O serniku

Wczoraj urodziny świętował Hans, a ja, z elementarnej przyzwoitości, bo Helena zaczynała już powoli tracić do nas cierpliwość, postanowiłam zrobić sernik. (W tym kraju panuje mianowicie miły zwyczaj, że jak się ma urodziny, to przygotowanie ciasta ze świeczkami jest świętym obowiązkiem przyjaciół solenizanta, a jak się ma szczęście, tak jak ja, to w sprawie własnej imprezy urodzinowej można nie kiwnąć nawet palcem w bucie.)

Pełna zapału, w pierwszej kolejności zainterpelowałam siostrę w kwestii przepisu. Siostra przepis miała, bardzo dobry, dokonałam więc stosownych zakupów, ochoczo zabrałam się do roboty, wszystko mi wyszło, nic się nie zważyło, piana się ubiła, w ekstazie nie uwzględniłam tylko jednego drobnego faktu, a mianowicie, że moja siostra ten sernik robi w sporej prostokątnej blasze, a ja dysponowałam jedynie tortownicą o średnicy 24 centymetry. Napełniłam więc ową szczodrze i prawie po brzegi, nie myśląc przy tym NIC, ciasta zostało mi jeszcze sporo, akurat na malutką foremkę nie wiem do czego, która była już bardzo bardzo pełna, beztrosko wstawiłam obie do piekarnika, i bardzo zadowolona z siebie, usiadłam sobie przed kompem. Kiedy po jakiejś półgodzinie podniosłam znad niego oczy, doznałam niejasnego wrażenia, że w kuchni jest jakby szarawo. Kiedy przy zbliżeniu się do piekarnika zaczęły mnie szczypać oczy, wrażenie było faktem. Cholerny sernik wyciekał górą z małej foremki, z dużej natomiast, z kolei dołem, kapało masełko użyte przeze mnie do produkcji spodu z ciastek. Nie wiem co dymiło bardziej, powiem tylko że dymiło jak szatan, siwe kłęby wypełniały już całe mieszkanie, a ja całkiem nie wiedziałam co zrobić, otworzyć piekarnik się bałam, bo przecież SERNIK OPADA!!! Pootwierałam więc wszystkie okna na oścież, prawie mi wybiło szybę w jednych drzwiach, a sama uplasowałam się na klęczkach przed piekarnikiem, mrugając nerwowo przez dym. W głowie miałam jedną tylko myśl: JAK TEN SERNIK BĘDZIE SMAKOWAŁ PO GODZINNYM WĘDZENIU W GRYZĄCYM DYMIE. W końcu z determinacją otworzyłam drzwiczki, ryzykując opadnięcie, wydrapałam łopatką zwęglone to, co wypłynęło z obu foremek i zastanowiłam się co teraz. Sernik był poza tym podejrzanie ciemny z wierzchu i całkowicie surowy w środku.

Z ciężkim sercem, nie zwracając uwagi na tłuste plamy na koszulce i wklejony we włosy maślano-ciastkowy spód, włożyłam buty i udałam się po drugi twaróg, w celu upieczenia drugiego sernika. Musiał mnie tego dnia prześladować PRAWDZIWY brak rozumu, bo w celu poprawienia jego walorów smakowych, do tego drugiego postanowiłam dodać brzoskwinie. Ciasta zrobiłam połowę, pożyczyłam od sąsiadki drugą tortownicę, dodałam przeklęte brzoskwinie, popatrzyłam sceptycznie na czarnawy sernik w piekarniku, pokłułam go drewienkiem i zdecydowałam że chujtam, wyjmuję. Potem wyskrobałam porządnie spalone resztki z dna, wstawiłam drugi sernik, poinformowałam Helenę i Yarę że się spóźnię, co nie było aż tak strasznie dramatyczne, Hansa urodziny są bowiem dzisiaj i sernik był potrzebny dopiero o północy. Kiedy po prawie godzinie dziuknęłam drewienkiem w sernik dwa, znowu podejrzanie ciemny z góry, i drewienko było nie tylko obklejone sernikiem, ale również ledwo ciepłe, zaczęłam się NIECO NIEPOKOIĆ. Zapytana o radę Helena zdradziła mi genialny patent, który niniejszym podaję dalej, a mianowicie, jak ciasto robi się za ciemne z wierzchu, ale z racji surowości w środku musi się jeszcze popiec, wystarczy przykryć je gazetą.

Godzina była już piętnaście po ósmej, zostawiłam więc przykryty gazetą sernik dwa w piekarniku i poszłam pod prysznic, a potem, przyodziana w kieckę i obcasy, DO DZIEWIĄTEJ klęczałam przed piekarnikiem i dziubałam cholerstwo patykiem, przeklinając siebie za bezdennie głupi pomysł z brzoskwiniami. W międzyczasie sernik jeden zaczął nawet nie najgorzej wyglądać, jakby mniej czarno, i wbrew obawom nie śmierdział wcale dymem, zdecydowałam się więc zabrać oba. Za piętnaście dziesiąta przemycałam z Heleną serniki do pokoju Yary, tak żeby Hans nie widział. O północy serniki wyjechały na stół, a ja kroiłam je z bijącym sercem, modląc się żeby sernik dwa okazał się sernikiem, a nie budyniem. Za piętnaście pierwsza po sernikach nie było śladu ni popiołu.

A potem do piątej siedzieliśmy w knajpie i dzisiaj mam adekwatnego do spożycia kaca.

    A oto ja i solenizant.

… oraz Helena i spożycie

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: