Archive for Grudzień, 2010

Ale szum, ale tłum

Będę się streszczać, bo w stresie jestem.

Zamierzam włożyć dziś na siebie kieckę, którą zakupiła mi właśnie Viki, omówiwszy ze mną przedtem telefonicznie czy tą aby na pewno mam na myśli, i wyraziwszy głębokie powątpiewanie, czy w coś tak wąskiego wcisnąłby się średnio utuczony wąż, że o mnie nie wspominając. Powiedziałam jej żeby wzięła na wszelki wypadek eM i jestem teraz cała dobrej nadziei.

Poza tym wyżej wymieniona Viki, po omówieniu kwestii kiecki, zakomunikowała mi że jest w złym humorze i smutna, więc niewykluczone że będzie dziś płakać. Ja jej na to, że zalatwione, dziś płaczemy.

Poza tym co.

Sałatkę zrobiłam, bardzo antywampirową i już w chwili obecnej zionę na kilometr czosnkiem od próbowania. Znaczy zionę od próbowania, nie że czosnek był od próbowania.

Do poniedziałku mam ciemno w wychodku, bo żarówka poszła dziś rano, a jak byłam po zakupy w ostatniej chwili, z tego stresu zapominiałam kupić nową.

Życzę Wam i sobie z całego serca, żeby nadchodzący rok nie był przynajmniej gorszy od mijającego.

A Sylwestrów nie cierpię jak zarazy morowej.

Comments (1) »

Du machst auf, da steh ich ohne Kopf vor dir

Noc ciemna, godzina późna, a ja tak nie chcę. Chcę zapomnieć, nie myśleć, nie widzieć i nie wiedzieć. Nie chcę filmów pod czaszką, które mi spać nie dają, myśli, które mi depczą zwoje mózgowe, śmiałych scenariuszy i stu tysięcy okropnych scen na sekundę.

Nie chcę żeby dla mnie był ktoś, dla kogo ja nie jestem.

Nie zgadzam się i już.

I nawet kropla wody na kranie nad umywalką miała przed chwilą postać trupiej czachy, i szczerzyła się ze mnie ta czacha szyderczo. Serio.

Leave a comment »

Co to jest, chodzi po ścianie i szeleści?

Nabyłam sobie sweterek.

Niedrogo, na wyprzedaży.

Sweterek taki niby rozpinany, ale rozpinanie opierało mu się tylko na jednym wielkim guziku, paskudnym z resztą, u samej góry, który to guzik natychmiast po przyjściu do domu opitoliłam, bo mi wizję psuł.

I idę se potem do łazienki, po całym dniu oswajania sweterka, majtam zamaszyście połami, bo ja bardzo lubię jak mi się gdzieś majta, i czuję, że z jednej strony mi jakby ciężej. Rychło w czas. Zaglądam na lewą stronę lewej poły i widzę, że na tej takiej metce gdzie dają że 75% akrylu, 20% wełny i 5% MOHERU i że prać ręcznie w 30 stopniach (pff), wisi mi na plastikowym pałączku foliowy WORECZEK, całkiem pokaźnych rozmiarów, z drugim takim paskudnym guzikiem. I wystaje! Dołem.

Chodziłam tak cały dzień. I nie szeleściłam!

 

Leave a comment »

Dajcie chłopcy ten kagańczyk

Zadowalam się malutkimi szpileczkami. Wbijanymi z dużą precyzją. Tak se wbijam, wbijam, w interakcję wchodzę, osiągając coraz bardziej zaawansowany stopień błyskotliwej złośliwości, niby radośnie kwiczę czytając jego repliki, a gupia wyobraźnia swoje.

Ale nic.

Odczuwam pewien dyskomfort, od tygodnia bowiem nie partycypowałam w żadnym towarzyskim spotkaniu z udziałem alkoholu i papierosów (dobra, tam trochę wina w Wigilię, sięnieliczy), co stoi w oczywistej zależności z faktem, że Viki obecnie bawi u rodziców. Ale jutro, po spóźnieniu się na samolot, zapłaceniu kary, przesunięciu podróży o jeden dzień i stwierdzeniu, że jednak wcale nie ląduje w Kolonii, a we Frankfurcie, przylatuje wreszcie Kenny. Z flaszką pisco w walizce. Również jutro wraca Viki. Z kartonem wina w bagażniku. Ku lepszemu idzie.

