O tym że ach, co to był za weekend

Weekend był doskonały, udało mi się nie wytrzeźwieć trwale aż do chwili obecnej.

W piątek było fajnie, siedzieliśmy sobie w restauracji mieszczącej się w miłych kazamatach, gdzie kelnerzy gadali do nas po włosku, a my do nich po hiszpańsku, a ja przy podawaniu wina okazałam elementarny brak kindersztuby i nie pojęłam, że to ja mam spróbować i zaakceptować, i on nagle, już przy tym winie, powiedział wolno i w zadumie: Wiesz, myślałem o tym filmie co to mówiłaś że go chciałaś ze mną obejrzeć… A ja na to, żywiutko i zgodnie z prawdą: Możemy dzisiaj, mam go przy sobie! Na co on z kolei wytrzeszczył na mnie oczy, jacy ci faceci są niepojętni to naprawdę, przecież logiczne, że film miałam przy sobie tylko dlatego, że diwidi w plastikowym pudełku doskonale usztywniało mi dość wiotką torebkę z pytona.

W sobotę była część pierwsza pożegnania znajomej Hiszpanki, która dostała pracę w Norymberdze, wszyscy cisnęliśmy się w okropnie wąskim barze, a tequila sunrise przy zamówieniu trzech na raz, kosztowała 2 euro. To zamawialiśmy te trójki aż miło, i po dość krótkim czasie przestałam lubić tequilę sunrise. A potem przestałam lubić whisky z tonikiem… Potem poszliśmy jeszcze tańczyć, a pomarańczowe szpilki po raz drugi dały się omamić psychologicznym trikiem z płaskimi butami w torebce. Znaczy dały się omamić połowicznie, bo jednak co parę piosenek musiałam siadać i odpoczywać, ale jakby nie patrzeć wytrzymałam 7 godzin bez przerwy na 10 centymetrach bez platformy i z tą tequilą sunrise, i wytrzymałam bez jednego pęcherza.

A dzisiaj w ramach drugiej części pożegnania w programie był obiad w Hiszpańskim Stowarzyszeniu Kulturalnym, które mieściło się w okropnie zapuszczonym podwórzu, wyglądającym jak zaplecze warsztatu samochodowego, ale w środku było prawdziwą hiszpańską enklawą. Najedliśmy się jak za przeproszeniem świnie, wszystko było prawdziwie hiszpańskie, świeżutkie, morskie stwory wkraczały na stół jeszcze skwiercząc w oliwie, a ja z wdzięcznością przyjęłam lekcję jedzenia gambas nieobranych, z łapami i oczami, patrzącymi na mnie dość nieżyczliwie z talerza. Jako że obecni byli wszyscy konsumujący wczoraj tequilę sunrise, do obiadu jak jeden mąż zamówiliśmy piwo. Na deser był sernik na zimno, zrobiony z półtora kilograma ODTŁUSZCZONEGO twarogu oraz ośmiu tabliczek czekolady i litra śmietany, po którym jak jeden mąż zamówiliśmy zaparzony rumianek.

No i tak to. A teraz trawię sobie jak jakiś waleń, a w umyśle mam miłą pustkę.

Nie na długo, jak mniemam.

PS A to zaopatrzona w oczy paella, według mnie dobra była, ale ja się nie znam. Helena się w każdym razie powstrzymała od komentarzy.

Reklamy

Komentarze 3 so far »

  1. 1

    synafia said,

    Z łapami i oczami?!

  2. 2

    Mariposanegra said,

    No. Z całym pancerzem właściwie, ten się odskubywało, a łapy z nim, a oczy to już razem z łepkiem, nie trzeba było wyłupiać. Ciekawe doświadczenie.

  3. 3

    synafia said,

    Słabo mi. Za miętka jestem na takie rzeczy ;p


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: