Archive for Sierpień, 2011

O paranoi, niewątpliwie

Znowu myślę, a to, jak wiadomo, jest dla mnie wysoce szkodliwe.

Helena mówi, że powinnam dać mu votum zaufania.

Może i powinnam, ale ja wyskakuję z nerw za każdym razem gdy się spotykamy, robiąc makijaż mało sobie oka nie wydłubuję maskarą czy innym pędzlem, tak mi się ręce trzęsą, a zanim w ogóle do jakiegokolwiek spotkania dojdzie, zatrzymuje mi się akcja serca i migotają przedsionki na dźwięk od niego esemesa. A w drodze, poszczękując lekko zębami, powtarzam sobie już i tak wykuty na pamięć tekst krótkiej przemowy, ktorą wygłoszę, kiedy on mi powie, że nie chce mnie więcej widzieć. BO ZA KAŻDYM RAZEM, ALE TO KAŻDYM, MYŚLĘ ŻE SPOTYKAMY SIĘ WŁAŚNIE DLATEGO. Kiedy już udaje mi się nieco (powtarzam, NIECO) odprężyć i pozwalam sobie na wysłanie esemesa jemu, z wlasnej inicjatywy, akcja serca zatrzymuje mi się w oczekiwaniu na odpowiedź. A dziś, kiedy nie odpisywał przez ponad godzinę na moje luźne zapytanie czy idziemy dziś do kina, (bo taki był wstępny plan ustalony w niedzielę, tak całkiem sama z siebie w życiu bym się na tak zuchwały czyn nie odważyła), byłam już O KROK, dosłownie o TYLE, tyci tyci, od wysłania mu kolejnej wiadomości, tym razem o treści: JAK TYLE MYŚLISZ JAK TU MI ODMÓWIĆ, TO KURDE PRZESTAŃ I PO PROSTU ZRÓB TO, PACANIE JEDEN!!! BO NIE PROPONUJĘ CI TU MAŁŻEŃSTWA TYLKO GŁUPIE KINO!!!! Tyle że po hiszpańsku. Całe szczęście, że akurat właśnie wtedy nadeszła jego odpowiedź, że moją wiadomość dostał dopiero teraz, a do tego jest ona niekompletna. (Oczywiście, wiem, że mój telefon lubi nie dostarczać w całości wiadomości dłuższych niż te 160 znaków przypadających na jednego esemesa…)

I tak w kółko Macieju.

Nie wiem, jak pozbyć się nieufności, a co gorsza, nie wiem czy CHCĘ się jej pozbywać, bo wolę być przygotowana na cios, mnie się na te plewy już nie nabierze, raz zrobił w tył zwrot, to dlaczego niby nie drugi raz? Więc przygotowana chcę być, mówię, zwarte poślady, ale z drugiej strony, niedługo zacznę się bać własnego cienia i mieć nadzieję, że chociaż pozwolą mi wybrać kołnierzyk u kaftana bezpieczeństwa.

6 komentarzy »

O serialach i jesieni

Obejrzałam wczoraj ciurkiem 4 odcinki Ally. Z niesmakiem. Że co?? John Cage się zmył na dobre i Ally zostaje partnerem? Richard z kompletnego głupka, który nie wie co to konstytucja, przeobraża się ni z gruszki niz z pietruszki w prawdziwego adwokata? Doskonały w każdym calu hydraulik zostaje odrzucony ze względu na różnice klasowe? Ling okazuje uczucia?? Że nie wspomnę o owej CÓRCE, która z kolei okazuje się istnym potworem. Eeeeee… NO JA NIE WIEM. Nie idę w ślady Johna i nie zmywam się na dobre WYŁĄCZNIE Z SENTYMENTU. Oraz dlatego że trzeci sezon Damages, który myślałam że będę męczyć miesiącami ze względu na ten angielski, obejrzał mi się w mgnieniu oka i do końca zostało mi tylko pół ostatniego odcinka, które sobie odkładam na później.

Poza tym, to jesień się zbliża nieuchronnie, poznaję po kącie wpadania światła przez moje okno, ale tak sobie jakoś ostatnio myślę że wrzesień to jest mój miesiąc, może dlatego że się w nim urodziłam. (Oraz widziałam fantastyczny turkusowy jesienny płaszczyk.)

Ale na bluzkę bez pleców to już nie ma szans.

2 komentarze »

O cudzie z kolczykami

Znalazłam wczoraj najcenniejszą posiadaną sztukę biżuterii, a mianowicie malutkie subtelne kolczyki z białego złota, które podarowała mi swego czasu w prezencie pożegnalnym moja polska szefowa, i które były zaginione przez co namniej 4 lata. Jak nie dłużej. I faktu owego cudownego odnalezienia nie rozumiem wcale, bo po pierwsze wcale ich nie szukałam, ba, nie szukałam nawet niczego innego! Po prostu stałam przed półką z książkami i nagle zobaczyłam kolczyk w luce po jednej wyjętej książce. Książki nie wyjęłam wczoraj, ale też na pewno nie cztery lata temu, przed półką stałam częściej w ciągu tych czterech lat i NIC TAM NIE BYŁO, więc jak kolczyki się w luce NAGLE  znalazły, pojęcia nie mam, więc faktem jest, że znalały się przez zwyczjny cud i koniec.

