O zamszu i dobrych uczynkach

Po wczorajszej imprezie pod gołym niebiem i załatwieniu na perłowo moich pięknych zamszowych koturnów woźnej (czy Wy sobie wyobrażacie te zielone smugi z trawy na jasnoszarym zamszu…? O, moje biedne serce….!) czułam się dzisiaj bardzo średnio, ale spoźyłam sobie zupkę chińską o smaku krewetki i od razu nabrałam nieco wigoru.

W tym tygodniu popełniłam dobre uczynki, sztuk dwie, co zwróciło mi się prawie złamaniem trzech palców u prawej ręki, dobre uczynki polegały bowiem na potowarzyszeniu opętanej panicznym strachem Yary do dentysty, w celu trzymać ją za rękę. A raz to nawet musiałam chwycić w locie jej drugą rękę, bo w przeciwnym wypadku dentysta jak nic zarobiłby w ucho.

Z rekomendacji tego od jednego kierunku ruchu zaczęłam oglądać Damages i widzę wyraźnie, że to całkiem nie na moje nerwy – Glenn Close jest zupełnie jak ta od diabła co nosi pradę, a ta druga daje sobą manipulować z podziwu godną naiwnością. Jeśli chodzi o ogólny sens natomiast, to nie rozumiem nic a nic, a na każdy kolejny odcinek gapię się wybałuszonymi oczami jak ta tabaka w rogu, z nadzieją, że może coś się w końcu wyjaśni. Nie wyjaśnia się jednak nic, a nawet wręcz przeciwnie.

 

 

Reklamy

1 Response so far »

  1. 1

    aselniczka said,

    O, to ja tak miałam po Deadwood. Po pierwszym odcinku drugiej serii zrezygnowałam na dobre ;]


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: