krowa i od razu następnego dnia idę do zoo. Wczoraj byłam znaczy. Jeśli chodzi o ścisłość, nie było to nawet takie prawdziwe zoo, ze słoniami i lwami, a takie więcej mini, gdzie żyją jedynie zwierzątka kompatybilne z naszą szerokością geograficzną i klimatem, ale za to można głaskać owce, świnie i osły, oraz przy bilecie za pół euro nabyć tutkę z ziarenkami i rozkoszować się uczuciem że KTOŚ JE NAM Z RĘKI. Zważywszy piękne słońce i niedzielę, zoo było nabite dziećmi i ich rodzicami, zwierzątka wyglądały, jakby zaraz miały pęknąć z przejedzenia, a ja sama znalazłam się tam na wyraźne życzenie, żeby nie powiedzieć groźbę karalną, Viktorii Be, która, znajdując się w nienajlepszej kondycji uczuciowo – psychicznej, jest aktualnie przerażająco aktywna, i ktoś jej musi w tych aktywnościach towarzyszyć.

Stałyśmy sobie przy osłach, kiedy Viki wdała się w konwersację z młodzieńcem mniej więcej pięcioletnim, pytając go po czym to poznał, że osioł to osioł, na co mamusia młodzieńca, nie dając latorośli szansy na pochwalenie się wiedzą zoologiczną, podpowiedziała mu żywiutko i uczynnie: Po tym, że jest podobny do taty?

Takim oto sposobem na randce przypadającej bezpośrednio po zoo, znalazłam się ubrana w dżinsy, najgrubszy szary sweter, masywne buciory z pozostałościami po kozach i owcach na podeszwach, szarą fufajkę oraz czarną wełnianą czapę. Mój towarzysz miał na sobie eleganckie ciemnoszare dżinsy, białą koszulę i ciemnoszary sweter w serek. Kolorystycznie pasowało doskonale!

2 Komentarze »

O Piotrze Almodovarze i śnie

Byłam wczoraj na „Skórze w której mieszkam” Piotra Almodovara, i muszę powiedzieć że kurde. Mocne. Mniej więcej w połowie zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo nierówno pod sufitem musi właściwie mieć pan Piotrek, żeby wpaść na niektóre ze swoich pomysłów, ale film gorąco, wręcz tropikalnie polecam. A posunięty w latach Antoś Banderas też niczego sobie, nie to co Brad Pitt w „Drzewie życia”, pfui, do końca życia nie zapomnę tego dinozaura!… No, Viktoria Be w każdym razie przysuwała się do mnie coraz bardziej , by w końcu z namaszczeniem wyszeptać mi w ucho: Ja nie będę mogła potem tak po prostu iść spać, będziemy musiały iść jeszcze na piwo…!

Hans natomiast zakupił sobie ajfona czteryipół i można powiedzieć że go straciliśmy. Jedyną OSOBĄ, z jaką utrzymuje teraz kontakt jest Siri, a Hansa nie męczy proszenie jej by opowiedziała mu dowcip i rechocze w upojeniu słysząc po raz setny że a) nie wolno jej opowiadać dowcipów, lub b) idą sobie dwa ajfony i nagle… a dalej zapomniała, bądż c) tym razem ja zapomniałam, ale jakieś c) na pewno było.

A dzisiaj śniła mi się krowa. Wielka, szczerząca zęby i goniąca mnie w niecnych celach krowa. Sennik onlajn uprzejmie informuje, że oznacza to nieprzyjaciela, którego głupota może być szczególnie groźna. Jak na razie, to jedynym nieprzyjacielem, odznaczającym się zaiste ekstraordynaryjną głupotą, jestem dla siebie ja sama. Mówię Wam, nie wiem już sama, co jest produktem mojej własnej niepewności i lęku, a co dzieje się naprawdę.

Muszę iść pobiegać.

3 Komentarze »

O mojej fajności i winie

Wczoraj mój kumpel Joan, ten z Barcelony, napisał do mnie mejla (w temacie stało URGENT, czym wystraszył mnie śmiertelnie) z informacją, że pierwszego listopada przylatuje do Niemiec, ląduje we Frankfurcie nad Menem, a w ogóle to musi do Kassel, ale PO DRODZE wpadnie do mnie do Aachen na dwie godziny. Jakby ktoś chciał, to może sobie zobaczyć na mapie jakie to jest po drodze, i w obliczu powyższego chyba zacznę POWAŻNIE brać pod uwagę ewentualność, że w rzeczywistości jestem znacznie fajniejsza, niż myślę że jestem.

Po robocie natomiast chciałam wpaść do Viki, przy czym okazało się że wszyscy są na górze u Yary, która z kolei przedwczoraj przeszła niewielką operację, była jednakże w szampańskim humorze i królowała w swoim czerwonym łożu, w charakterze berła używając grubego drewnianego druta do robienia na drutach. Po dość krótkim czasie ogólnego hałasu (obecni byli głównie Hiszpanie), Viki nie wytrzymała i wywrzasnęła poprzez konwersację takie oto słowa: To co teraz robimy? Idziemy do domu, schodzimy do mnie, czy zostajemy tu? Znaczy, IŚĆ PO WINO???

Chyba nie muszę mówić, że poszła.

Leave a comment »