Archive for Czerwiec, 2011

O szkoleniu BHP

Dobra, kończę już z tym fotologiem i obiecuję łaskawie, że w najbliższym czasie mojej facjaty nie będzie.

Będzie natomiast o szkoleniu BHP, które miało miejsce we wtorek. Panował akurat sympatyczny upałek, pot lał się ze wszystkich strumieniami, na froncie stał facet w koszuli z długimi rękawami i ględził o drogach ewakuacyjnych i żeby nie używać windy jak zobaczymy ogień, a w ostatnim rzędzie siedzieliśmy my – przy oknie ja, obok mnie Manu, potem Alice z zaprzyjaźnionego oddziału i Paweł. Ja, z racji randki wypadającej zaraz po szkoleniu (z tym Hiszpanem, ale nie powiem jak mu na imię, bo za sprawą Barbarelli kojarzy mi się teraz z WANNĄ) przyodziana byłam ponętnie, mianowicie we wściekle różowe szorty, które, widzę to wyraźnie, będą godnym letnim odpowiednikiem czerwonych portek. Efekt wywołują dość podobny. Facet gadał akurat żeby nie zastawiać niczym przejścia, bo droga ewakuacyjna, kiedy Manu podniosła w osłupieniu podpieraną łokciami głowę, puknęła mnie z takim impetem, że wychlupnęło mi się nieco koli lajt ze szklanki, i wysyczała oburzonym szeptem: Ty, patrz, ona się maluje!!! ALICE, ty się teraz nie możesz malować!!!! Alice spojrzała na nią z wyżyn swojego metra osiemdziesiąt parę i odrzekła z równym oburzeniem: Odczep się, przecież się nie MALUJĘ, to tylko trochę PUDRU! Dość wiekowa pani z przodu upomniała nas łamanym niemieckim, że powinniśmy słuchać tego z przodu. Paweł uśmiechał się z uprzejmie kamienną twarzą, o ile takie dziwo w ogóle jest w naturze możliwe. Facet opowiadał coś o odległości czegoś tam od ścian. Alice wyciągnęła karminową pomadkę i zaczęła z namaszczeniem malować usta. Manu patrzyła ze zgrozą. Paweł zduszonym szeptem proponował Manu żeby się z nim zamieniła na miejsca, bo on musi się przyjrzeć z bliska moim hotpens. Ja z godnością twierdziłam, że to nie żadne hotpens, tylko zwykłe, uczciwe SZORTY. Tyle że różowe. (No błagam, jak można nie widzieć tak ZNACZĄCEJ różnicy w DŁUGOŚCI.) Szkolenie powoli miało się ku końcowi.

Całe szczęście że NIEKTÓRE RZECZY w człowieku zostają NIEZALEŻNIE OD WIEKU, bo gdyby się z tego wyrastało, to ja naprawdę nie wiem co by było.

Reklamy

Leave a comment »

O niedzieli

W niedzielę po południu oderwałam się na chwilę od Mad Menów i poleciałam na spotkanie z argentyńską imienniczką i  jej bawiącą z wizytą przyjaciółką, również rodem z Argentyny. (W ramach dygresji dodam, że przyjaciółka ma na imię Ángeles, co znaczy Aniołowie, co i tak jest niczym w porównaniu z moją własną przyjaciółką Reyes, która oznacza Królowie. Naprawdę, po hiszpańsku można się nazywać jak komu dusza zapragnie i do tego w liczbie mnogiej.)

W trójkę udałyśmy się na przechadzkę po mieście, przyjaciółka imienniczki była gorsza niż wszyscy japońscy turyści razem wzięci i robiła średnio czterdzieści dwa zdjęcia na minutę, wobec czego bardzo szybko ludzie zaczęli się na nas patrzeć, oraz życzliwie zagajać.

Skąd jesteście?

Z Argentyny.

A… Żyjecie tu czy jesteście z wizytą?

My żyjemy, a ona jest… martwa.

 

[Tu następuje kaskada śmiechu na poczet tego ekstraordynaryjnego dowcipu]


11 Komentarzy »

O tym jak było w Amsterdamie (jeszcze raz)

W końcu udało mi się ściągnąć zdjęcia z Amsterdamu – matko kochana, jaka ja jestem potwornie głupia jeśli chodzi o ściąganie, rozpakowywanie, klęcie, ściąganie programu do rozpakowywania, powtórne rozpakowywanie, tym razem z właściwym programem (…), to naprawdę. Moim zdaniem wszystkie komputery powinny mieć w sobie wszystko, żeby można było zrobić z nimi wszystko. Bez dalszych zabiegów.

Ale spuśćmy zasłonę milczenia na moje wysiłki – w końcu ściągnęłam i nie powiem że mi na ich widok nigdzie nic nie piknęło.

Kennyto i ja w uliczce

O, jak musiałam publicznie kręcić hulahopem nie opowiadałam, prawda?

No comments

Kurde, jak to zdjęcia mogą kłamać.

Enrique rozpala, Kenny krytykuje.

Ostro wyszła tylko trawa

Enrique rozpala, Kenny krytykuje (a ja niezmiennie z puszką Heinekena w garści)

Bye bye, Amsterdam.

Pierwsze zdjęcie z Rotterdamu. Kenny i ja też na nim jesteśmy.

2 Komentarze »

O tym jak zostałam stracona dla świata

Niniejszym informuję iż za sprawą Barbarelli jestem stracona dla świata. Mimo że śmiertelnie boję się oglądania czegokolwiek onlajn. Wlazłam tam przez Arabellę, po czym o Arabelli natychmiast zapomniałam, bo znalazłam się w niebie! Wszystkie sezony Mad Men!!!! Dawkuję sobie, żeby się jak najdłużej rozkoszować.

Barbarello – NIE MA ZA CO.

(Mówię oczywiście o tym)

5 Komentarzy »

O huśtaniu się świata

Dzień dobry moi drodzy, chciałabym pozdrowić Was bardzo serdecznie z pozycji horyzontalnej.

Bo tak: w środę wieczorem nagle majtnęło mną silnie, prawie spadłam z krzesła, i od tego momentu zaczęłam widzieć świat w sposób dość urozmaicony, a mianowicie zaczął on się przed moimi oczami huśtać. Nie pomogło ani ustabilizowanie się na kanapie, ani wypicie litra wody, ani włożenie głowy międzu kolana. Świat dalej huśtał się w najlepsze, a ja wpadałam w coraz większą panikę. Spać poszłam z nadzieją że wszystko minie samo, ale już w nocy, zmieniając pozycję, wyraźnie widziałam czyją matką jest owa nadzieja. W czwartek było święto, głupio mi było jakoś lecieć na pogotowie z huśtającym się światem, zapewniłam sobie więc towarzystwo Heleny i Hansa, i spędziłam z nimi cały dzień oglądając filmy, jedząc pokrojonego arbuza, dając się łapać przy gwałtowniejszych huśtnięciach, przeprowadzać przez ulicę i prowadzić pod rękę ze schodów. Wieczorem, po odrzuceniu propozycji zostania na noc u Heleny, wsadzeniu przez Hansa do autobusu i dotarciu do domu przytrzymując się ścian, huśtanie jakby zmniejszyło natężenie. W nocy ustało prawie całkiem i dziś rano poczłapałam do lekarza w stanie prawie ustalilizowanym, już niepewna, czy w ogóle iść.

I kurde, dobrze że poszłam, bo oprócz pastylek na zaburzenia równowagi, przykazu jedzenia słonego (od razu zaaplikowałam sobie michę popkornu) i spędzania jak największej ilości czasu w pozycji horyzontalnej, dostałam kategoryczny zakaz zbliżania się podczas tego weekendu do własnej pracy magisterskiej!

Leave a comment »

O związku pomiędzy ładowarką a fryzjerem

Jako że o szóstej trzydzieści nie można ode mnie wymagać bym myślała, wychodząc wczoraj z domu (o szóstej trzydzieści, mówię) zostawiłam na stole ładowarkę do Maka. Zwinąwszy uprzednio kabelek i zapakowawszy wyżej wymienioną w specjalnie przeznaczony pokrowiec na ładowarkę. Fakt odkryłam w dramatycznych okolicznościach cztery godziny później, wymamrotałam pod nosem piękną i dość międzynarodową wiązankę oraz wyraziłam opinię (mało pochlebną) o własnej osobie, co wszystko razem rzecz jasna na nic się nie zdało i już około czternastej godziny w obliczu rozladowanego Maka nie miałam co robić.

Siedziałam więc, gapiąc się tępo acz intensywnie na stojący przede mną na półce słownik pisarzy francuskich, rozważając czynienie notatek na karteluchach, gdy nagle, jakby mnie ukąsiła tarantula w część tylną, uplasowaną na krześle, zerwałam się z owego, w trzy minuty spakowałam Maka (bez ładowarki), wrzuciłam kurteczkę i niedokładnie wiedząc co czynię, poleciałam do fryzjera.

(Jakby ktoś chciał się doszukać związku pomiędzy ładowarką a fryzjerem, niech mnie uprzejmie poinformuje, jak do jakiegoś dojdzie, bo ja sama nie widzę, a jestem ciekawa)

Wyszłam bez dwudziestu centymetrów włosów, w lekkiej panice, bo pasma z przodu nie dały się nawet za ucho włożyć, do domu leciałam jak z propelerem, a po wejściu do mieszkania od razu włożyłam łeb pod kran, w ostatniej chwili przypomniawszy sobie o zdjęciu kurtki.

Wyglądam teraz tak że naprawdę, sama nie dałabym sobie więcej niż dwanaście lat.

(No co)

 

2 Komentarze »

O nawrocie choroby

Już był względny spokój.

Ale czy to moja wina, że szefowa zadzwoniła, żebym przyszła trzy kwadranse później, jak już byłam prawie na miejscu??? I że ten sklep z butami, z wielkim napisem SALE na froncie, był tuż przed moim nosem, a GDZIEŚ PRZECIEŻ MUSIAŁAM PRZECZEKAĆ TE TRZY KWADRANSE, A DO TEGO PADAŁO????

Nie, moi drodzy, to zwyczajne przeznaczenie było.

W związku z powyższym, z winy szefowej oraz przeznaczenia, zakupiłam sobie buty wożnej wersja 2.0 vel obuwie ortopedyczne wersja 2.0 i cieszę się w chwili obecnej jak prosię w (nomen omen) deszcz.

Leave a comment »