Archive for Lipiec, 2011

O drzewie życia i nieumiarkowaniu

No dobra, bez jaj, ten Tree of life to taki na poważnie???? Spędziłam wczoraj dwie godziny i kwadrans w absolutnym osłupieniu, nie wierząc w to co widzę, a dodam że seans był o 17.45, więc teraz proszę sobie wyobrazić ten szaleńczy sprint jaki wykonałam w celu zdążyć na czas, i zdążyłam wyłącznie dlatego że w przypływie rozsądku postanowiłam zrezygnować z obcasów. No i tak: Brad Pitt brzydki. Nie wiem, czy to upływ czasu, czy mu te policzki czymś wypchali, ale holiłudzkiego amanta to ten pan z wczoraj w niczym nie przypominał. Sean Penn za to przystojny, ale mało go. (I starszy od Brada, więc to chyba jednak nie upływ czasu.) Ja ogólnie to miałam dobre chęci, i nic przeciwko poetyckim opowieściom, i szczerze miałam zamiar się wciągnąć w historię tej rodziny, ALE JAK WYSZEDŁ TEN DINOZAUR, to już naprawdę, naprawdę…

OSUNĘŁAM SIĘ W FOTELU.

Ani chybi to mój brak wrażliwości, albo jeszcze skutki czwartkowego przejedzenia – w czwartek bowiem miałam peemesa w ostatnim stadium i zjadłam w pracy dwa gofry z sosem czekoladowym, na obiad górę frytek z majonezem, a wieczorem dwa kopiaste talerze spaghetti z sosami różnorakimi (najlepszy z całego wieczoru był moment, kiedy Stefek roztaczał przed nami wizję oczekującego nas wytwornego menu, owoców morza, bruschetty, boczku z cebulką, wyszukanych przypraw, gaszenia wszystkiego białym winem, a Wisam, przybrawszy rozmarzony wyraz twarzy, przerwał mu w pól słowa i wypalił POWINNIŚMY BYLI URZĄDZIĆ GRILLA!!…). Noc miałam po tej uczcie wielce urozmaiconą, a nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to straszliwy grzech.

Wczoraj, w ramach leczniczej głodówki nie jadłam więc nic i ten dinozaur na pusty żołądek po prostu nie mógł się dobrze skończyć.

A. Na przyszły tydzień zapowiadają TRZY CIEPŁE DNI!

PS Wisama stosunek do czterech talerzy makaronu, wyraźnie widoczny na jego obliczu, był mniej więcej taki sam jak mój.

Reklamy

Leave a comment »

Głównie o sukience

Ja wiem, że ja tylko o jednym, ale ostrzegałam, więc reklamacji nie uwzględnia się. Otóż nabyłam pierwszą w życiu Perfekcyjną Letnią Sukienkę (pierwszą, gdyż, w odróżnieniu od innych czołowych faszionistek internetu, fanką sukienek nie jestem. Może dlatego że odbierają mi pole do popisu i podcinają skrzydła mojej nieokiełznanej fantazji (ahahahahaha) – JEDNA szmata i już jestem ubrana?), naprawdę perfekcyjną, bez ramiączek ale z możliwością wiązania na szyi, w łączkę, łagodnymi falami opływającą moją wiotką kibić… (ekhm), Z PRZECENY. No. I teraz, JAK MI, KURWACHOLERAPSIAKREW, NIE BĘDZIE CHOCIAŻ JEDNEGO PARSZYWEGO DNIA TEGO TAK ZWANEGO LATA, W KTÓRYM BĘDĘ MOGŁA OWĄ WŁOŻYĆ, TO NORMALNIE NIE WIEM.

No nie wiem.

(A poza tym, to chciałam zarekomendować serial na znanej nam tutaj stronce, nazywa się Love bites i jest tak dobry, ale to tak dobry, że śmiałam się jeszcze piętnaście minut po tym, jak pojawiło się znienawidzone YOU HAVE WATCHED 72 MINUTES OF VIDEO TODAY (SO WHAT???))

(PS Czy Wy słyszeliście, żeby touchpad nazywał się po polsku GŁADZIK????)

PS 2 A moje letnie ałtfity wyglądają ostatnio więcej tak:

2 Komentarze »

O tym jak jest

No więc jest chujowo i z pewnością nigdy nie będzie lepiej. NIGDY. Na dworze szesnaście stopni i deszcz, a jutro ma być trzynaście. I też deszcz. Rozważam wyjęcie z szafy botków w leoparda, odłożonych tam CO NAJMNIEJ DO WRZEŚNIA.

Jest szesnasta trzynaście, a ja jeszcze nie zdołałam się ubrać – byłam za to biegać i zlało mnie tak, że śmiało mogłabym robić za miss mokrego podkoszulka. Gdyby ktoś był na ulicy rzecz jasna. (A tak to tylko się widok zmarnował.) A potem z prysznica leciała wyłącznie letnia woda, by szybko przekształcić się w zimną, bojler jest bowiem znowu popsuty. Łazienkę opuściłam więc rozgłośnie szczękając zębami, fioletowa z zimna, otulona w wielki frotowy szlafrok, i teraz grzeję się komputerem na kolanach. A młodzieńczą jędrność skóry, którą niewątpliwie dzięki temu zyskam, MAM CHWILOWO W DUPIE.

W kwestii jednego kierunku ruchu nie mam już nic do powiedzenia.

Pilnie potrzebuję alkoholu.

Albo cudu.

Leave a comment »

O wczorajszym popołudniu

Bardzo mi było ostatnio nijako, ale wczoraj spędziłam popołudnie z Viktorią Be i nijakość odpłynęła w niebyt. Popołudnie zaczęło się oczekiwaniem przeze mnie w jej biurze, podczas gdy ona wklepywała w komputer dane i symultanicznie opowiadała mi o jednym Amerykaninie z delegacji, który od dwóch dni uparcie próbował zaprosić ją na kawę, a ja jednym okiem czytałam gazetę. Punkt kulminacyjny opowieść osiągnęła gdy Viki mówiła No i zwyczajnie się stamtąd ulotniłam i już nie pójdę na górę, on chyba nie przyjdzie do mojego biura… O, czekaj, Britta idzie, po czym wstała od biurka, wystawiła głowę przez drzwi i zobaczyła zgoła nie Brittę, bo najpierw usłyszałam jakby zachłyśnięcie, a potem ożywione Hi Chris! GOOD TO SEE YOU! Jak się wszyscy domyślają, rzeczony Amerykanin miał właśnie na imię Chris i owszem przyszedł do jej biura ponowić propozycję. Na jego nieszczęście w biurze byłam ja, nie mógł więc rozkwitnąć w sztuce flirtu.

Potem poszłyśmy zakupić prosecco (-Jedną flaszkę czy dwie? -Weźmy dwie, NAWET JAK NIE WYPIJEMY, to się przecież nie zepsuje…). No i faktycznie, nie wypiłyśmy, a zepsuć się też nic nie zepsuło, druga flaszka rozbiła się bowiem w drobny mak, kiedy zamaszyście otworzyłam popsute drzwi od lodówki Viki, których popsutość właśnie na tym polegała, że w żadnym razie nie należało ich otwierać zamaszyście. Mimo niewątpliwej tragedii wydało nam się to szalenie zabawne (pierwsze prosecco już wypiłyśmy były) i płacząc ze śmiechu klęczałyśmy potem 10 minut w kałuży z prosecco, wycierając ową papierem toaletowym.

Na koniec odkryłyśmy w czeluściach lodówki zapomnianą napoczętą butelczynę wina i jednak udało nam się nie pójść spać trzeźwymi.

2 Komentarze »

O obawie, przymrozkach i horoskopie

Boję się nieco, bo ostatnio coraz silniej chodzi po mnie moja wstrząsająca bluzka bez pleców, a w programie na bieżący tydzień jest osiemnaście stopni i deszcz. No i trochę nie wiem co czynić, bo po pierwsze pojęcia nie mam, czy zdołam się tak długo opierać, a po drugie nie ma pewności co do tego, co będzie dalej. Może przygruntowe przymrozki? Wyobrażacie sobie, jak głupio ja będę wyglądać w bluzce bez pleców przy przymrozkach? Dobrze, że chociaż chora nie bywam.

A jaki mam horoskop słuchajcie, to żyć nie umierać. Panny spotkają dziś wielką miłość, a pieniądze będą do nich płynąć zewsząd. Nie ma potrzeby, doprawdy, zadowolę się, jak uda mi się napisać wreszcie wstęp do magisterki. Albo nie spowodować żadnej katastrofy cofając na tej drodze z jednym kierunkiem ruchu, którą zwykle idą uczucia.

 

2 Komentarze »

O kacu

A dziś mam średniej wielkości kaca (dawno już nie piłam samego piwa przez cały wieczór, i muszę przyznać że WCALE nie czuję się lepiej niż jak mieszam wszystko co popadnie, więc ogłaszam że cały cyrk o to mieszanie to zwyczajny pic na wodę i fotomontaż. Choć nie wykluczam że ilość wypitego piwa też może nie być bez znaczenia.) więc tylko siedzę na kanapie, użalam się nad sobą oraz melancholijnie pochłaniam pieczywo chrupkie Wasa (z tych zupełnie tekturowych) posmarowane grubo masłem z orzechów ziemnych i cienko powidłami morelowymi.

Ale najbardziej to się jednak użalam nad sobą. I męczę się jak potępieniec.

I tak cały dzień. (A deszcz leje.)

A tak było przed kacem.

(Hans królem drugiego planu)

3 Komentarze »

O szortach (poniekąd)

Więc jeśli chodzi o szorty, to sprawa wygląda tak, że od razu po rozszarpaniu paczki (wczoraj po południu!!!) włożyłam je na tyłek i udałam się na zakupy do spożywczaka, mimo że było 14 stopni i lało, więc możecie sobie wyobrazić. Zostają! (Podobieństwa do bawarskiego chłopa nie stwierdziłam, a nawet jeśli istnieje, to na tyle DALEKIE, że nie rzuca się w oczy.)

Ogólnie wpadłam sobie dzięki nim w szczytową euforię, co wyraziło się zakupem flaszki piwa, euforię, dodam, zupełnie nieuzasadnioną a spowodowaną tak naprawdę zapewne napięciem ostatnich dni, sypianiem po 4-5 godzin na dobę, intensywnym wydzielaniem adrenaliny, oraz osiągnięciem upragnionego stanu pod tytułem RZYGAM JUŻ SOBĄ W TAKIM NASTROJU.

Popijając potem piwo z flaszki zdałam sobie po raz kolejny sprawę, że najbardziej na świecie boli mnie, jak się mnie odrzuca i coś, na czym do tej pory zależało mi łagodnie i bez nacisku, nagle zamienia się w centrum mojego wszechświata i zaczyna mi zależeć wręcz straszliwie, tylko dlatego że to coś mi się odbiera.

A wracając do szortów, obrzydliwa deszczowa pogoda ma się utrzymać przez conajmniej tydzień.

2 Komentarze »