O tym jak przez 3 dni nosiłam w torebce roślinki powszechnie uważane za nielegalne

W Amsterdamie spotkały mnie, oprócz przeszłości, straszny upał w dzień i okropny ziąb wieczorem, oraz permanentna wizja utraty życia pod kołami rowerów bądź na torach tramwajowych. Naprawdę, w żadnym innym miejscu na świecie (no dobra, w Europie, dalej nie byłam) nie bałam się przechodzić przez ulicę, a w Amsterdamie owszem, niezależnie od obecności świateł.

Zaraz pierwszego dnia Kenny Karate wyrządził mi straszną krzywdę. Bo tak – wieczorem zrobiło się potwornie zimno i zapragnęliśmy kurtek, a hotel był oddalony o 25 minut jazdy autobusem, zdecydowaliśmy więc, że po okrycia pojedzie jedno z nas, a reszta zaczeka. No i pojechał Kenny, Enrique i ja zostaliśmy na skwerku, spędziłam najgorszą godzinę z całej wycieczki, a potem Kenny wrócił. I przywiózł mi kurteczkę ze skóry, która była po pierwsze kurteczką wybitnie letnią, bo składała się wyłącznie z warstwy skóry i warstwy płótna, a po drugie była czerwona. A ja miałam na sobie czerwone spodnie. I tym sposobem cały wieczór nie tylko marzłam, ale i żywo przypominałam jednego z Power Rangers (myślę, że bezproblemowo widać którego), podczas gdy na krześle w hotelu spokojnie wisiał sobie mój wełniany, gruby i CZARNY żakiet. Rozrywek zażywaliśmy do późna i zmuszeni byliśmy wracać taksówką, co również nie przeszło ulgowo – najpierw Kenny zrozumiał że kurs będzie kosztował osiemdziesiąt euro, zgodnie wybałuszyliśmy na niego oczy, a taksówkarz z wnętrza krzyczał że osiemnaście. Osiemnaście mogliśmy zaakceptować, zajęliśmy miejsca w ciepłym pojeździe, a po dzesięciu minutach odrętwienia, puknęłam siedzącego obok Enrique w łokieć i wysyczałam mrożącym krew w żyłach szeptem Ty, jesteśmy na autostradzie, czy to aby na pewno dobrze? Enrique otworzył oczy, a Kenny w tym samym momencie ujrzał stadion Ajaksu, który mijaliśmy z pociągu wjeżdżając do miasta, i tym sposobem reszta drogi minęła nam w przerażonym napięciu, a Kenny co dwie minuty klepał taksówkarza w ramię wywrzaskując pytająco PLEIN FOURTEEN-FOURTEEN FIVE???, bo tak nazywał się nasz przystanek. Taksówkarz zachował spokój i anielską cierpliwość, bo pewnie bał się wariatów.

Następnego dnia, który był piątkiem, odbyliśmy wycieczkę z przemiłym hiszpańskim przewodnikiem i dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy, a Enrique się obraził, bo przewodnik był z Barcelony i mówił jak każdy Hiszpan, więc ja go rozumiałam a on nie. Obraza przeszła mu na całe szczęście, potem urządziliśmy grila w parku (chwała niech będzie temu, co wymyślił jednorazowe aluminiowe grile instant!) i spędziliśmy absolutnie perfekcyjne popołudnie. Enrique zjadł bez mała dwadzieścia malutkich kurczęcich udek i utrzymywał potem, że przez wpływ owych roślinek z mojej torebki był pewien, że to ciągle jedno i to samo udko.

W sobotę w południe udaliśmy się do Rotterdamu, zdechliśmy w przerażającym upale dźwigając torby do hotelu (na mapie odległość wydawała się niewarta taksówki), co raczej nie wpłynęlo pozytywnie na nastroje, a konkretnie ja, podczas owej półgodzinnej drogi przez mękę nie odezwałam się ani jednym słowem, co zostało mi wzięte za złe. Po dotarciu do hotelu odżyłam jednak jak feniks z popiołów, i udaliśmy się na poszukiwanie kolejnego parku do grilowania, grile instant sprzedawano bowiem w paczkach po dwa i musieliśmy wykorzystać drugi. Tak więc z Rotterdamu mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że bardzo dokładnie zwiedziłam park. Szczególnie szukając toalety. Po odbyciu identycznej kłótni przy rozpalaniu i ustawianiu grila, jaka miała miejsce w parku w Amsterdamie (odwróciły się tylko role – w Amsterdamie Enrique rozpalał, a Kenny krytykował, w Rotterdamie na odwrót), spędziliśmy następne miłe popołudnie, dyskutując głównie o problemach ekologicznych Chile. A potem uwiłam wianek ze stokrotek.

Po nocy, podczas której wreszcie udało mi się wyspać, wróciliśmy do Amsterdamu i tam, w przeciągu na dworcu głównym odbyłam zasadniczą rozmowę tego powrotu do przeszłości, którą zupełnie nie wiem, jak zakwalifikować. Następnie odbyliśmy wycieczkę stateczkiem po kanałach i trzeba było wracać do domu.   

No i tak to. Fajnie było, ale całkowitą rację ma powiedzenie, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody.

Reklamy

komentarze 2 so far »

  1. 1

    dkt said,

    a ja nigdy nie umiałam wianków pleść. :c

  2. 2

    Mariposanegra said,

    No. Chłopcy też nie mogli wyjść z podziwu jak ja to zrobiłam.


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: