Red red wine

Normalnie jak do mnie się ostatnio przyczepił czerwony kolor, to coś strasznego, jak rzep jakiś. Albo pijawka może. Z czerwonych rurek ostatnio prawie nie wychodziłam, i pewnie dalej bym nie wyszła, ale wredna Viki (ani chybi ZAZDROŚCI) wyraziła opinię, że w nich śpię, biorę prysznic i inne takie, to wzięłam włożyłam w końcu spódnicę. Czerwoną. I dylemat mam teraz okropny, bo Heleny impreza już w sobotę i bardzo bym chciała czerwoną kieckę, ale do niej w żadnym razie nie mogę włożyć czerwonych butów, chabrowe by pasowały, ale zaniechałam ostatnio rozciągania i mam pewne obawy. Uzasadnione. Alternatywą jest czarna kiecka z imprezy Bonda i czerwone szpilki, ale to tak jakoś trochę… zachowawczo. Niezgodnie z moim rewolucyjnym nastrojem. (Cha cha cha) Co robić, drogi pamiętniczku?

A poza tym to doszłam do definitywnego wniosku że optymizm jest zupełnie nie dla mnie. Jestem pesymistką, zawsze byłam i jako taka umrę. O.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: