El oso panda ha vuelto

Na czczenie Misia Pandy (znanego także jako Joaquín), bawiącego z krótką wizytą pomiędzy podróżą po Japonii i powrotem do madryckiej rzeczywistości, umówiona byłam wczoraj o dwudziestej pierwszej, co jak na środę było godziną dość późną. Pomiędzy przyjściem z pracy i ponownym wyjściem miałam więc czas na wzięcie prysznica, wykonanie makijażu, wyprasowanie dżinsów, dostanie wysypki, parchów i gęsiej skórki na widok imienia Sabriny na fejsbuku, pożałowanie że nie mieszkam w Warszawie, to ostatnie za sprawą z kolei blipa, oraz, w obliczu nieprzerwanie padającego śniegu, podjęcie decyzji o skorzystaniu z usług transportu miejskiego. Potem stałam jak ten kołek na przystanku autobusowym, we wnętrzu bulgotała mi Sabrina, autobus nie przyjeżdżał, osiem razy zastanowiłam się czy by nie wrócić do domu i iść w cholerę albo spać, nogi przymarzały mi do chodnika, zgrabiałymi palcami udało mi się wypukać esemesa że się spóźnię 10 minut, autobus przyjechał, nie można było uruchomić platformy dla wózków inwalidzkich, spóźniłam się pół godziny i kiedy wreszcie dotarłam na miejsce, w duszy szalał mi czynny wulkan.

Jak się okazuje, na wulkany najlepsze jest sushi, które spożywałam widelcem, i japońskie piwo.

I doborowe towarzystwo, tak. W żadnym wypadku nie należy zapominać o towarzystwie.

I jakoś tak mi strasznie melancholijnie ostatnio.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: