Irgendwann mal wieder

Uczciwie uprzedzam, że dzisiejsza notka będzie prawdopodobnie długa, zamierzam bowiem wbrew własnemu zwyczajowi relacjonować porządnie.

Wyleciałam zdenerwowana, przejęta i dziko zemocjonowana. Wylądowałam nieco zdechła, poddenerwowana niekończącym się krążeniem nad Morzem Śródziemnym, niemrawo opuściłam aeroplan, powlokłam walizkę w kierunku wyjścia, zdenerwowałam się porządnie, że jest tak późno, Joan czeka od 10 minut na Plaça d’Espanya, a ja jeszcze nie ruszyłam się z lotniska, mało tego, nie wiem nawet którędy do tego wyjścia, że o autobusie nie wspomnę, po czym ujrzałam przed sobą różowawo błękitne niebo z zachodzącym słońcem oraz palmy na jego tle, i dusza mi jęknęła z zachwytu. Joan zadzwonił, powiedział że kein Stress, kazał mi iść w lewo, podcyas gdy ja już ruszałam w prawo, oraz zwyczajnie zapytać kierowcy autobusu o kierunek, a ja poczułam że wszystko będzie dobrze, bo tu jestem, wylądowałam, znam język, se poradzę i te palmy takie piękne. Autobus znalazłam od pierwszego kopa. Joana też, i, jak za starych dobrych czasów, w efekcie to ja na niego czekałam, a on, pojawiwszy się, przywitał mnie tak, jakbyśmy się ostatni raz widzieli przedwczoraj. Prawie od razu udaliśmy się na kolację do doskonałej, typowo katalońskiej knajpki, moją walizkę zostawiwszy u jego rodziców, bo mieszkali w pobliżu, co wydawało się pomysłem wielce rozsądnym – ja miałam nocować w mieszkaniu Joana, a on u rodziców i stamtąd jechać do pracy, zostałam więc poproszona o wrzucenie do plecaka kilku drobiazgów na jedną noc, bo plecak, w przeciwieństwie do walizki, był kompatybilny z zaplanowanym przez Joana przemieszczaniem się na motocyklu.

W ten oto sposób załatwiłam się na perłowo.

Następny dzień miałam spędzić sama, bo był to piątek, Joan musiał udać się do pracy, a potem zamierzał odwiedzić kogoś w szpitalu, więc wobec powyższego, jak mi oznajmił, byłoby całkiem nieźle, gdybym spotkała się tego właśnie dnia z Robercikiem, znajdowałam się bowiem w posiadaniu kilku należących do niego rzeczy, które to rzeczy przywiozłam i zajęły mi były pół walizki, ale ja nie o tym, i te rzeczy miałam mu przekazać.

Wszystko fajnie, tyle że rzeczy owe znajdowały się ciągle jeszcze w walizce, walizka w mieszkaniu rodziców Joana, ja w mieszkaniu Joana, a Joan w pracy. W mieszkaniu Joana, oprócz mnie, znajdowały się również wszystkie moje kosmetyki i bielizna. I nic poza tym. Pomyślawszy pocieszająco, że przynajmniej mogę wziąć prysznic i się umalować, wykonałam obie te czynności, włożyłam świeżą bieliznę i wczorajsze ubrania i spróbowałam odrobinę się zastanowić. Robercik bez oporów wyraził zgodę na spotkanie ze mną dziś bez okazji, a jutro z okazji jego pakunku, z tym że spotkać się mógł późno, około 20.30. Na co zgodziłam się z kolei ja, bo lepsze to było niż nic, a na Joana, jak sądziłam, tego dnia liczyć nie mogłam.

I natychmiast zaczęłam mieć następny problem, w dżinsach i wczorajszej bluzce mogłam wprawdzie, acz niechętnie, łazić po mieście, ale spotykać się z Robercikiem – wykluczone! Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydały mi się w obliczu istniejących okoliczności, rzecz jasna, zakupy.

Drogi do stacji metra od Joanowego mieszkania szukałam dobre 20 minut, poprzedniego dnia przybyliśmy bowiem na motocyklu i w ciemnościach, a niedokładna mapka przydała mi się jak psu piąta noga. Z wyjściem było lepiej, Plaça Catalunya znalazłam od razu i zupełnie instynkownie obrałam właściwy kierunek. W trzecim z kolei sklepie zakupiłam sobie obszerną panterkową bluzkę, pasującą do zgniłozielonej parki, którą od razu na siebie włożyłam, bluzkę nie parkę, stwierdziłam że dżinsy mogą być, i od razu poczułam się lepiej.

Na obiad udałam się do Kejefsi, wciągnęłam wielkiego burgera i frytki, popiłam kolą i, nadzwyczajnie zadowolona, usiadłam sobie na słoneczku. W przypływie ekstrawagancji dokupiłam pseudoskórzaną spódniczkę i rajstopy, doszłam do wniosku że jedyne dostępne mi obuwie pasuje jak ulał i że ogólnie nie jest źle. Potem poszłam sobie do portu, nasyciłam oczy morzem, przemarzłam na wylot i stwierdziłam że robi się późno i mogę powoli wracać. Drogi powrotnej od stacji metra do Joanowego mieszkania szukałam ponad pół godziny. Znalazłszy ulicę, postałam na niej jakieś 10 minut, nie pasowało mi bowiem optycznie żadne wejście, a numeru nie pamiętałam, aż wpadłam na pomysł, że ulica może być nieco dłuższa niż tylko do rogu, i rzeczywiście, za drugim rogiem znalazłam czego szukałam. Rozśmieszona i nieco spłoszona dotarłam do domu, i właśnie wkładałm nogę w nogawkę nowych rajstop, kiedy zadzwonił Robercik z potwierdzeniem, 20.30 na stacji metra Maria Cristina, wyjście Carles III. Tak to ja rozumiem, tak to się mogę umawiać! Przy drugiej nogawce zadzwonił Joan, i poinformował mnie, że jednak ma czas, odwiedziny w szpitalu mu się wściekły, więc spotkajmy się za pół godziny na Rambli. Wyraziłam zgodę, bo do Robercika miałam jeszcze dwie i pół godziny, ubrałam się do końca w rajstopy i nową kieckę, wyglądało to nieźle, chlapnęłam nieco świeżego mejkapu na twarz, zaróżowiona byłam wprawdzie z emocji, ale dowaliłam jeszcze nieco różu i mile podekscytowana wybiegłam z domu. W drodze do stacji metra zabłądziłam cztery razy, przy czym za każdym razem wracałam do jednego punktu, aż skończyły mi się możliwości, i oczywiście właściwa okazała się ostatnia. Mimo własnego spóźnienia, na Joana czekałam pół godziny. Czas mi się kurczył, zdenerwowanie sięgało zenitu, a ten właśnie wieczór Joan wybrał sobie żeby zabrać mnie do szalenie przytulnej kawiarenki z katalońskimi słodkościami, mieszczącej się w kazamatach starego budynku w Barrio Gótico. Polecieliśmy więc biegiem, kawę wypiłam jednym haustem, ciasto spożyłam zezując na zegarek, Joan był raczej not amused, ale co ja za to mogę, sam chciał, żebym się tego dnia spotkała z Robercikiem, a w obliczu własnego zdenerwowania wszystko inne było mi i tak raczej dokładnie obojętne. Na stacji Maria Cristina wysiadłam spóźniona 10 minut, znalazłam właściwe wyjście, wyłoniłam się z owego i zobaczyłam że stoi tam… rozmawiając przez telefon. Zbliżyłam się niepewnie i wrodzone poczucie sprawiedliwości każe mi przyznać, że oczy mu się na mój widok roześmiały, odstawił torbę i dwie siatki, objął mnie wolną ręką i głową dał znak do ruszenia z miejsca. Podreptałam więc za nim, nadal raczej niepewna, a on skończył rozmawiać, schował telefon, znowu postawił na ziemi bagaże i wziął mnie w tak zwane objęcia, porządnie i uczciwie, a miało to miejsce na środku przejścia dla pieszych, przed nosem samochodów, całe szczęście na zielonym. I jeśli do tego momentu byłam na niego jeszcze trochę zła, to od tego momentu z całą pewnością przestałam być.

Na moje pytanie dokąd idziemy, usłyszałam, że do niego do domu, gdzie zaprasza mnie na kolację. Samodzielnie ugotowaną.

A co było dalej, dowiecie się w następnym odcinku, bo piszę tego posta od dwóch godzin, i już mi się nie chce : >

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: