Archive for Marzec, 2011

O hinduskiej gościnności

Mój kumpel Kenny, rodem z Chile, został zaproszony na kolację przez swojego kołorkera z Indii. Kolacja była, rzecz jasna, hinduska, a okazją do owej wizyta przybyłych z wizytą teściów rzeczonego kołorkera. Kenny przyodział się wytwornie, zasiadł przy stole w towarzystwie kumpla i teścia kumpla (kobiety nie jadły z mężczyznami, służyły tylko do stołu, a posiliły się dopiero jak mężczyźni skończyli), grzecznie opróżniał wszystkie podsuwane mu bezszelestnie i bezszmerowo talerze, bo zawartość każdego różniła się od poprzedniego, więc nieuprzejmością i fopa byłoby nie jej spróbować, i po jakiejś godzinie takiego wytężonego machania łyżką siedziął tam zionąc ogniem, ciężko dysząc i z wysiłkiem odpinając guziczek od koszuli, a pot perlił mu się na twarzy i obficie spływał wzdłuż karku. Gospodarze przyjrzeli mu się z troską i lekkim zakłopotaniem, wymienili kilka zdań we własnym języku, kobiety zakrzątnęły się w sąsiednim pokoju i po chwili, z uprzejmym uśmiechem postawiły mu, po każdej stronie jeden, DWA WENTYLATORY.

Reklamy

Leave a comment »

Man will survive The harshest conditions And stay alive Through difficult decisions

Mówię Wam, jak czerwone portki działają na poprawę pewności siebie, to naprawdę. Już zwyczajnie idąc ulicą nie można iść jakby się przepraszało że się żyje, nic-z-tych-rze-czy! Odprowadzany (zawistnymi ofkors) spojrzeniami reszty ludzkości, człowiek automatycznie KROCZY i patrzy z góry (niezależnie od wzrostu – WIEM CO MÓWIĘ) na tych co mają na sobie DŻINSY, PHI!

A już w połączeniu z kapeluszem i swetrem z nonszalancko powiewającymi połami, to nie ma wiecieczego wieciegdzie. Normalnie JESTEM KRÓLEM ZAMKU ŚWIATA.

Od dziś: każdemu, komu źle, kto się czuję malutki i nieważny, komu BRUTALNIE SKOPANO EGO – czerwone portki raz! Dostępne bez recepty a każdym sklepie z TRENDAMI.

Rzekłam.

Leave a comment »

Pewnego dnia, pewnego dnia-a-a-a pękło niebo

Siedzę, słucham potwornie smutnego Dżemu, i zastanawiam się czy napisać coś potwornie smutnego, czy raczej szalenie wesołego.

Niesmak odczuwam – historia z Irlandczykiem okazała się – ekskjuz maj frencz – zawracaniem dupy, tudzież pierdoleniem kotka przy pomocy młotka.

Nieco dławi mnie w gardle.

Nie polubię już angielskiego.

No to teraz PUNTO FINAL. A od jutra będę znowu pisała wesołe rzeczy.

Leave a comment »

Festa della Madonna

Viki twierdzi że tak się po włosku określa dobrą imprezę, więc ja jej wierzę. A impreza Heleny była della madonna, bez dwóch zdań (znokautowała mnie na całą niedzielę – nie żeby mnie coś bolało, albo w inny sposób dolegało – ja po prostu nie byłam w stanie się obudzić i wytrzymać w pozycji innej niż horyzontalna dłużej niż kilka minut).

Z księżniczką Heleną (widać moje platynowe włosy)

Z Kennym Karate i Hansem. Na piersi Kennyego próbowałam spać już na imprezie, ale za głośno było.

Poziom prosecco we krwi osiągał wartości krytyczne.

Impreza była imprezą na której każdy musiał mieć coś na głowie. Widać, nie?

Leave a comment »

GRRRRRRRRRRRRRRRRRR

Za chwilę mnie trafi jasny i ognisty szlag (kurwacholerapsiakrew).

Dlaczego w tym GUPIM INTERNECIE nie mogę znaleźć jasno i przejrzyście napisanej informacji o cholernych pracach nad cholernym Słownikiem Historycznym Języka Hiszpańskiego?????? Dlaczego GUPIE KSIĄŻKI podają tylko informacje o stanie rzeczy aktualnym w momencie ich wydania (no dobra, to akurat jest zrozumiałe), a GUPI INTERNET takoż wyłącznie aktualny stan rzeczy, podczas gdy między jednym a drugim leży sobie (odłogiem), bagatela, CZTERDZIEŚCI LAT?????? Czy ja mogę ze spokojnym sumieniem wyjść z założenia że w ciągu tych 40 lat nic się w temacie nie działo??????

Praca naukowa też kuwa nie dla mnie, zaraz pizgnę laptopem o ścianę i skupię sie na karierze kelnerki. ZA NERWOWA JESTEM i WYCHODZĄ MI SŁOWA KLUCZOWE (bokiem).

Leave a comment »

Odyseja włosiana czyli jak zostałam blondynką prawie platynową

W poniedziałek trafił mnie szlag.

SZLAG NA TLE ODROSTU.

Nagle, bez uprzedzenia, ciemny odrost w moich BLOND LOKACH przesłonił mi świat i poczułam, że jeśli nie zamaluję go natychmiast, UMRĘ. Albo coś. Pech chciał, że na fryzjera było już za późno, siedziałam bowiem w bibliotece i był mi on chwilowo całkowicie niedostępny, szlag jednakże nie miał ani zrozumienia dla godzin pracy fryzjerów, ani poczucia czasu. Trzymając rękę na przedziałku, bo gwałtownie zaczęło mi się wydawać, że wszyscy się na mój odrost GAPIĄ, zatrzasnęłam komputer, spakowałam książki i poleciałam do drogerii, po cudowny wynalazek ze szczoteczką, którą całkiem łatwo miałam sobie wykonać DELIKATNE PASEMKA na odroście. Okidoki, to lecimy!

Już przy nakładaniu zaczęłam mieć lekkie obawy. Po czterdziestu minutach nerwowego oglądania się w lustrze zmyłam draństwo, stanęłam przed lustrem, zsunęłam ręcznik z owłosienia i wypowiedziałam pełne zgrozy MATKO JEDYNA MOJA, po czym natychmiast zamknęłam oczy. Po chwili zmusiłam się do ich otwarcia, przyjrzałam górnej części mnie, i czym prędzej zamknęłam z powrotem. Na głowie miałam PLAMY. Żółte, dodam. A możliwe, że nawet lekko pomarańczowe, dokładnie nie pamiętam, bo starałam się podczas suszenia nie otwierać oczu. Wykonałam gigantyczny wysiłek żeby się nie rozpłakać, po omacku poszukałam kapelusza, wcisnęłam go na gupi czerep i poleciałam znowu do drogerii. Tym razem zakupiłam ŁAGODNY PREPARAT W PIANCE, FARBOWANIE TAK ŁATWE JAK MYCIE WŁOSÓW. Wymieszałam, nałożyłam, tym razem na cały łeb, modląc się do wszystkich znanych mi bóstw, żeby choć trochę zniwelował żółte plamy. Po zalecanej półgodzinie efekt był taki, że na pofarbowanych uprzednio odrostach byłam nieco mniej ogniście żółta, a na reszcie niejednolicie blond. Wyglądało to odrobinę lepiej, jako efekt końcowy było jednak absolutnie nieakceptowalne. Optymistycznie uznawszy jednak, że zawsze to lepiej niż ciemny straszący odrost, postanowiłam owiązać sobie chustę w panterę wokół czerepu, a dnia następnego po pracy udać się do fryzjera.

Następnego dnia natomiast u fryzjera usłyszałam, że wszystkie frzyjerki padły ofiarą tajemniczych przypadłości losu, zamiast pięciu pracują dwie, kolejka jak stąd na księżyc, a odnośnie plam będę musiała, niestety, wytrzymać do jutra.

Nie powiem, rozważałam udanie się do Heleny na ciasto w kapeluszu.

W końcu jednak postanowiłam robić dobrą minę do złej gry, mężnie nie związałam włosów, a w celu zmylenia przeciwnika użyłam czerwonej szminki. (I wyobraźcie sobie że podziałało, na pytanie czy coś we mnie rzuca mu się w oczy, Hans odpowiedział Mhhm, está más maquillada*.)

Idąc wczoraj po raz kolejny po pracy do frzyjera, myślałam ponuro CO JA KUWA ZROBIĘ, jak do soboty nie uda mi się zacząć wyglądać jak człowiek.

No i teraz nie wiem – ogólnie wyglądam wprawdzie (chyba) jak człowiek, ale kurde, jak BARDZO JASNOWŁOSY człowiek. Wierzcie mi, jak mówię BARDZO, mam na myśli BARDZO, a platynowo-złoty blask na mojej głowie bije wręcz po oczach.

I teraz tylko mam nadzieję, że do soboty się przynajmniej ja sama do tego widoku przyzwyczaję.

(Ogólnie jeśli chodzi o sobotę, to mam wielkie oczekiwania i pesymistką będąc wiem że się rozczaruję, ale to osobny temat)

*Jest mocniej umalowana

Leave a comment »

I’m glad I spent it with you

Poszliśmy wczoraj do Heleny na urodzinowe ciasto. Ciasta były nawet dwa, dlaczego nie, ale do picia zaproponowano nam WODĘ, KAWĘ, HERBATĘ I SOK, a Viki, słysząc to, prawie się rozpłakała w kącie. Pół godziny później stosunek Hiszpanów do Niehiszpanów wynosił na oko (uwzględniając przede wszystkim natężenie HAŁASU, który dla nich był przyjemną, stonowaną konwersacją) jakieś jeden do trzystu dwudziestu milionów, a niemówiąca po hiszpańsku Viki w zaciszu kąta, nawet nie szepcząc, bo Hiszpanie zagłuszyliby nawet młot pneumatyczny, tudzież nuklearną eksplozję, na zmianę groziła że ona zaraz pójdzie do auta i przyniesie sobie butelkę prosecco, i pytała, ciągnąc mnie za rękaw, czy możemy już iść i napić się tego prosecco u niej. Koło dziesiątej wieczorem, kiedy dzwonek u drzwi zaanuncjował ostatniego gościa, Viki już półleżała w swoim kącie i zrezygnowana, niemrawo kłóciła się z Hansem o randki. Ostatnim spóźnionym gościem okazał się Gonzalo, młodzieniec darzony zarówno przeze mnie jak i przez nią żywą niechęcią, przybrawszy więc odpowiednio nieprzyjemny wyraz twarzy, patrzyłyśmy jak wchodzi do środka, wrzeszczy ogólne HOLA!! przez tłum i… stawia na stole dwie butelki prosecco.

Viki wydała z siebie cichutkie westchnienie.

Kurtyna.

Leave a comment »