Irgendwann mal wieder, cz. II

To na czym ja stanęłam? A, na kolacji. Więc kolacja była, deser też, a nawet dwa, jeden przed kolacją… Wszystko dlatego że ten jego pokój taki ciasny był, i wąski, i trzeba się było przeciskać, a przeciskanie się gdy ktoś stoi przy ścianie i powietrze świszczy od napięcia bywa całkiem emocjonującą grą wstępną…

A potem powiedziałam co miałam do powiedzenia, chociaż możliwe że na jego odbiór moich słów wpłynął znacząco fakt, że nie miałam na sobie ubrania, a w oczach lśniła mi czułość.

A jeszcze potem poszłam z Joanem i jego mówiącymi wyłącznie po katalońsku (co zdenerwowałoby mnie nad wyraz gdybym nie była w tak znakomitym humorze) kumplami do dyskoteki o wiele mówiącej nazwie El trauma i powiem Wam, że traumy rzeczywiście doznałam, chociaż niekoniecznie w samej dyskotece.

Następnego ranka na śniadanie był ibuprofen i całe szczęście że byłam już przedtem w Parc Güell, bo z tej wizyty wiele bym nie miała, przeszkadzało mi słońce, brak słońca, bruk, asfalt, fakt, że kawę sprzedają tam taką małą, że góra taka wysoka, a kamienna ławka taka zimna, i ogólnie sama do siebie straciłam cierpliwość. Po południu pojechaliśmy na plażę Barceloneta i wtedy dotarło do mnie z całą jasnością, że całą polkę z małą pianką do włosów mogłam sobie spokojnie podarować, na głowie cały czas miałam rozcapierzoną mierzwę, a wszystko to za sprawą cholernego kasku na motor. W drodze powrotnej zabzyczał mi esemes od Robercika i świat nagle zrobił się mniej okropny, problem z mierzwą natomiast gwałtownie przybrał na znaczeniu. Tego dnia już musiałam wypełnić moją misję i oddać mu przywieziony pakunek, metodą gwałtownej perswazji zmusiłam więc Joana do zmiany kierunku, jednocześnie doznając spazmu radości na myśl o spotkaniu z zawartością własnej walizki i przyodzianiu się stosownie na oczekujące mnie spotkanie, który to spazm zdechł natychmiast gdy zdałam sobie sprawę, że niezbędne do zaplanowanego przyodziewku rajstopy znajdują się w mieszkaniu numer dwa. Jak również tusz do rzęs i szczotka do zębów.

Robercik był równie niewyspany jak ja, poszliśmy więc tylko na długi spacer po Ramblas, odwiedziliśmy absolutnie typowy bar tapas, w którym było jasno, głośno, ciasno i ludzie rzucali serwetki i wykałaczki na podłogę, a potem spożyliśmy, w innym barze, podejrzany różowy napój o nazwie leche de pantera, czyli mleko pantery, hyhy. I było dobrze, i było zabawnie, i czułam się znowu taka mała przy nim takim dużym.

Potem obejmowaliśmy się 10 minut w metrze, i z nosem w jego kurtce wymamrotałam, że już nie będę do niego pisać, na co on odsunął mnie na chwilę żeby spojrzeć mi w twarz, przytulił z powrotem i odparł, że postara się, żebyśmy się spotkali jeszcze przed latem. I nie ryczałam.

A potem była już tylko niedziela, wypełniona znowu Joanem, mierzwą, motocyklem, zimnym wiatrem, wyborami do parlamentu Katalonii i niemrawym zwiedzaniem Montjüic.

Na lotnisku prawie nie wpuścili mnie na samolot, stewardesy uparły się bowiem kontrolować grubość (?) walizek i moja ten egzamin oblała, zupełnym cudem zdołałam jednak wybłagać możliwość upchnięcia jakoś inaczej jej zawartości, a przez resztę drogi wypełniona byłam jedną tylko myślą, a mianowicie że zakochałabym się w tym Roberciku bez wahania – gdyby nie brakowało mu jednej zasadniczej cechy: odrobiny intensywniejszego zachwytu moją osobą…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: