Archive for Listopad, 2010

Irgendwann mal wieder, cz. II

To na czym ja stanęłam? A, na kolacji. Więc kolacja była, deser też, a nawet dwa, jeden przed kolacją… Wszystko dlatego że ten jego pokój taki ciasny był, i wąski, i trzeba się było przeciskać, a przeciskanie się gdy ktoś stoi przy ścianie i powietrze świszczy od napięcia bywa całkiem emocjonującą grą wstępną…

A potem powiedziałam co miałam do powiedzenia, chociaż możliwe że na jego odbiór moich słów wpłynął znacząco fakt, że nie miałam na sobie ubrania, a w oczach lśniła mi czułość.

A jeszcze potem poszłam z Joanem i jego mówiącymi wyłącznie po katalońsku (co zdenerwowałoby mnie nad wyraz gdybym nie była w tak znakomitym humorze) kumplami do dyskoteki o wiele mówiącej nazwie El trauma i powiem Wam, że traumy rzeczywiście doznałam, chociaż niekoniecznie w samej dyskotece.

Następnego ranka na śniadanie był ibuprofen i całe szczęście że byłam już przedtem w Parc Güell, bo z tej wizyty wiele bym nie miała, przeszkadzało mi słońce, brak słońca, bruk, asfalt, fakt, że kawę sprzedają tam taką małą, że góra taka wysoka, a kamienna ławka taka zimna, i ogólnie sama do siebie straciłam cierpliwość. Po południu pojechaliśmy na plażę Barceloneta i wtedy dotarło do mnie z całą jasnością, że całą polkę z małą pianką do włosów mogłam sobie spokojnie podarować, na głowie cały czas miałam rozcapierzoną mierzwę, a wszystko to za sprawą cholernego kasku na motor. W drodze powrotnej zabzyczał mi esemes od Robercika i świat nagle zrobił się mniej okropny, problem z mierzwą natomiast gwałtownie przybrał na znaczeniu. Tego dnia już musiałam wypełnić moją misję i oddać mu przywieziony pakunek, metodą gwałtownej perswazji zmusiłam więc Joana do zmiany kierunku, jednocześnie doznając spazmu radości na myśl o spotkaniu z zawartością własnej walizki i przyodzianiu się stosownie na oczekujące mnie spotkanie, który to spazm zdechł natychmiast gdy zdałam sobie sprawę, że niezbędne do zaplanowanego przyodziewku rajstopy znajdują się w mieszkaniu numer dwa. Jak również tusz do rzęs i szczotka do zębów.

Robercik był równie niewyspany jak ja, poszliśmy więc tylko na długi spacer po Ramblas, odwiedziliśmy absolutnie typowy bar tapas, w którym było jasno, głośno, ciasno i ludzie rzucali serwetki i wykałaczki na podłogę, a potem spożyliśmy, w innym barze, podejrzany różowy napój o nazwie leche de pantera, czyli mleko pantery, hyhy. I było dobrze, i było zabawnie, i czułam się znowu taka mała przy nim takim dużym.

Potem obejmowaliśmy się 10 minut w metrze, i z nosem w jego kurtce wymamrotałam, że już nie będę do niego pisać, na co on odsunął mnie na chwilę żeby spojrzeć mi w twarz, przytulił z powrotem i odparł, że postara się, żebyśmy się spotkali jeszcze przed latem. I nie ryczałam.

A potem była już tylko niedziela, wypełniona znowu Joanem, mierzwą, motocyklem, zimnym wiatrem, wyborami do parlamentu Katalonii i niemrawym zwiedzaniem Montjüic.

Na lotnisku prawie nie wpuścili mnie na samolot, stewardesy uparły się bowiem kontrolować grubość (?) walizek i moja ten egzamin oblała, zupełnym cudem zdołałam jednak wybłagać możliwość upchnięcia jakoś inaczej jej zawartości, a przez resztę drogi wypełniona byłam jedną tylko myślą, a mianowicie że zakochałabym się w tym Roberciku bez wahania – gdyby nie brakowało mu jednej zasadniczej cechy: odrobiny intensywniejszego zachwytu moją osobą…

Leave a comment »

Irgendwann mal wieder

Uczciwie uprzedzam, że dzisiejsza notka będzie prawdopodobnie długa, zamierzam bowiem wbrew własnemu zwyczajowi relacjonować porządnie.

Wyleciałam zdenerwowana, przejęta i dziko zemocjonowana. Wylądowałam nieco zdechła, poddenerwowana niekończącym się krążeniem nad Morzem Śródziemnym, niemrawo opuściłam aeroplan, powlokłam walizkę w kierunku wyjścia, zdenerwowałam się porządnie, że jest tak późno, Joan czeka od 10 minut na Plaça d’Espanya, a ja jeszcze nie ruszyłam się z lotniska, mało tego, nie wiem nawet którędy do tego wyjścia, że o autobusie nie wspomnę, po czym ujrzałam przed sobą różowawo błękitne niebo z zachodzącym słońcem oraz palmy na jego tle, i dusza mi jęknęła z zachwytu. Joan zadzwonił, powiedział że kein Stress, kazał mi iść w lewo, podcyas gdy ja już ruszałam w prawo, oraz zwyczajnie zapytać kierowcy autobusu o kierunek, a ja poczułam że wszystko będzie dobrze, bo tu jestem, wylądowałam, znam język, se poradzę i te palmy takie piękne. Autobus znalazłam od pierwszego kopa. Joana też, i, jak za starych dobrych czasów, w efekcie to ja na niego czekałam, a on, pojawiwszy się, przywitał mnie tak, jakbyśmy się ostatni raz widzieli przedwczoraj. Prawie od razu udaliśmy się na kolację do doskonałej, typowo katalońskiej knajpki, moją walizkę zostawiwszy u jego rodziców, bo mieszkali w pobliżu, co wydawało się pomysłem wielce rozsądnym – ja miałam nocować w mieszkaniu Joana, a on u rodziców i stamtąd jechać do pracy, zostałam więc poproszona o wrzucenie do plecaka kilku drobiazgów na jedną noc, bo plecak, w przeciwieństwie do walizki, był kompatybilny z zaplanowanym przez Joana przemieszczaniem się na motocyklu.

W ten oto sposób załatwiłam się na perłowo.

Następny dzień miałam spędzić sama, bo był to piątek, Joan musiał udać się do pracy, a potem zamierzał odwiedzić kogoś w szpitalu, więc wobec powyższego, jak mi oznajmił, byłoby całkiem nieźle, gdybym spotkała się tego właśnie dnia z Robercikiem, znajdowałam się bowiem w posiadaniu kilku należących do niego rzeczy, które to rzeczy przywiozłam i zajęły mi były pół walizki, ale ja nie o tym, i te rzeczy miałam mu przekazać.

Wszystko fajnie, tyle że rzeczy owe znajdowały się ciągle jeszcze w walizce, walizka w mieszkaniu rodziców Joana, ja w mieszkaniu Joana, a Joan w pracy. W mieszkaniu Joana, oprócz mnie, znajdowały się również wszystkie moje kosmetyki i bielizna. I nic poza tym. Pomyślawszy pocieszająco, że przynajmniej mogę wziąć prysznic i się umalować, wykonałam obie te czynności, włożyłam świeżą bieliznę i wczorajsze ubrania i spróbowałam odrobinę się zastanowić. Robercik bez oporów wyraził zgodę na spotkanie ze mną dziś bez okazji, a jutro z okazji jego pakunku, z tym że spotkać się mógł późno, około 20.30. Na co zgodziłam się z kolei ja, bo lepsze to było niż nic, a na Joana, jak sądziłam, tego dnia liczyć nie mogłam.

I natychmiast zaczęłam mieć następny problem, w dżinsach i wczorajszej bluzce mogłam wprawdzie, acz niechętnie, łazić po mieście, ale spotykać się z Robercikiem – wykluczone! Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydały mi się w obliczu istniejących okoliczności, rzecz jasna, zakupy.

Drogi do stacji metra od Joanowego mieszkania szukałam dobre 20 minut, poprzedniego dnia przybyliśmy bowiem na motocyklu i w ciemnościach, a niedokładna mapka przydała mi się jak psu piąta noga. Z wyjściem było lepiej, Plaça Catalunya znalazłam od razu i zupełnie instynkownie obrałam właściwy kierunek. W trzecim z kolei sklepie zakupiłam sobie obszerną panterkową bluzkę, pasującą do zgniłozielonej parki, którą od razu na siebie włożyłam, bluzkę nie parkę, stwierdziłam że dżinsy mogą być, i od razu poczułam się lepiej.

Na obiad udałam się do Kejefsi, wciągnęłam wielkiego burgera i frytki, popiłam kolą i, nadzwyczajnie zadowolona, usiadłam sobie na słoneczku. W przypływie ekstrawagancji dokupiłam pseudoskórzaną spódniczkę i rajstopy, doszłam do wniosku że jedyne dostępne mi obuwie pasuje jak ulał i że ogólnie nie jest źle. Potem poszłam sobie do portu, nasyciłam oczy morzem, przemarzłam na wylot i stwierdziłam że robi się późno i mogę powoli wracać. Drogi powrotnej od stacji metra do Joanowego mieszkania szukałam ponad pół godziny. Znalazłszy ulicę, postałam na niej jakieś 10 minut, nie pasowało mi bowiem optycznie żadne wejście, a numeru nie pamiętałam, aż wpadłam na pomysł, że ulica może być nieco dłuższa niż tylko do rogu, i rzeczywiście, za drugim rogiem znalazłam czego szukałam. Rozśmieszona i nieco spłoszona dotarłam do domu, i właśnie wkładałm nogę w nogawkę nowych rajstop, kiedy zadzwonił Robercik z potwierdzeniem, 20.30 na stacji metra Maria Cristina, wyjście Carles III. Tak to ja rozumiem, tak to się mogę umawiać! Przy drugiej nogawce zadzwonił Joan, i poinformował mnie, że jednak ma czas, odwiedziny w szpitalu mu się wściekły, więc spotkajmy się za pół godziny na Rambli. Wyraziłam zgodę, bo do Robercika miałam jeszcze dwie i pół godziny, ubrałam się do końca w rajstopy i nową kieckę, wyglądało to nieźle, chlapnęłam nieco świeżego mejkapu na twarz, zaróżowiona byłam wprawdzie z emocji, ale dowaliłam jeszcze nieco różu i mile podekscytowana wybiegłam z domu. W drodze do stacji metra zabłądziłam cztery razy, przy czym za każdym razem wracałam do jednego punktu, aż skończyły mi się możliwości, i oczywiście właściwa okazała się ostatnia. Mimo własnego spóźnienia, na Joana czekałam pół godziny. Czas mi się kurczył, zdenerwowanie sięgało zenitu, a ten właśnie wieczór Joan wybrał sobie żeby zabrać mnie do szalenie przytulnej kawiarenki z katalońskimi słodkościami, mieszczącej się w kazamatach starego budynku w Barrio Gótico. Polecieliśmy więc biegiem, kawę wypiłam jednym haustem, ciasto spożyłam zezując na zegarek, Joan był raczej not amused, ale co ja za to mogę, sam chciał, żebym się tego dnia spotkała z Robercikiem, a w obliczu własnego zdenerwowania wszystko inne było mi i tak raczej dokładnie obojętne. Na stacji Maria Cristina wysiadłam spóźniona 10 minut, znalazłam właściwe wyjście, wyłoniłam się z owego i zobaczyłam że stoi tam… rozmawiając przez telefon. Zbliżyłam się niepewnie i wrodzone poczucie sprawiedliwości każe mi przyznać, że oczy mu się na mój widok roześmiały, odstawił torbę i dwie siatki, objął mnie wolną ręką i głową dał znak do ruszenia z miejsca. Podreptałam więc za nim, nadal raczej niepewna, a on skończył rozmawiać, schował telefon, znowu postawił na ziemi bagaże i wziął mnie w tak zwane objęcia, porządnie i uczciwie, a miało to miejsce na środku przejścia dla pieszych, przed nosem samochodów, całe szczęście na zielonym. I jeśli do tego momentu byłam na niego jeszcze trochę zła, to od tego momentu z całą pewnością przestałam być.

Na moje pytanie dokąd idziemy, usłyszałam, że do niego do domu, gdzie zaprasza mnie na kolację. Samodzielnie ugotowaną.

A co było dalej, dowiecie się w następnym odcinku, bo piszę tego posta od dwóch godzin, i już mi się nie chce : >

Leave a comment »

Si llegué ayer, me puedo ir mañana

Z triumfalnym kwikiem w duszy zakupiłam dziś sobie piankę do włosów w małym opakowaniu. Za cenę wyższą niż pianki w dużym opakowaniu, ale w momencie triumfu było mi to doskonale obojętne, pianka w małym opakowaniu zmąciła mi bowiem umysł, zasłoniła sobą świat i skutecznie odwróciła moją uwagę od innych tematów.

Będę zdobywała katalońską stolicę bez mierzwy na głowie, doskonale ufryzowana!

Bosko.

Na innych frontach gorzej. 3/4 miejsca w walizce zabiera mi moje własne dobre serce, całe szczęście że chociaż lekkie jest, w dalszym ciągu nie mam imprezowego ałtfitu, a Helena, zapytana czy powinnam takowy ze sobą zabierać, zaopiniowała, zapewne w celu dobicia mnie, że oczywiście, jak najbardziej, i to nie tylko jeden, a co najmniej dwa, ten drugi taki pół_ imprezowy, na okazję wyjścia de copas. Kurde, przecież ja tutaj też chodzę na imprezy, z gołym tyłkiem nie byłam na żadnej, to ja się pytam, co ja w takim razie siebie wkładam??? Sukni balowej nie kupię na pewno, przez dobre serce nie mam teraz na nią miejsca w walizce.

*****

Mówiłam już że sobie tego wszystkiego nie wyobrażam?

Chyba nie pozostanie mi nic innego, jak znowu uderzyć do patrona wariatów…

Leave a comment »

De tanto que tropiezo ya sé cómo caer

Joan zadzwonił wczoraj, dokładnie tak jak obiecał, co jest niewątpliwym dowodem na to że świat się kończy. Powiadomił mnie, że na lotnisko nie zdąży, ale będzie czekał na Plaça d’ Espanya dokąd zawiezie mnie autobus, i tłumaczył coś dalej o terminalach i wyższości autobusu nad pociągiem, ale ja już nie słuchałam, bo przejęta dreszczem upajałam się dźwiękiem znajomej nazwy.

Jak mi tak zostanie, będę dostawać orgazmu na widok każdego szyldu z nazwą ulicy, jeśli ową nazwę widziałam uprzednio w czytanej literaturze.

Co wlaściwie wcale nie byłoby takie głupie, wilk byłby wtedy syty i owca cała, ifjunołłatajmin, a mnie nie wodzonoby na pokuszenie.

Ale szanse są raczej marne.

Po tym wczorajszym telefonie ekscytacja i dzika radość wyłaziły mi uszami i czubkami włosów, spać nie mogłam, zaprzątnięta kwestią małych opakowań z pianką do włosów, imprezowym ałtfitem i wątpliwością czy ja zdołam jechać z Joanem na motorze w kapeluszu na głowie. Pewnie nie, zdaje się że do tego się używa kasku…?

Dziś za to jestem zdechła, niemrawa i odwrotnie proporcjonalnie do wczorajszej ekscytacji – śpiąca. Oraz niepewna czy akcja dywersyjna na Robercikowej tablicy nie przyniosła mi czasem więcej szkody niż pożytku. Oraz niepewna ogólnie. A mierzony dziś a propos imprezowych ałtfitów pseudoskórzany gorset w rozmiarze 36 był na mnie za duży. W biuście.

Najbardziej denerwuje mnie, że sobie tego wszystkiego całkiem nie potrafię wyobrazić.

Leave a comment »

Yo soy quien elige cómo equivocarme

W pierwszej chwili aż mnie zatchnęło z oburzenia, pff, hallooooooooooo, taka bezczelność doprawdy nie mieściła mi się nigdzie, a już najmniej w głowie. W drugiej wykonałam cztery kliki myszą i przeczytałam jeszcze raz jego wiadomość. Może ja coś źle widzę? Niedobrze rozumiem? Błędnie interpretuję?

W trzeciej chwili był ten dreszcz… Znajomy, szlagbygo. Wspomnienie. Błysk. Ręce, z długimi palcami. Zwykle chłodne. I usta. Twarde. Ten wyraz twarzy…

Uff.

Pfui, źle zrozumiałam, na pewno. A kysz.

 

 

Nie mogę sobie wyobrazić tego spotkania.

Leave a comment »

O wyższości piwa nad grzanym winem

Wczorajszy wieczór był jednym z tych doskonałych, bo spontanicznych i niezaplanowanych, niejako wymykających się z rąk.

Tydzień był okropny, wstrętny i obrzydliwy i dlatego dla uczczenia piąteczku, piątusia, piątunia od razu po pracy udałam się do miasta. Mierzyłam właśnie dla rozrywki  futerka w Niujorkerze, dochodząc do interesującego wniosku, że w zależności od fasonu i koloru wyglądam albo jak dziewczyna alfonsa albo jak nobliwa matrona w karakułach, kiedy zabuczał mi esemes od Viki, wysłany o dziesiątej rano i najwyraźniej zabłąkany w wirtualnym labiryncie, z zapytaniem czy pójdę z nią po fajrancie na grzane wino, wczoraj bowiem rozpoczął się na nie oficjalny sezon. Szybko spojrzałam na zegarek, Viki miała fajrant później niż ja, i zostało jej jeszcze dwadzieścia minut. Porzuciwszy futerka i myśl o kolejnych butach, wybrałam jej numer i pół godziny później maszerowałyśmy już w kierunku ustawionych na rynku bud z grzanym winem, niezdrowym jedzeniem i wszelkim świątecznym badziewiem. Winko było całkiem dobre, ale szybko stygło i trzeba było zamawiać kolejne. Po trzech byłyśmy w nastroju rzewnym, szłyśmy trzymając się pod rękę i prowadząc głębokie rozmowy o przyjaźni. Potem wsunęłyśmy po porcji frytek z keczupem i majonezem, stwierdziłyśmy że tego wina dłużej nie da się pić i że przydałoby się zimne piwo. Wychodząc z niemożliwego ścisku, wpadłyśmy prosto w ramiona Heleny z kubkiem wina w garści, która poinformowała nas że ona i chłopaki idą właśnie do Hildegart na piwo. Nie mogło nam to być bardziej na rękę, przyłączyłyśmy się więc z żywą radością i chyba żadne piwo nigdy nie smakowało mi lepiej niż to wczorajsze – zimne, raczej gorzkie, w zielonej zaparowanej flaszce, m o k r e!!!!

Chłopaki sumiennie pilnowały tempa zamawiania i w efekcie tych piw wypiłam dwa. I pół. Na kontynuowanie zabawy nie dałam się namówić i w domu znalazłam się około wpół do pierwszej. Uważam, że jak na spontaniczne wyjście na jedno grzane wino o godzinie siedemnastej, jest to całkiem niezły wynik.

Leave a comment »

Ohne Krimi geht die Mimi nie ins Bett

Po trzech dniach oczekiwania, kolejnym mejlu z nerwowym pytaniem czy mam se szukać przytulnego mostu do przenocowania, złośliwych chichotach ukochanych przyjaciół i pytaniach, czy chcę się założyć że w efekcie wyląduję u Robercika (fszyciu!!!!), dostałam od Joana wylewną odpowiedź że Kein Stress. I jak tu go nie uwielbiać? Się nie da.

Przysługa, którą wbrew aktualnie bulgoczącym we mnie uczuciom i z rozgłośnym zgrzytaniem zębów wyświadczam Robercikowi, nabiera rumieńców i wygląda na to że znowu będę boginiom i z największą łatwością dam radę załatwić wszystko o co się mnie prosi, oraz jak zwykle wyjdę na tym jak Zabłocki na mydle. Taka karma.

Ale.

Barcelona el Prat to TO lotnisko i przynajmniej kartoflisko mi nie grozi!

Leave a comment »