O bardzo długiej sobotniej nocy

W piątek po południu Hans przyszedł do mnie do pracy, spożył resztkę dzierżonego w dłoni loda Cornetto, zapytał qué tal, w odpowiedzi usłyszał że bien, po czym poinformował mnie, że właśnie są rozbierane hale należące do jego instytutu, przy czym jedna z hal jeszcze stoi, ale jest już pusta, więc on i jego instytutowi koledzy mają taki pomysł, żeby urządzić w owej hali imprezę. Jutro.

Jutro czyli wczoraj o ósmej udałam się do Viki, która była punktem zbiórki,  od progu udzieliłam rundy modowych porad bo Viki (znowu) nie miała w co się ubrać oraz była gruba, potem wpadła Yara prosto z miasta i powiedziała, że przyjdzie później, i wreszcie mogłyśmy klapnąć z winem na balkonie. By dwa kieliszki później stwierdzić, że zniknął kot Kaziu. A jak dziesięć minut później dobił do nas Mauricio, Viki akurat była u góry u Yary sprawdzić czy Kaziu się tam aby nie znajduje, a ja starałam się równoczeście zaglądać do szafy i na szafę. U Yary kota nie było. Na szafie ani w szafie też nie. Z rozwianym włosem i obłędem w oczach nerwowo czołgałyśmy się pod łóżkiem oraz pod kanapą, zajrzałyśmy bez mała do garnków i do kartonu po nowych butach Viki. Bez rezultatu. Kiedy zaczynałyśmy już sobie wyobrażać straszną scenę wybiegającego na ulicę i przejeżdżanego przez samochód Kazia, do akcji włączył się Mauricio i natychmiast znalazł kocura za stojącym przy wejściu do piwnicy materacem. Który to fakt natychmiast wymógł nowego wina dla ukojenia nerwów. (Viki: –Widziałam wczoraj tego twojego kolegę… Jak mu tam? Husejna. Mauricio: –Husejna…? A, Mustafę!)

Na imprezę do hali udaliśmy się więc około godziny dwudziestej trzeciej, dotarłszy na miejsce prawie dostałam w łeb niezidentyfikowanym przedmiotem, pogoda była bowiem tak piękna, że większość imprezowiczów, już na dobrej bani, grała na zewnątrz w piłkę, której w ciemności nie było widać. Hans załatwił nam więcej wina i kieliszki. Yara spotkała swojego współlokatora z roku 2002. Viki obraziła się na organizatorów za niechęć do utworu Sweet child o mine. Mauricio chodził i utrzymywał że nazywa się Fabrizio i pochodzi z Salwadoru. Impreza nabierała rumieńców.

O wpół do trzeciej, zainterpelowany moim telefonem (o wpół do trzeciej) dobił do nas Kenny, po czym zmieniliśmy lokalizację. Wina już nie było, ale piwo owszem. Było już jasno gdy opuszczaliśmy lokal.

A drewniaki mam pod całkowitą kontrolą.

Reklamy

komentarze 2 so far »

  1. 1

    aselniczka said,

    Ej, w Salwadorze nie ma Fabriziów. Ci najwyżej Fabiowie. No chybaże chodzi o ten drugi Salwador. O tym drugim to nie wiem.

  2. 2

    Mariposanegra said,

    Zaiste, chodziło o ten drugi. Ale w obecność Fabriziów też bardzo wątpię, bo wszyscy dziwnie patrzyli.


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: