Archive for Październik, 2010

Una semana de gloria precisamente no ha sido

A jednak ten tydzień był lepszy. Niż poprzedni.

Ani razu nie miałam na sobie brzydkich butów. Nawet wręcz przeciwnie, zwykle miałam na sobie buty do sytuacji nieadekwatnie ładne. Zakupiłam sobie za trzy euro wielki szalik w kolorze wściekłej fuksji, oraz, również za trzy, biały tiszert z Myszką Miki. Możliwe że dziecięcy. Poszłam do fryzjera, poleconego przez koleżankę i osobiście mi nieznanego, z drżeniem serca usiadłam w fotelu i czekając na pojawienie się przydzielonej mi fryzjerki, skrycie przyglądałam się klienteli, którą stanowiły przeważnie tureckie dziewczyny w kusych kurtkach, robiących sobie koloryzację na całości, hajlajty w innym kolorze na przedzie i cieniowanie fryzury na bokach. Ojezu. A jedna z fryzjerek, nie ta moja, wyglądała jak prawdziwa Big Mama – ciemnoskóra, imponujących rozmiarów i z niewyparzoną gębą. Ojezu. Ale otóż won z uprzedzeniami, wyszłam bardzo zadowolona, po ponad dwóch godzinach, a oprócz likwidacji wyleniałej wiewiórki na mojej głowie otrzymałam świetny masaż tejże, oraz intensywną dziesięciominutową kurację pod mokrym, rozkosznie gorącym ręcznikiem.

Alkohol spożywałam, oprócz poniedziałku (ha, pech chciał że nie miałam, akurat wtedy jakiś napitek dobrze by mi bowiem zrobił), co-dzien-nie.

A pojutrze już listopad.

Próbuję nie myśleć o Sabrinie. Pfui!

Reklamy

Leave a comment »

Baronowa się nudzi

Wczoraj wieczorem baronowe poczuły duszne wapory – jedna przeczytała czego nie powinna była czytać, wzburzyło ją to wielce, odnośnie zasadności wzburzenia możnaby dyskutować, ale ja nie będę, w związku z czym wciągła dresy i z zaciśniętymi zębami i pięściami (na hantelkach) poszła się przelecieć, druga natomiast poczuła niezadowolenie sytuacją, oraz nieznośny konflikt pomiędzy wewnętrznym wzburzeniem i zewnętrznym leniem, prawie rozerwało ją na dwie nierówne połowy, w związku z czym zwyczajnie poszła spać. Dziś nie było lepiej. Baronowe stwierdziły że koniecznie muszą zażyć rozrywki oraz wyładować energię, co zaowocowało decyzją udania się na fitnes. Półtorej godziny męczyły przyrządy gimnastyczne, każda w swoim świecie, ze swoim waporem i globusem. Po czym stwierdziły, że dość tego zdrowego trybu życia i czas na coctelito! Wsiadły do auta. Baronowa za kółkiem wykrzyknęła: Wsiadać, zapiąć pasy, kapitan B. gotowy jest do odpalenia maszyny! Z głośników ryknął Robi Łiliams. Why do you think we should suffer in silence? When a heart is broken, there is nothing to break. No suffer in silence! Z piskiem opon baronowe stanęły przed okienkiem z koktajlami na wynos. Pół godziny szukały miejsca na parking, po czym baronowa za kółkiem zdołała, przy pomocy krzyków i dzikich gestów baronowej na zewnątrz, zaparkować w luce, w której od samochodów przed i za nią dzieliło ją po 15 centymetrów. Niewykluczone że spożywany przez słomkę koktajl też miał w tym swój udział. Wysiadły. Pociągając z plastikowych kubeczków udały się na interkulturalne spotkanie pogratulować kończącemu dwie trójki Stefkowi z okazji urodzin. Pogadały z tym i z owym. Doznały ulgi.  Chwilowej. Jutro umrą na zakwasy. Dobrze jest być baronową.

Leave a comment »

Porque mañana es fin de semana

Planowanie łikendu zaczęło się tak:

ja: To pojedźmy do Kolonii, tam jest milion możliwości.

Viki: To jest pomysł!… Tylko czekaj, jak my wrócimy?

ja: Jak to jak? Zwyczajnie, przeimprezujemy całą noc i wrócimy pierwszym pociągiem.

V: (otwierając szeroko oczy i przygotowując się do włoskiego tonu) CAŁĄ NOC???? CZYŚ ZWARIOWAŁA???? My nie mamy już dwudziestu lat! Ile kosztuje pokój w hotelu, ja zapłacę!

Na takie dictum ja umarłam ze śmiechu, a pomysł z Kolonią zdechł śmiercią naturalną.

W sobotni wieczór w przytulnym mieszkanku Viki znalazła się więc ona sama, Hans, jej sąsiad z góry i jednocześnie facet Reyes, najlepszy kumpel Hansa Mauricio oraz ja, czyli innymi słowy jakaś jedna piąta chwilowo zawieszonej grupy teatralnej Marabunta, do usług. Rozmowa potoczyła się wartko, bo w tym gronie problem z tematem do rozmowy nie istnieje, a na stole pojawiło się białe winko dla panów oraz prosecco dla pań. Pierwszy toast poszedł na poczet moich nowych butów, szalenie niepraktycznych bo z beżowego zamszu, oraz nowej kiecki Viki, szalenie twarzowej i podkreślającej zalety figury powyższej. Pierwsze skończyło się prosecco. Otworzono drugą flaszkę. Viki wywlokła z szafy kurtki i marynarki po przodkach. Mauricio strzelał fotki. Potem skończyło się wino. Otworzono drugą flaszkę, tym razem czerwonego. Mniej więcej w połowie flaszki rozwarłam przed Hansem zmaltretowanie serce i opowiedziałam mu cała histo… tfu, o Roberciku mu opowiedziałam. I za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co. Ani, co gorsze, co on mi odpowiedział! Nic, tabula rasa, nawet nie wiem, czy mi się podobało to co słyszałam, czy raczej wręcz przeciwnie. Może to i lepiej, bo wręcz przeciwnie jest jakoś bardziej prawdopodobne. Około pierwszej opuściliśmy domowe zacisze i udaliśmy się na wrapa. Lub raczej, reszta się udała, ja nie byłam głodna i to okazało się moją zgubą. Po wrapie poszliśmy na imprezę pod tytułem 90-Party, ciągle jeszcze najwyraźniej wyglądając na tyle trzeźwo, że nas wpuszczono i ja się znalazłam w raju. Normalni, pijani ludzie! Żadnych wyfiokowanych plastikowych lal! Żadnych zjaranych na mahoń typów z diamentem w uchu! Żadnych elektronicznych rytmów, a zamiast tego Didżej Bobo i Doktor Alban! O cudzie!

Bawiliśmy się przednio. O czwartej rano wylądowaliśmy całą czwórką znowu u Viki, bo Mauricio koniecznie chciał jeszcze po jednym Limoncello, zamiast tego były gorące bagietki spożywane na podłodze w żyrafich czułkach na głowie i kolejne zdjęcia.

Obudziłam się na kanapie u Viki, z odciśniętymi na policzkach rzęsami i w pierwszej kolejności zdziwiłam się pozytywnie, jak nisko znajduje się odcisk, bo było to niewątpliwym dowodem na ekstraordynaryjną długość moich rzęs, a w drugiej stwierdziłam że to jest pierwszy raz od czasów mojej wczesnej młodości, że nie zmyłam makijażu przed snem. W trzeciej stwierdziłam, że głowa mi zaraz eksploduje.

Całą niedzielę przespałam. Głowa nie przestała mnie boleć ani na jedną dziesiątą sekundy. Ale na wspomnienie Viki o niedzielnym poranku, mówiącej Peace i pokazująceej dwa palce swojemu rozczochranemu i półprzytomnemu odbiciu w lustrze, śmiałam się w szalik jeszcze dziś rano. Już bez bólu głowy, wyspana jak rzadko.

Przy pierwszym prosecco. Jeszcze trzeźwa jak świnia.

Leave a comment »

Me suena el run run de mi corazón

Z ręką na sercu, ja sobie wcale nic nie wyobrażam. Wiem, że nasza historia, ups, pardon, nie historia, dla niego to nie była historia, sam to powiedział, więc nasze niewiemco nie będzie miało dalszego ciągu. Ale wiem też, że dopóki on mi nie powie, hm nena, dajsejużspokój, lub też odwrotnie, dopóki będzie mówił zawsze się strasznie cieszę mogąc cię czytać, to ja będę do niego pisać. Możliwe że z czasem coraz rzadziej. Możliwe że kiedyś wypełnię po nim pustkę. Ale na razie nie mogę przestać myśleć, że nigdy wcześniej nie spotkałam faceta, który tak by rozumiał kobiety. Faceta, który sam o sobie mówi, że jest ulubieńcem własnej matki, bo jako jedyny z trzech chłopaków w domu, naprawdę ją rozumie.

I ja naprawdę nie ściemniam, jak mówię, że najbardziej ze wszystkiego cieszę się na to miasto, na to przecudne miasto, la ciudad de los prodigios, la ciudad con mar,  które literacko znam jak własną kieszeń, bo całą sobą brałam udział w seminarium pod tytułem Literatura miejska: Barcelona, bo z kryminałów Vazqueza Montalbana, których ONA jest główną bohaterką zdawałam jeden z egzaminów magisterskich i zdałam go na lepiej niż bardzo dobry, bo zwyczajnie bąbelkowałam w trakcie całego magla, czego nie dało się nie zauważyć, bo śledziłam perypetie sympatycznego kosmity o imieniu Gurb który się w powieści Eduardo Mendozy właśnie TAM zagubił, bo płakałam nad losem Oskara i Mariny, którzy na JEJ ulicach przeżywali swoją niemożliwą miłość. I bąbelki wyłażą mi nosem i uszami na myśl że BĘDĘ TAM całe trzy dni i po połowie dnia czwartego i piątego. Ale mimo to jeden malutki dodatkowy bąbelek idzie na poczet zdania Oczywiście, że się zobaczymy jak tu będziesz! I mimo to wiem, że będę rozczarowana, a ONA na chwilę straci swój czar, jak coś w tej kwestii pójdzie niezgodnie z moimi oczekiwaniami.

Ale o tym pomyślę później. Został jeszcze miesiąc.

Powyobrażam sobie jeszcze jego twarz, jak komentuje moje bąbelkowanie tkliwym i lakonicznym Spinner*.


*Spinner to po niemiecku ni mniej ni więcej zwyczajna wariatka. On zawsze używał jej w formie męskiej, kto wie, może nie zauważył, żem żeńskiej płci.

4 Komentarze »

Hoy no tengo ganas de cambiar el rumbo, hoy no tengo fuerza pa subir al mundo.

Zmęczona jestem. Tydzień był długi, obrzydliwy i męczący. Albo ja jestem mało wytrzymała i nieodporna na życie, nie wiem. Każdego dnia wlokłam się po południu do domu w najbrzydszej kurtce i najokropniejszych butach, szurając po chodniku, walcząc z opornym parasolem i wstrętnym wiatrem, a w lustrze widziałam przerażającą maszkarę z włosami jak kupa siana, szarawą cerą i spojrzeniem umęczonego chomika. Nawet rzęs nie malowałam!

Nie wiem, gdzie się podziała moja niespożyta (cha cha) energia. Nie wiem, gdzie optymizm, dobry humor i bombelki. Ochota na ludzi, na towarzystwo, na obcasy, na czerwone paznokcie, na krótkie spódniczki i na kreskę na powiece.

Koniecznie muszę coś zrobić, żeby znowu być mną, tylko za cholerę nie wiem co.

2 Komentarze »

W zdrowym ciele zdrowy duch

Moja miłość do sportu rodziła się w dość ciężkich bólach, tak ciężkich, że przez pierwsze trzydzieści lat mojego życia zapierałam się zadnimi łapami, że janigdywżyciu, ale jak się wreszcie urodziła, to rozkwitła bujnym kwieciem jak ta chińska róża na wiosnę, i w całkiem krótkim czasie z nieruchawej pokraki zrobiła się ze mnie osoba o niezłej kondycji fizycznej. Ale ja dziś nie o tym, dziś w samozachwyty nie wpadamy. Ja o siłowni chciałam, bo zniechęcona deszczem i trzema stopniami za oknem, poczułam się zmuszona poszukać alternatywy dla biegania, z którego wprawdzie nie zrezygnuję, ale raczej nie dam rady wykopać się na zewnątrz tak często jak bym chciała. Więc siłownia. Ta, do której chodzi Viki, załatwione, Viki z żywą radością przejęła rolę mojego instruktora fitnesu, ale ja ciągle nie o tym chciałam.

Macie pojęcie, jakie taka siłownia stwarza pole do obserwacji społeczeństwa??? Dziś wieczór na przykład, podrygując radośnie na steperze przyuważyłam dwie laski, obie wymakijażowane tak, że mogłyby robić za zdrapkę, ciekawe jaki numerek kryłby się pod spodem, jedna nawet w rozpuszczonych włosach, wiadomo, w spiętych nie każdemu do twarzy, siadają na rowerek, ręczniki twarzowo udrapowane na ramionach, chichoczą, przybierają pozy, schodzą po ośmiu minutach, za chwilę stoją, w kuszących pozach, konwersując z szerokim w karku typem, z namaszczeniem wpatrującym się we własny ułożony na półeczce i właście trenowany biceps. Za 10 minut wychodzą, przyodziane w obcasy, z odświeżonym makijażem, kołysząc wdzięcznie wytrenowaną figurą. Albo inne dwie, nie takie wytrenowane, ale za to obie w bluzkach z cekinami na ramionach, przysięgam!!!

Ach. Czuję, że siłownia naprawdę mi się spodoba!

Comments (1) »

My heart is broken, there is nothing to break

Truskawkowa margarita jakby dobrze mi robi. Mimo swojego podstępnego kopa, rum ukrywa się bowiem sprytnie pod zmrożonymi owocami, ukrywa się, ukrywa, i potem, złośliwie chichocząc, jak nie walnie…! Niezależnie od kopa jednak, i chichotu rumu, towarzysząca mi w konsumpcji Antje powiedziała wczoraj coś szalenie mądrego, a mianowicie że słowa są największym źródłem nieporozumień. Trudna to do przełknięcia piguła dla lingwistki z silnymi podejrzeniami synestezji, która musi mieć wszystko zdefiniowane, nazwane, która słowa kocha, pieści i wielbi, i każde pojedyncze kładzie na aptekarską wagę, i potem cierpi, bo jej opinia w temacie wagi słów, bardzo daleko zwykle odbiega od opinii jej rozmówcy.

A dziś rano, nawet na kacu nie będąc, o godzinie 8.33 wyżej wymieniona lingwistka (czyli ja, ha!) dokonała rewolucyjnego aktu rezerwacji miejsca w samolocie do Barcelony, uparła się bowiem najwyraźniej upaść na zbity pysk i zobaczyć z całą wyrazistością jak się sprawy mają, ale niech jej będzie, skoro już musi (inaczej się udusi), zobaczy to przynajmnej w najatrakcyjniejszym z możliwych enturażu, i niech jej las Ramblas lekkimi będą. A Joan pewnie też nie będzie świnia i kamizelki do wypłakania użyczy.

****

Nigdy w życiu nie byłam rozsądna, nie należy więc oczekiwać, że w podeszłym wieku lat trzydziestu i dwóch (ojezu) nagle przyjdę po rozum do głowy. Naprawdę.

Leave a comment »