Archive for Wrzesień, 2011

O apartamencie przy plaży, paznokciach i burgundzie

Weekend w Belgii, mimo mojego haniebnego braku wiary weń, nabiera realnych kształtów. Zarezerwowaliśmy nawet apartament przy plaży (wprawdzie poziom luksusu w apartamencie jest taki że trzeba zabrać ze sobą nawet PAPIER TOALETOWY, ale cena jest wprost proporcjonalna do wyżej wymienionego luksusu, miasteczko oddalone tylko o 2,5 godziny pociągiem, i jak by nie patrzeć APARTAMENT PRZY PLAŻY to APARTAMENT PRZY PLAŻY, co nie?) i jestem dość zdenerwowana, bo pierwszy raz będę się kąpać w październiku. (A będę! Muszę tylko coś wymyślić w kwestii plażowego odzienia, gacie od ulubionego kostiumu zostawiłam bowiem beztrosko w Polsce, nie przewidując dalszych okazji do użycia go w tym roku.)

Wczoraj natomiast po raz pierwszy w życiu poszłam zrobić sobie paznokcie i jeszcze nie doszłam do siebie po tym przeżyciu. Genialne! Nie wiem dlaczego wcześniej na to nie wpadłam. Teraz tylko siedzę i wpatruję się we własne dłonie.

Poza tym to niewątpliwie pójdę do piekła, ale zamówiłam skórzaną spódniczkę w kolorze burgunda, bo była bardzo przyjemnie przeceniona, a burgund to kolor tej jesieni, wiedzieliście? Ja do niedawna nie wiedziałam, ale teraz już wiem. Tyl-ko bur-gund. (W październiku NIC nie kupię, słowo harcerza)

No i tak to. Biegać chyba pójdę, bo mnie jakby nosi.

 

 

3 komentarze »

O niczym

Jest północ, a ja wróciłam do domu. Znowu po pożegnaniu. (Bo nadeszła pora pożegnań, wielkorotnych, to było drugie i CHYBA ostatnie. Ale teraz będziemy miały kogo odwiedzać w Hamburgu.)

I cała jestem nastawiona rewolucyjnie, znaczy że ŻADYCH esemesów już nie piszę, ale nie czarujmy się, wytrzymam pewnie najwyżej do czwartku.

A poza tym to nadeszło lato, trochę to trwało, ale lepiej późno niż wcale, i na weekend z Hansem i Heleną mamy plan żeby jechać do Belgii na plażę.

Co do prochowca, to mam słabe fotki z komórki i jeszcze nie wiem czy Wam dać. Na ten moment, to chyba spać pójdę.

EDIT: Nieco impresjonistyczna fotka prochowca:

EDIT2: Wytrzymałam do dziś o 8.50. Brawa.

 

2 komentarze »

O wielkim dniu

Dzisiaj jest wielki dzień.

Po półtorarocznym nieufnym krążeniu wokół tematu jak pies wkoło jeża, zakupiłam sobie w końcu PROCHOWIEC. Dokładnie taki sam jak ten, który na zdjęciu z 1 maja 1978 roku, kiedy ja sama znajdowałam się jeszcze w mojej mamusi, ma na sobie mój tatuś. Cudowny! I ku własnemu zaskoczeniu nie wyglądam w nim wcale jak porucznik Colombo! (Tak sobie przynajmniej wmawiam.)

(I od razu ubrudziłam jedną połę popiołem, ale puściło.)

Poza tym to smutno mi dziś trochę. Rano byłam biegać i było mi bardzo wesoło, ale jakoś szybko mi przeszło.

2 komentarze »

O weekendzie wśród winnic

Dzisiaj tytuł romantyczny.

Victoria Be zabrała mnie była na weekend do swoich rodziców. Okoliczności przyrody były dość romantyczne (stąd tytuł): figi w ogrodzie jedzone prosto z drzewa, widok na Ren, spacery przez porośnięte winogronami nadreńskie zbocza, PRZEPYSZNE prosecco z sąsiedniej winnicy i słońce jak w środku lata. W obliczu owego słońca i temperatury jak na Majorce, Viki po dotarciu na miejsce postanowiła zmienić obuwie, co okazało się raczej trudne do wykonania, oba zabrane buty okazały się być bowiem lewe. (Proszę bardzo – jeszcze jeden powód do niekupowania praktycznych czarnych czółenek, one wszystkie wyglądają tak samo!) Obuwia więc nie zmieniła.

Wieczorem pomalowałyśmy sobie paznokcie tym samym pomarańczowym lakierem i pojechaliśmy na pizzę do takiej jednej knajpy, w której wszyscy mówili po włosku (do mnie też), na przywitanie i pożegnanie dawało się wszystkim po dwa buziaczki (ja też musiałam), a serwował kelner o imieniu Winczenco, którego mamusia Victorii uparcie i bez przerwy nazywała Dżiuzeppe.

Poza tym to po raz pierwszy jechałam promem, a wysiadłyszy z auta, rozejrzałam się dookoła i spytałam ufnie: A te samochody się nie pokulają..? Na co Viki pogłaskała mnie uspokajająco po ramieniu i odparła łagodnie: Nie, Anusiu, w tym celu zaciąga się hamulec ręczny…

Wróciłyśmy obładowane pysznym winem, włoską kiełbasą, zawierającą w sobie koper włoski, pomidorami z ogrodu i orzechami z drzewa. I przez cały weekend ani razu nie dokuczyła mi paranoja, chociaż nie powiem, raz jakby podniosła łepek.

Ren i zbocza z winem

Ogród. Za nami drzewo figowe oraz kaki.

2 komentarze »

O domu wariatów

Poszłam dziś biegać, bo normalnie dom wariatów.

Wczoraj na przykład rano tłumaczyłam z angielskiego na polski („-Hmmm, nie mam tego po niemiecku, ale z angielskiego też tłumaczysz bez problemu, nie?” Spoko, bez ŻADNEGO, bo fakt, że angielskiego się nigdy nie uczyłam, to chyba nie PROBLEM????), konsultując dla pewności wersję rosyjską, a wieczorem tłukłam z Heleną niemieckie zdania wielokrotnie złożone, które należało przekształcić nie zmieniając ich sensu. Dziewięćdziesiąt osiem sztuk. I niewątpliwie muszę być zboczona, ale mnie osobiście to przekształcanie sprawiło dużo żywej radości, trochę jak krzyżówki. Helenie niestety sprawiło nieco mniej.

Viki natomiast wczoraj wypiła sama flaszkę prosecco, bo jej rozpacz rośnie.

Moja chwilowo nie rośnie, bo nie ma kiedy, ale flaszką prosecco bym nie pogardziła.

2 komentarze »

O tym że ach, co to był za weekend

Weekend był doskonały, udało mi się nie wytrzeźwieć trwale aż do chwili obecnej.

W piątek było fajnie, siedzieliśmy sobie w restauracji mieszczącej się w miłych kazamatach, gdzie kelnerzy gadali do nas po włosku, a my do nich po hiszpańsku, a ja przy podawaniu wina okazałam elementarny brak kindersztuby i nie pojęłam, że to ja mam spróbować i zaakceptować, i on nagle, już przy tym winie, powiedział wolno i w zadumie: Wiesz, myślałem o tym filmie co to mówiłaś że go chciałaś ze mną obejrzeć… A ja na to, żywiutko i zgodnie z prawdą: Możemy dzisiaj, mam go przy sobie! Na co on z kolei wytrzeszczył na mnie oczy, jacy ci faceci są niepojętni to naprawdę, przecież logiczne, że film miałam przy sobie tylko dlatego, że diwidi w plastikowym pudełku doskonale usztywniało mi dość wiotką torebkę z pytona.

W sobotę była część pierwsza pożegnania znajomej Hiszpanki, która dostała pracę w Norymberdze, wszyscy cisnęliśmy się w okropnie wąskim barze, a tequila sunrise przy zamówieniu trzech na raz, kosztowała 2 euro. To zamawialiśmy te trójki aż miło, i po dość krótkim czasie przestałam lubić tequilę sunrise. A potem przestałam lubić whisky z tonikiem… Potem poszliśmy jeszcze tańczyć, a pomarańczowe szpilki po raz drugi dały się omamić psychologicznym trikiem z płaskimi butami w torebce. Znaczy dały się omamić połowicznie, bo jednak co parę piosenek musiałam siadać i odpoczywać, ale jakby nie patrzeć wytrzymałam 7 godzin bez przerwy na 10 centymetrach bez platformy i z tą tequilą sunrise, i wytrzymałam bez jednego pęcherza.

A dzisiaj w ramach drugiej części pożegnania w programie był obiad w Hiszpańskim Stowarzyszeniu Kulturalnym, które mieściło się w okropnie zapuszczonym podwórzu, wyglądającym jak zaplecze warsztatu samochodowego, ale w środku było prawdziwą hiszpańską enklawą. Najedliśmy się jak za przeproszeniem świnie, wszystko było prawdziwie hiszpańskie, świeżutkie, morskie stwory wkraczały na stół jeszcze skwiercząc w oliwie, a ja z wdzięcznością przyjęłam lekcję jedzenia gambas nieobranych, z łapami i oczami, patrzącymi na mnie dość nieżyczliwie z talerza. Jako że obecni byli wszyscy konsumujący wczoraj tequilę sunrise, do obiadu jak jeden mąż zamówiliśmy piwo. Na deser był sernik na zimno, zrobiony z półtora kilograma ODTŁUSZCZONEGO twarogu oraz ośmiu tabliczek czekolady i litra śmietany, po którym jak jeden mąż zamówiliśmy zaparzony rumianek.

No i tak to. A teraz trawię sobie jak jakiś waleń, a w umyśle mam miłą pustkę.

Nie na długo, jak mniemam.

PS A to zaopatrzona w oczy paella, według mnie dobra była, ale ja się nie znam. Helena się w każdym razie powstrzymała od komentarzy.

3 komentarze »

O zmartwieniu

A dzisiaj, spożywszy gofra z bitą śmietaną i sosem czekoladowym, po którym świat był tak samo do dupy jak wcześniej, a jedyna różnica polegała na tym, że zrobiło mi się lekko niedobrze, oraz dwóch tostów z serem brie, na którym ser brie był warstwą grubszą niż tost (jako antidotum na przesłodzenie), martwię się z całej siły.

Głupia jestem jak próchno.

4 komentarze »