Małe sukcesy

Podobno w życiu liczą się małe sukcesy, bo składają się na duże. I trzeba je sobie wyliczać, każdego dnia, co też udało nam się osiągnąć, posunąć naprzód i takie tam. Jako że optymizm ostatnio we mnie raczej nie buzuje, postanowiłam sobie tutaj moje małe sukcesy, w celu doprowadzenia powyższego do buzowania, podsumować.

No więc po pierwsze, udało mi się wstać z łóżka. O odpowiednio wczesnej godzinie ósmej, w celu załatwienia wszystkiego co miałam do załatwienia. Wstać, mówię, po przebudzeniu, zamiast nakryć głowę kołdrą i spać dalej, nie widząc najmniejszego sensu w partycypowaniu w tym poniekąd całkiem ładnym dniu.

Poza tym udało mi się dotrzeć na czas do urzędu i zgłosić mój ostatni egzamin. No, to ostatnie udało mi się właściwie sporo po czasie, bo termin upłynął w piątek, ale jestem optymistką, bo pani w urzędzie powiedziała mi radośnie Proszę tu wypełnić! Mam nadzieję, że pan profesor dostanie to na czas! zamiast rozewrzeć na mnie paszczę i zażądać pliku papierów, które z pewnością udało mi się zgubić już dawno temu. Albo, co gorsza, powiadomić że następny termin w kwietniu, o matko kochana moja. A tak, skoro ona ma nadzieję, to ja też, bo nadzieja to podstawa, nie?

Potem udało mi się zdążyć do Kasy Chorych przed zamknięciem, zanieść jeden papier i dowiedzieć się przy okazji, że jak zbiorę do kupy kilka inych papierów, to być może zmniejszą mi składkę. I tak się zastanawiam, czy warto dla tego być może zabierać się za szukanie makulatury, stanowi to mianowicie czynność, od której cierpnie mi skóra, włosy i paznokcie.

Dobra, po tym imponującym paśmie sukcesów czas i na porażkę. Opierałam się tej chęci długo, naprawdę długo. Cały wczorajszy wieczór. Ale w końcu nie wytrzymałam i dziś rano, w okolicach tej ósmej, wystosowałam epistołę do Robercika. No bo kurde, może kto inny tak może, ale ja nie – po tym jak przez trzy miesiące wiedziałam jak się czuje, co robi, dlaczego mu smutno i co jego mamusia sądzi o utracie przez niego podwójnego podbródka, nie mogę przecież teraz bez tej wiedzy! Jakby mi ząb wyrwał! Wystosowałam więc, mówię, i odpowiedź dostałam. Że w autobusie rzygał, na przykład, nie z choroby lokomocyjnej, a z nadużycia rumu o wdzięcznej nazwie Matusalen, autobus bowiem był autobusem wiozącym gości weselnych po weselu do hotelu. Czuję się więc wielce usatysfakcjonowana. Mam przewagę nad rzeszą fanek zostawiających mu tysiące buziaków na fejsbukowej tablicy oraz wyrażających głęboki żal, poczucie dojmującej straty tudzież bezdenną tęsknotę, one z pewnością nie wiedzą że rzygał!

Jeah.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: