Hardkor Iran, czyli Azadeh wychodzi za mąż

Azadeh to moja przyjaciółka od samych początków w tym kraju, prześliczna, charakterologicznie najlepsza osoba jaką znam, nigdy nie podnosząca głosu, zawsze opanowana, zawsze nieskazitelnie uprzejma, optycznie nieskazitelnie doskonała nawet po czterech godzinach tańca, i jednocześnie posiadająca jakiś tajemniczy autorytet, który najbardziej wyszczekanym osobom każe położyć uszy po sobie i grzecznie poddać się woli Azadeh. I wyszła za mąż, za Niemca, będącego jej narzeczonym od lat chyba dziesięciu. Od wyrażenia opinii o narzeczonym będę uprzejma w tym miejscu się powstrzymać, nie chcę się bowiem wyrażać.

Zaczęło się od tego, że byłam niewyspana, za sprawą piątkowej imprezy oraz Robercika, który chwilowo przestał się upierać przy dozgonnej przyjaźni, i z objęć Morfeusza wyłoniłam się dopiero około godziny, ehm, trzynastej. Długą chwilę dochodziłam do siebie, jeszcze dłuższą chwilę brałam prysznic i zdecydowanie najdłuższą chwilę usiłowałam za sprawą różnych mazideł nadać mojej twarzy różanej świeżości. W końcu włożyłam kieckę, obcasy, kilka drobiazgów do torebki i wyleciałam w pośpiechu, bo oficjalne przyjęcie zaczynało się o osiemnastej, a przedtem byłam umówiona w moimi najdroższymi przyjaciółmi i współpracownikami w biurze, w celu poćwiczenia zaplanowanego występu artystycznego z gitarami oraz dopieszczenia prezentu. Od razu przy wejściu poczułam wzruszenie, wszyscy byli bowiem wyelegantowani i przejęci, panowie, widywani jak dotąd tylko w dżinsach i podkoszulkach, w garniturach na starcie zyskali u mnie 150 punktów i ogólnie zaczynałam zapominać o zmęczeniu i nieprzespanej nocy. Występ z gitarami ćwiczyliśmy do ostatniego tchu jeszcze na przystanku autobusowym oraz w samym autobusie. Dziw, że nikt nam nie wrzucił monety do kapelusza. Wysiedliśmy na pierwszym przystanku po holenderskiej stronie i skierowaliśmy kroki w stronę hotelu, rozwaźając po drodze opcję wkroczenia z gitarami i ze śpiewem na ustach. Na widok hotelu czym prędzej porzuciliśmy pomysł. Przy wejściu powital nas serwujący szampana kelner we fraku, jeszcze bardziej prześliczna i promienna niż zwykle Azadeh i jej ehm, mąż, oraz równie promienni jak córka, rodzice Azadeh.

Przyjęcie od pierwszego kopa przerosło nasze wszelkie wyobrażenia. Moje oczy nie zmniejszały rozmiarów spodka, takiej ilości prześlicznych, szalenie eleganckich i szykownych, aczkolwiek ze zbyt dużą, jak na mój gust, ilością makijażu, kobiet w każdym wieku, nie widziałam w jednym miejscu jeszcze nigdy. Ale najlepsze i tak były tańce. Didżej, niewyobrażalnie gruby, dawał średnio na trzy piosenki europejskie jakieś dwadzieścia pięć irańskich, a wyżej wymienione kobiety ochoczo puszczały się w tan. Biodra, biusty, ramiona, dłonie. Młodsze, starsze. Matki, córki, babki. I, zupełnie tak samo jak Azadeh, ani przez chwilę nie przestawały wyglądać nieskazitelnie. Po północy za sprawą kolejnego kelnera we fraku na środek sali wjechał pięciopiętrowy tort na wózku, a kobiety wykonały tradycyjny Taniec Noża, który polegał na tym że przez czas trwania piosenki nie dawały Azadeh przyozdobionego kwieciem wielkiego rzeźnickiego tasaka, którym miała ukroić tort.

Wstrząsające przyjęcie opuściliśmy krótko po pierwszej. I mam dwa wnioski. Po pierwsze, że szok kulturowy można przeżyć zawsze i wszędzie, mimo pozornego otrzaskania i przekonania, że nic nas już nie zaskoczy. Drugi wniosek jest raczej pretensją, dlaczego ja się nie urodziłam w Iranie i nie mogę być przepiękna i nieskalanie dopracowana??? Hę??

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: