All that glamour

Wczoraj wybrałam się z Heleną na imprezę, która była imprezą z mottem Jamesa Bonda. Z tym Bondem był trochę problem, Helena doszła do smutnego wniosku, że niemieckim dzieciom nie pozwala się bawić pistolecikami, bo w sklepach nie było ani jednego, i jak to zwykle bywa, to panowie mieli łatwiej – kilku nawet stanęło na wysokości zadania i przyszło w czarnych garniturach i z muchą, panie natomiast ograniczyły się do maksymalnego wystrojenia, nie wszystkie rzecz jasna, dżinsy i koszulka też się pojawiły, ale umówmy się, tu Niemcy są.

Jeśli chodzi o moją osobę, to z dreszczem rozkoszy postanowiłam wskoczyć w zakupioną w Berlinie kieckę, na widok której dostałam wtedy małpiego rozumu  i którą kupiłam tylko dlatego, że mi się podobała, bez wielkiej nadziei na włożenie jej na siebie kiedykolwiek. Z oddychaniem miałam wprawdzie w niektórych pozycjach niewielkie problemy, wyglądałam bardziej jak Carrie Bradshaw niż jak dziewczyna Bonda, górą wychodziła mi koronka stanika, ale tym ostatnim od razu postanowiłam się nie przejmować, założywszy słusznie że nie stanowiłoby to problemu ani dla Carrie, ani dla dziewczyny Bonda. Na zewnątrz było wprawdzie nie tyle cieplej, ile nieco mniej zimno, ale i tak musiałam przykryć mój glamur dwiema warstwami swetrów i pasującą do reszty jak pięść do nosa parką. Poza tym czułam się nieco głupio wychodząc z domu w takim stroju i z całkowicie nieumalowaną twarzą, makijaż miała mi bowiem zrobić Helena, ale pocieszyłam się że z całymi tymi warstwami odzieży i wystającym spod zgniłozielonej parki tiulem kiecki wyglądam już i tak wystarczająco głupio i twarz wielkiej różnicy nie zrobi..

Makijaż wyszedł Helenie boski – idealnie zatapetowana twarz, wyraźna kreska na powiece, starannie wytuszowane rzęsy i ciemnoczerwona szminka były żywym dowodem, że less is more. Usunięcie swetrów, szalika i kurtki jeszcze żywszym. Już przed drzwiami, w śniegu, zmieniłyśmy jeszcze tylko kozaczki na sandałki na szpilce i glamur zaczął z nas bić jak zorza polarna!

I tak sobie pobił niecałe półtorej godziny, Helena bowiem dolewała sobie szampana w takim tempie, że musiała popić piwem i o godzinie nieco po pierwszej musiałam odziać ją i siebie w porzucone warstwy odzieży, powstrzymać od wyjścia na śnieg w sandałach i poprowadzić wężykiem do domu. Oraz być świadkiem jak szampan w towarzystwie piwa opuszcza jej ciało.

I tak to wyszło na jaw, że do glamuru się nie nadajemy.

PS Przypomniało mi się że mój tatuś zawsze opowiadał mojej mamusi, że on to był ze wszystkich najtrzeźwiejszy i musiał odprowadzić zabalsamowanych w czarnoziem kumpli do domu, i że nikt temu nie dawał wiary. Ja tymczasem pomału zaczynam wierzyć i dochodzę do wniosku, że takie fatum to nawet dziedziczne bywa.

O. A tu Helena mi wlała pół kieliszka szampana za gors:

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: