Porque mañana es fin de semana

Planowanie łikendu zaczęło się tak:

ja: To pojedźmy do Kolonii, tam jest milion możliwości.

Viki: To jest pomysł!… Tylko czekaj, jak my wrócimy?

ja: Jak to jak? Zwyczajnie, przeimprezujemy całą noc i wrócimy pierwszym pociągiem.

V: (otwierając szeroko oczy i przygotowując się do włoskiego tonu) CAŁĄ NOC???? CZYŚ ZWARIOWAŁA???? My nie mamy już dwudziestu lat! Ile kosztuje pokój w hotelu, ja zapłacę!

Na takie dictum ja umarłam ze śmiechu, a pomysł z Kolonią zdechł śmiercią naturalną.

W sobotni wieczór w przytulnym mieszkanku Viki znalazła się więc ona sama, Hans, jej sąsiad z góry i jednocześnie facet Reyes, najlepszy kumpel Hansa Mauricio oraz ja, czyli innymi słowy jakaś jedna piąta chwilowo zawieszonej grupy teatralnej Marabunta, do usług. Rozmowa potoczyła się wartko, bo w tym gronie problem z tematem do rozmowy nie istnieje, a na stole pojawiło się białe winko dla panów oraz prosecco dla pań. Pierwszy toast poszedł na poczet moich nowych butów, szalenie niepraktycznych bo z beżowego zamszu, oraz nowej kiecki Viki, szalenie twarzowej i podkreślającej zalety figury powyższej. Pierwsze skończyło się prosecco. Otworzono drugą flaszkę. Viki wywlokła z szafy kurtki i marynarki po przodkach. Mauricio strzelał fotki. Potem skończyło się wino. Otworzono drugą flaszkę, tym razem czerwonego. Mniej więcej w połowie flaszki rozwarłam przed Hansem zmaltretowanie serce i opowiedziałam mu cała histo… tfu, o Roberciku mu opowiedziałam. I za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co. Ani, co gorsze, co on mi odpowiedział! Nic, tabula rasa, nawet nie wiem, czy mi się podobało to co słyszałam, czy raczej wręcz przeciwnie. Może to i lepiej, bo wręcz przeciwnie jest jakoś bardziej prawdopodobne. Około pierwszej opuściliśmy domowe zacisze i udaliśmy się na wrapa. Lub raczej, reszta się udała, ja nie byłam głodna i to okazało się moją zgubą. Po wrapie poszliśmy na imprezę pod tytułem 90-Party, ciągle jeszcze najwyraźniej wyglądając na tyle trzeźwo, że nas wpuszczono i ja się znalazłam w raju. Normalni, pijani ludzie! Żadnych wyfiokowanych plastikowych lal! Żadnych zjaranych na mahoń typów z diamentem w uchu! Żadnych elektronicznych rytmów, a zamiast tego Didżej Bobo i Doktor Alban! O cudzie!

Bawiliśmy się przednio. O czwartej rano wylądowaliśmy całą czwórką znowu u Viki, bo Mauricio koniecznie chciał jeszcze po jednym Limoncello, zamiast tego były gorące bagietki spożywane na podłodze w żyrafich czułkach na głowie i kolejne zdjęcia.

Obudziłam się na kanapie u Viki, z odciśniętymi na policzkach rzęsami i w pierwszej kolejności zdziwiłam się pozytywnie, jak nisko znajduje się odcisk, bo było to niewątpliwym dowodem na ekstraordynaryjną długość moich rzęs, a w drugiej stwierdziłam że to jest pierwszy raz od czasów mojej wczesnej młodości, że nie zmyłam makijażu przed snem. W trzeciej stwierdziłam, że głowa mi zaraz eksploduje.

Całą niedzielę przespałam. Głowa nie przestała mnie boleć ani na jedną dziesiątą sekundy. Ale na wspomnienie Viki o niedzielnym poranku, mówiącej Peace i pokazująceej dwa palce swojemu rozczochranemu i półprzytomnemu odbiciu w lustrze, śmiałam się w szalik jeszcze dziś rano. Już bez bólu głowy, wyspana jak rzadko.

Przy pierwszym prosecco. Jeszcze trzeźwa jak świnia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: