Archive for Wrzesień, 2010

Es kommt alles anders

Sama nie wiem jak to napisać.

Oczy mam ostatnio na przeraźliwie mokrym miejscu. Dziś ryczałam nie do własnego odbicia w lustrze, a do objęć Robercika. Do jego ramion o obwodzie prawie mojej talii. Do twardej piersi. Co z jednej strony było dużo bardziej atrakcyjne niż ryczenie samotne, ale z drugiej dużo bardziej okropne. Pomijam kwestię rozmazanego tuszu, bo konkursową beksą będąc, do perfekcji opanowałam sztukę płaczu bez uszczerbku dla powyższego, ale pociecha była to raczej nikła.

Było nie trzymać za niego kciuków w tej rozmowie kwalifikacyjnej, która implikowała natychmiastowy powrót do Hiszpanii. Ale cóż, trzymałam. Skutecznie.

I nagle wszystko się robi nieważne.

A miało być zupełnie inaczej…

Reklamy

Leave a comment »

Lágrimas sobre el teclado: mode on

Imię gówniarza miało się nie pojawiać na tym blogasku już nigdy więcej, ale co ja Wam poradzę, pojawi się.

Wczoraj po południu wywlokłam ze skrzynki pocztowej doszczętnie zabazgraną kartkę z Ibizy (!), po czym zalałam się rzewnymi łzami. Nie od razu. Najpierw na kartkę rzuciłam okiem, pogardliwie i tylko jednym. Weszłam na drugie piętro, odstawiłam to co trzymałam w rękach, a było tego sporo, i rzuciłam drugim okiem. Kartka nie była zdawkowa. Była serdeczna. I nosiła wyraźne ślady refleksji autora, oraz dość wzruszającej próby sprostania idiotycznym wymaganiom, jakie byłam uprzejma wyrazić w moim ostatnim mejlu z dnia pierwszego września. Nie myśląć nic, czując za to narastające osłupienie i otępienie, poszłam pod prysznic, a w mojej głowie rozwijał się barwny film. Starring happyendy z brazylijskiej telenoweli oraz naiwne myślenie fatalistyczno-przeznaczeniowe. Po wyjściu spod prysznica film był już takim wyciskaczem łez, że w żaden sposób nie mogłam powstrzymać własnych. Popłynęły w absolutnie niedogodnym momencie nakładania mazideł na oblicze, rzęsiste, długo wyczekiwane, rwące tamy.

Osuszyłam oczy. Domalowałam się do końca. Wrzuciłam jakieś odzienie na grzbiet. Poszłam na zebranie. Powiedziałam Stefkowi, że co? A nie, wszystko dobrze. Serio, dobrze się czuję. Napisałam esemesa do Viki, z którą i tak byłam umówiona i poszłam odebrać ją do fryzjera, gdzie siedziała melancholijnie z folią aluminiową na głowie i okrzykiem To ty? Nie widzę cię bo nie mam okularów! na ustach. Powlokłam się za Viki do domu.

Poszło na to półtorej butelki wyśmienitego białego wina reńskiego, prawie cała paczka papierosów, pół paczki paluszków sezamowych oraz jeden twarożek wiejski, aspiryna C wypita profilaktycznie wczoraj i tabletka paracetamolu łyknięta doraźnie dzisiaj, ale już mi dobrze. Viki użyła całej posiadanej ćwierci swojego włoskiego pochodzenia i ciekawa jestem czy ma dziś zakwasy w ramionach, od machania, ale ważne jest, że oprócz machania artykułowała też dźwięki i te dźwięki, całkiem sensowne, bardzo zapadły mi w serce i umysł.

A potem wywlokłam ze skrzynki kolejną kartkę. Z Amsterdamu.

Nie, dziś już się nie będę upijać.

Leave a comment »

Mam prawo być w złym humorze!

Siedzę na kanapie, w gawrze skonstruowanej z poduszek z kanapy, poduszek nie z kanapy oraz błękitnego koca i próbuję czytać potwornie grube dzieło traktujące o nowożytnej historii Kościoła, z którego to dzieła czerpię wiedzę na mój ostatni egzamin. Boli mnie głowa, gardło, mam zapchane drogi oddechowe górne z całą pewnością, co do dolnych nie mam zdania, oraz z lekka cieknie mi z nosa. Boli mnie również kark, bo wczoraj w ramach wprawiania się w dobry nastrój uprawiałam headbaging do piosenki Faith no More pod wiele mówiącym tytułem Everything’s ruined. Wprawianie wyszło mi tak sobie, za to ładnie wyschły mi włosy. W żołądku pęcznieje mi spożyty wczoraj o godzinie wpół do drugiej w nocy czisburger z frytkami, a w umyśle wynikły z hipotetycznego dłuższego odżywiania się w ten sposób hipotetyczny obraz własnej osoby. Pryszcza na policzku już odkryłam, a zwały tłuszczu w miejscu talii i brzucha też na pewno nie każą długo na siebie czekać.

Słońce próbuje świecić, jakby nie wiedziało że lato to już przeszłość, a władzę przejęła ciemna, zimna, mokra i ponura jesień.

Laska z telewizora życzy mi miłej niedzieli.

Leave a comment »

Now everything is ruined

Na strzępy rozrywa mnie dzika chęć uczynienia CZEGOŚ. Która to chęć, jak wszem i wobec wiadomo, jest chęcią ekstraordynaryjnie fa-tal-ną. Na szczęście kołaczą się po mnie resztki zdrowego rozsądku, które mówią że naprawdę, naprawdę najlepiej będzie jak się chwilowo zamknę, zniknę, zaniemieję, przyschnę, będę cicha i bezwonna. I wtedy może, może wyjdę z tego jeszcze z jakąś tam twarzą.

I o pusty śmiech przyprawia mnie myśl, że ja  a u t e n t y c z n i e  myślałam, że to będzie proste!!!! Że potrwamy tak sobie w przyjemnej hedonistycznej harmonii czas jakiś, potem, z jakiegoś powodu, powiemy sobie adios i znów stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było. Każdemu pozostaną przyjemne wspomnienia jak po erotycznym śnie.

Tak. A tak to będziemy mieli telenowelę brazylijską albo wenezuelską z elementami tragedii greckiej. It is cool to be interntional!

Leave a comment »

Nadużywanie alkoholu we wtorki jest szkodliwe dla zdrowia

Miałam szczery zamiar opisać z detalami moją szaloną wtorkową noc, tfu, szalony wczesny wieczór, kiedy to spotkałam się z moją poniekąd szefową o godzinie dziewiętnastej, do dwudziestej trzeciej miałam już w sobie cztery koktajle, a o północy spałam martwym i pijanym bykiem, wygłosiwszy przedtem mnóstwo różnych rzeczy do różnych osób. W tym Robercika, którego wiedziałam wprawdzie że spotkam, nie wiedziałam natomiast, że będę w czasie owego spotkania dobrze wstawiona, oraz że mój bardzo starannie wybrany ałtfit z obcasami na czele wcale nie ujrzy światła dziennego, bo będę w czasie spotkania siedzieć zwinięta w kłębek na schodach do fontanny.

A dziś rano nie miałam kaca tylko potworny ból gardła, który zresztą trwa. Ani chybi nie wyszło mi na dobre siedzenie przez trzy godziny na owych kamiennych schodach, aczkolwiek od siedzenia do gardła droga niby daleka.

Miałam zamiar, ale jakoś zupełnie nie mam głowy do opisów. Oprócz bólu gardła i ogólnego rozmemłania wypełnia mnie dojmujące uczucie, że wszystko wymyka mi się z rąk. I przypomina mi się co on powiedział mi na samym początku. Jeśli zdecydujesz się bawić ogniem, może się zdarzyć, że się sparzysz. Oraz Ich tue dir weh, doch das tut dir gut. I to, co mówią mi wszyscy dookoła. Das tut dir nicht gut. On jest silny, on jest duży i niepołomny, on jest jak skała, on ma wszystko pod kontrolą, gdzie mi do niego, ja jestem pikuś, ja jestem jak ten mały piesek co wściekle ujada i szarpie się na smyczy, i skacze wokół dużego, i miota się jak dziki, a duży tylko spoziera z politowaniem. Jak będzie chciał, pacnie łapą i mały się nie podniesie.

Eh.

I don’t believe in an interventionist God

Leave a comment »

Duszno

Wygląda na to, że znowu udało mi się osiągnąć stan doskonałej paranoi. Jipijeah.

A już wszystko było takie proste. Łatwe i przyjemne. El placer puro y duro. To nie, musiałam to rozwalić, jak zwykle! (No i chuj, tak mam.)

Już miałam sobie kupić pornobuty bardziej dostosowane do panującej aury, niż te które posiadam. Ale teraz to się waham.

Ach, z jaką przyjemnością bym się wzięła odwróciła na pięcie i uciekła z histerycznym krzykiem.

Pilnie należy odseparować mnie od fejsbuka.

Leave a comment »

No i ch**, tak mam

Jestem wrażliwa i szanuję tych czytelników, których razi że się wyrażam, więc w tytule wygwiazdkuję.

Mam wadę. Nie jedną, co do tego nie mam złudzeń, ale ta jedna jakoś ostatnio nie daje o sobie zapomnieć. Wada nie jest jakaś potwornie naganna, a polega na tym, że nie znoszę, nie wytrzymuję, nie potrafię żyć z faktem, że ktoś coś o mnie myśli, wyraża opinię, ja WIEM że opinia nie jest prawdą, bo w końcu kurde siebie samą znam lepiej niż wszystkie ktosie razem wzięte, a już szczególne takie, które mnie znają od dwóch miesięcy, a ktoś mi zwyczajnie nie wierzy i dalej myśli swoje. Staję wtedy na rzęsach, żeby kogoś przekonać, dostaję małpiego rozumu, opinia ktosia wypełnia mi wszechświat, piszę mejle, myślę cały dzień i pół nocy nad najtrafniejszymi sformułowaniami, coby celnym i logicznie poprowadzonym tokiem rozumowania olśnić ktosia i nie zostawić mu cienia wątpliwości, i nie widzę, że ktosiowi jest to w najlepszym wypadku obojętne, w przypadku najczęstszym natomiast, jeśli kwestię o którą chodzi do tej pory traktował łagodnie i nie spędzała mu ona snu z powiek, najpóżniej po trzecim mejlu nabiera gwałtownych podejrzeń, że wyrażając ową niezgodną z prawdą opinię nie tylko miał rację, ale także, że owa cecha jest u mnie rozwinięta do granic perwersji, a ja usilnie staram się to ukryć.

I odpowiedzi na moje mejle dostaję wtedy łagodnie rozbawione, co rzecz jasna rozwściecza mnie jeszcze bardziej.

I widzę, że koniecznie muszę się nauczyć przestać tłumaczyć i zacząć odpowiadać mantrą No i chuj! Tak mam!

Za cholerę nie wiem jednakże, jak to najlepiej ująć po hiszpańsku.

Leave a comment »