W temacie jednego kierunku ruchu oznajmiam, że nie wiem jak długo się tak da. Przed urlopem jechaliśmy wyrażnie do przodu i nawet nabrałam nieśmiałej nadziei, że może katastrofy nie będzie, ale teraz wrzucony wsteczny jest faktem równie bezsprzecznym jak cud z kolczykami.

Idę do pracy, praca jest najlepsza nie tylko na kaca, ale też na wszystko inne.

2 komentarze »

O desce klozetowej

Powiem Wam że w piątek to normalnie szłam do pracy ze śpiewem na ustach, tak się cieszyłam, że jestem z powrotem, dojechałam, a fatalna podróż majestatycznie przeszła do kategorii anekdot do opowiadania, że nijak nie mogłam uwierzyć że jest piątek, dla mnie bowiem był poniedziałek. Dla zainaugurowania mojego powrotu strzeliłyśmy wczoraj u Viki korkiem od prosecco, w charakterze zagrychy wystąpiły duże czerwone śliwki, a potem wpadł Mauricio z nowym Kostarykańczykiem o imieniu rodem z najbardziej rasowej wenezuelskiej telenoweli (nazywał się mianowicie Luis Carlos) i, tak jak onedgaj Kenny Karate w dniu swojego przybycia do Aachen montował u Viki tak zwaną DISCO KUGEL (zabijcie mnie, nie wiem jak się mówi po polsku na Disco Kugel – KULA DYSKOTEKOWA??), tak na owego Luisa Carlosa zaledwie pięć dni po przybyciu padło montowanie… deski klozetowej. Zaiste pyszny musiał być to widok, jak stałyśmy sobie w progu wychodka, ufryzowane i przyodziane wykwintnie, ze smukłymi kieliszkami w wymanikiurowanej dłoni, a Luis Carlos w towarzystwie Mauricia pocił się nad sedesem. A moja głupia siostrzenica się dziwi, że każę tatusiowi, własnemu bądź jej, czyli mojemu szwagrowi, otwierać puszki. Naprawdę, ta dzisiejsza młodzież to już nie wie, że są czynności, których kobieta wykonywać NIE POWINNA.

A poza tym to wszyscy się dziwią że byłam w POLSCE i wróciłam OPALONA. Ha! A ja mówiłam że jadę do Polski latem, TO NIBY JAKA MIAŁAM WRÓCIĆ???

Leave a comment »

O tym jak nie poleciałam

No powiedzcie gdzie tu sprawiedliwość dziejowa – jestem pewna że mnóstwo ludzi lata częściej niż ja, a jadnak wszelkie możliwe kataklizmy dotykają ZAWSZE MNIE. Jeszcze ten wulkan to rozumiem – porządny uczciwy wulkan, ziejący pyłem, rzecz jasna wulkanicznym, paraliżujący niebo nad całą Europą, i ja, musząca zdążyć na własny występ w teatrze, zalana łzami na lotnisku w Gdańsku, między jednym a drugim siąknięciem udzielająca wywiadu dla tefałen – to się nazywa rzetelna katastrofa, po odpracowaniu której powinno się mieć spokój na długi czas.

A tu nie.

Przez jedną głupią burzę, po której zresztą już za godzinę nie było nawet śladu, samolot podobno nie mógł lądować w Bydgoszczy, pokrążył godzinę (AKURAT!) nad lotniskiem, po czym, nie mogąc dłużej utrzymywać się w powietrzu (AKURAT!) zawrócił i wziął wylądował w Berlinie. A w Bydgoszczy zostali odłogiem pechowcy, którzy zamierzali nim wrócić do Niemiec. W tym ja, już rozpoczynająca w myślach śmiałą analizę socjologiczną czekających na lotniskach Polek i sformułowałam sobie akurat dwa pierwsze punkty, a mianowicie że a) z niezrozumiałych dla mnie powodów znakomita większość właśnie półtoragodzinny lot bardzo ŚREDNIO LUKSUSOWYM aeroplanem uznaje za doskonałą okazję do włożenia najwyższych szpilek, najkrótszych szortów, najbardziej ociekającej glamurem góry i najbardziej wyszukaniej koafiury oraz b) że ta sama większość idiotyczne wymagania obsługi, takie jak zdjęcie paska, lub, o zgrozo, butów, że nie wspomnę o egzekwowaniu wszędzie jasno i wyraźnie wyłuszczanych limitów bagażowych uważa za osobisty afront i powód do śmiertelnej obrazy, kiedy nie zdążyłam dojść już do punktu trzeciego, bo głośnik wychrypiał informację że mój lot został anulowany ze względu na niekorzystne warunki atmosferyczne.

Pandemonium po zeszłorocznym wulkanie było niczym w porównaniu z tym, które zapanowało pięć minut po owym komunikacie. Ludność biegała w kółko jak oszlała, głównie wyszarpując z torebek komórki i robiąc z nich natychmiastowy użytek oraz szarpiąc za poły nielicznych pracowników lotniska. Ja sama, pomna wulkanu, spróbowałam się nieco opanować i zastanowić, bo tym razem wprawdzie nie miałam występu w teatrze, oraz nie była to dziesiąta wieczorem, a trzynasta trzydzieści, ale jednak jakoś wrócić musiałam. Najpierw spróbowałam ustawić się w kolejce do informacji, co okazało się beznadziejne, gdyż duch przeszłości i minionego ustroju w narodzie nie zaginął i kolejka zamiast w tył, w szaleńczym tempie rozrastała się na boki, a ja tkwiłam wciąż w tym samym miejscu. Jakąś korzyść jednak z innego aspektu tego nieśmiertelnego ducha odniosłam, bo bardzo szybko dowiedziałam się, że przebukowanie bądź zwracanie kosztów lotu odbywa się na pierwszym piętrze. Tam było już nieco lepiej, do biura wchodziło się bowiem pojedynczo, a szaleństwo w oczach wszystkim już jakby trochę zbladło. Postałam sobie więc w tym ogonku ponad dwie godziny, pokonwersowałam ze współtowarzyszami niedoli, popracowałam umysłem, i kiedy nadeszła moja kolej, to już wchodząc do biura wiedziałam, że jeśli uprę się lecieć, to mogę, proszę bardzo, ale nie wcześniej niż czwartego września, oraz że w autokarze odjeżdżającym o 18.45 tego samego dnia jest jeszcze jedno, ostatnie wolne miejsce…

Reszta dnia, po wydostaniu się z ogonka i opuszczeniu lotniska, upłynęła mi miło i przyjemnie na dworcu pekaes, gdzie zajmowałam się głównie ściskaniem w garści biletu na autokar, oraz nerwowym poszczękiwaniem zębami, do innych zajęć bowiem jakoś nie byłam zdolna. I nie powiem, w pewnym momencie myśl o wybuchnięciu żałosnym płaczem wydała mi się nawet dość pociągająca.

Autokar przyjechał spóźniony o 45 minut, podczas których mało trupem nie padłam.

Dojechałam dzisiaj o trzynastej.

Comments (1) »

O tym że lecę

Pakowanie walizki utrudnił mi wczoraj trzeci sezon Damages – po dwóch pierwszych dostałam bowiem iście małpiego rozumu i uparłam się znaleźć trzeci (nie ma na stronce!) i znalazłam, niestety tylko po angielsku, co jednak nie przeszkodziło mi obejrzeć ciurkiem trzech pierwszych odcinków, podczas gdy walizka leżała odłogiem.

Zresztą.

Jako że biorę tylko bagaż podręczny, a po umieszczeniu wszystkich prezentów, dla mnie zostało już tylko niecałe 3 kilo, jadę w jednych butach (którymi są sandały) oraz jednych dżinsach. Nieliczna reszta to nic nie ważące letnie szmatki, czyli pogoda w ogóle nie ma innego wyjścia niż zachować się przyzwoicie. A w ogóle to chyba walizka mi przytyła czy coś, bo za każdym razem jest cięższa – następnym razem będę chyba musiała jechać w jednych gaciach.

Tym optymistycznym akcentem żegnam się do przyszłej środy. Trzymajcie kciuki żebym nie spadła!

EDIT: Wiadomość z ostatniej chwili i z pociągu: jedyne buty, które biorę ze sobą (na nogach) przed chwilą popsułam wkładając. Jako że było już BARDZO PÓŹNO, naprawiłam je doraźnie przy pomocy zszywacza. Na razie trzyma. Bez odbioru.

3 komentarze »

O tym, co dość ciężko zniosłam

W związku z tym, że w polskim internecie zaczynam pomału doznawać wrażenia że KTOŚ tu jednak nie mówi po polsku, bo jak czytam o hejterzeniu czegoś tam, flejmie o czymś tam, albo zagłębiam się w wynurzenia młodych szafiarek, które nie mogły pozostać obojętne widząc jakiś print, bądź jak bardzo wygodnie czują się w tym lub tamtym secie, a black to 90% ich szafy, to jestem całkowicie pewna że w SJP się powyższych wyrażeń nie znajdzie, postanowiłam pójść z duchem czasu, nie pozostawać w tyle i mieć dziś dla Was ten oto komunikat:

Piąty season Ally McBeal sucks.

(Tu możliwe że powinni przestać czytać ci co do piątego nie doszli.)

Jestem tolerancyjna i mogłam znieść fakt, że Ally spotyka i zatrudnia w kancelarii drugą siebie. Dżona Bondżowi w roli hydraulika mogłam znieść nawet bardzo chętnie, a tego śpiewającego w barze chłopaczka nawet jeszcze chętniej. Z żalem, nie powiem, ale zniosłam również zniknięcie większości początkowej obsady.

Ale jak do Ally przyszła JEJ DZIESIĘCIOLETNIA CÓRKA…

Myślę że dość zrozumiałym jest, że to już zniosłam BARDZO CIĘŻKO.

2 komentarze »