Tej zimy zamierzam się lansować w męskim stylu. W powyższym celu zakupiłam sobie płaszcz o męskim kroju oraz również męski kapelusz. Niewykluczone jednak, że noszenie obu tych sztuk odzieży razem nie jest najlepszym pomysłem, uczyniłam to bowiem dzisiaj, gnana prymitywnym popędem natychmiastowego UŻYCIA rzeczy pięknych i nowych, w lustrze przyjrzałam się sobie dość niedokładnie, a może brudne było, i dopiero własne odbicie w szybach wystawowych uświadomiło mi że wyglądam wypisz wymaluj jak Don Corleone. I że to dlatego wszyscy się gapią.

Co mnie właściwie ucieszyło, bo do tego momentu myślałam, że przesadziłam z koloryzującym kremem do twarzy, nieopatrznie zakupionym w kolorze Gold i znowu wyglądam, jakbym wpadła z głową do wiadra z brązową farbą.

A tu nie.

Leave a comment »

Czerwona w sercu udręka

Koniecznie muszę odzyskać zagubiony zen zanim ta dziwka moja wyobraźnia doprowadzi mnie do całkowitej utraty zdrowych zmysłów, a zamiast marynarek i sweterków ze świeżo zainaugurowanych wyprzedaży, ciało me prężne zacznie zdobić gustowne wdzianko zapinane z tyłu.

(Que le den por culo)

 

PS Komu się znudziło nadużywane przeze mnie hiszpańskie que le den por culo, niech się cieszy że nie używam polskiego chuj mu w dupę.

Leave a comment »

Zawsze wiedziałam że ta technika to nie dla mnie

Obarczona ważącą około dwustu kilo książką udałam się dziś do biblioteki w celu kserowania. Powyższa decyzja była wynikiem niezwykle starannej pracy umysłowej, książka była bowiem znakomita, sprowadzona dla mnie z innej biblioteki, do pracy widziałam już że mi się przyda, acz nie w całości, i latanie z nią codziennie do biblioteki i z powrotem średnio mi się uśmiechało. Niezwykle rozsądnie, jak mi się wydawało, postanowiłam więc polecieć raz, skserować co przydatne i dzieło od razu oddać.

Przed biblioteką umówiłam się na obiad z Hansem, który obiecał mi pomóc w kopiowaniu nową cudowną maszyną, specjalną do kserowania książek, podobno usuwającą z kopii nawet trzymające kopiowane dzieło paluchy.

Przy obiedzie Hans kontynuował peany na temat zachwycającej maszyny.

H: I wiesz, i nie musisz potem dźwigać tony papieru…

ja: Nie muszę? A co, ktoś za mnie przydźwiga?

H: Nie, no ale ona przecież nie ma drukarki, skanuje tylko dokument, zamienia go na pdf i zapisuje na pentdrajwie… A co…? Nie mówiłem…? Nie masz przy sobie…? Myślałem, że mówiłem…

 


Cud, że mu nie przywaliłam.

Leave a comment »

Święta?

Święta to były kiedyś.

Jak człowiek czekał cały adwent. Pisał listy do Mikołaja. Podczas nieobecności rodziców przewracał do góry nogami pawlacze, szafki z pościelą i skrzynie od kanapy. Ostrożnie,  ż e b y  n i k t  n i e  z a u w a ż y ł. Śnił, że dostał to co chciał, a potem był rozczarowany, że to tylko sen (do dziś tak mam, cholera, nie znoszę tych złośliwie pięknych snów). W Wigilię rano ubierał choinkę, a potem oglądał kreskówki i obowiązkowy film o wyrośniętym krasnoludku z Wiktorem Zborowskim w roli głównej. I tak straszliwie, potwornie NIE MÓGŁ SIĘ DOCZEKAĆ. I tak się rozkoszował tym oczekiwaniem. Do wigiljnej kolacji zasiadał z burczącym brzuchem, bo przez cały dzień nic nie jadł, ale marudził że nie lubi karpia. I potem wstawał taaaaaaaaaaaaaaaaki najedzony, by za chwilę zwrócić się ku znalezionym pod choinką słodyczom. Oszczędzał te najbardziej ekskluzywne na później i był objektem zazdrości siostry, która swoje zeżarła od razu. Banana jadł przez pół godziny, rozkoszując się każdym kęsem tego egzotycznego rarytasu. A potem prawie było mu szkoda wyrzucić skórkę, bo tak pachniała. Po kolacji leciał do koleżanki z dołu i tam próbował innych niż w domu ciast. I TORTA! U koleżanki z dołu na Wigilię zawsze był tort.

Spać szedł otoczony upragnionymi prezentami. Jeszcze po umyciu zębów wpychał do buzi ostatnią czekoladkę. Zasypiał szczęśliwy i pełny wrażeń.

Eh.

Idę zjeść banana.

4 komentarze »