Archive for Lipiec, 2010

Jak mi dobry uczynek wyszedł bokiem

Zrobiłam wczoraj dobry uczynek, na którym zresztą wyszłam potem jak Zabłocki na mydle, ale nie uprzedzajmy faktów. Uczynek mówię, a polegał on na tym, że dokonałam przeprowadzki. Przeprowadzki jednego kumpla o imieniu Roberto, zwanego dalej Robercikiem, który po dwóch latach przedłużonego Erasmusa i 10 miesiącach pobytu w ojczystej Hiszpanii postanowił wrócić na łono Niemiec i poszukać tutaj pracy, ale któremu, o pechu, nie pozostali po Erasmusie żadni kumple płci nadającej się do przeprowadzek, czyli męskiej. Wobec powyższego do przeprowadzki zostałam ja, postury jak widać poniżej oraz Helena, 1,56 wzrostu, z problemem w plecach, która absolutnie i kategorycznie nie mogła dźwigać.

Około 19.30 odebrała mnie wynajęta żółta furgonetka z Robercikiem i Heleną oraz zakupami z IKEI na pokładzie. Na dobry początek pomogłam wynieść zostawione w piwnicy Robercikowej eks Robercikowe dobra w postaci licznych pudeł, dwóch lampek, trzech obrazów, jednego regału, jednego telewizora, jednego kompletu kul i jednego materaca. Helena stała na straży dóbr. Następnie załadowaliśmy wyżej wymienione na furgonetkę, zaplątaliśmy się bezpowrotnie w jedne kierunki ruchu oraz roboty drogowe, miasto objechaliśmy bez mała cztery razy, przekleństwa oraz mój tłumiony chichot latały w powietrzu aż furczało, i w końcu dojechaliśmy do nowego mieszkania Robercika. Gdzie natychmiast zaczęliśmy mieć następny problem, wynajęte auto należało bowiem zwrócić do godziny 22, a dochodziło właśnie za dwadzieścia. Możliwe że upał mi zaszkodził, ale osobiście wpadłam na genialny pomysł, żeby w takim razie zwalić szybko cały chłam przed bramę i zacząć pomału wnosić, podczas gdy Robercik pojedzie oddać furgonetkę. Do dziesiątej powinien zdążyć jak złoto.

No i zdążył, dlaczego nie. Auto oddał, wrócił… A w międzyczasie nowy współlokator, szalenie sympatyczny, oraz ja, niewątpliwie zaćmiona na umyśle, wnieśliśmy na trzecie piętro starego budownictwa prawie wszystkie Robercikowe dobra. Zdążył akurat żeby wyjąć mi z rąk przedostatni fotel  i wnieść ze współlokatorem najcięższy regał.

Potem poszliśmy na piwo, zaczęłam odczuwać niesprecyzowane bóle w lewym kolanie i prawym ramieniu oraz początki potwornych zakwasów w łydkach, niewątpliwie za sprawą trzeciego piętra, i dowiedziałam się że teraz to jest już całkiem jasne, że jesteśmy przyjaciółmi. I tyle mam z dobrego uczynku.

Leave a comment »

Dawno nie było smętów

To będą.

Poniedziałek, w perspektywie absolutne NIC. I pada. Leżak smutnie moknie na balkonie.

Możliwe że opuszczanie ciepłego łózia w ogóle nie ma dziś żadnego sensu. Ani kredensu.

Albo możliwe że zabłocenie nowych cudnych butów do biegania jest absolutnie jedyną szansą na uratowanie tego dnia i że warto tę szansę wykorzystać, pralki w końcu istnieją.

Istnieją również przyjaciółki, optymistyczne książki, optymistyczna muzyka, optymistyczne wiadomości od przyjaciółek, słońce z pewnością też istnieje, mimo że chwilowo Czarny Lud i Królewna Śnieżka wydają mi się bardziej realne.

Don’t call my name… Roberto.

Comments (1) »

Patologicznie

Lato. Upał. Lekki nastrój. Lekkie ciuchy. Niektórzy zostają porzuceni przez faceta z którym mieszkali, inni faceta porzucają, jeszcze inni kłócą się z kumplem, co do którego wcale nie ma pewności czy aby na pewno jest tylko kumplem, inni usiłują się pogodzić. Co, wszystko razem, owocuje zwiększonym zapotrzebowaniem na imprezy, wręcz wewnętrznym przymusem niespędzenia ani minuty piątkowej / sobotniej nocy w stanie pełnej trzeźwości. I tak wczoraj, na ten przykład, miała miejsce tak zwana Patho-Party, przy czym patho to ni mniej ni więcej jak skrót od Pathologie. Czyli impreza patologów, mająca miejsce w parku otaczającym tutejszą Klinikę Uniwersytecką, na wolnym powietrzu, z dwiema scenami, jedną z muzyką na żywo, drugą z didżejem, niezliczonymi budami z piwem za jedyne 1,50, kiełbaskami z bułką, kiełbaskami bez bułki, chmarą ludzi snujących się po parku i wrzeszczących w komórkę ty gdzie jesteś? Bo ja w takim miejscu, co z prawej są drzewa, a z lewej buda z piwem! i ogólną nieznośną lekkością bytu. Mimo pewnej ciężkości kroku.

Potem się wraca do domu, nie zawsze i z założenia niekoniecznie z tymi, z którymi się przyszło, wygrawszy uprzednio wojnę o taksówkę, hej, idziemy jeszcze w mieście się czegoś napić, jutro sobota, można się wyspać!

Fajnie było.

Nie wiem tylko co na to pacjenci kliniki.

Leave a comment »

Fajnie jest

Fajnie jest, mówię. Mam leżak i leżę na nim bezustannie, a nawet drzemkę ucinam. Wczoraj na imprezie organizowanej na część najlepszej grupy teatralnej na świecie, przez ową grupę zresztą, miałam na sobie więcej makijażu niż na samym występie i mimo posiadania fobii na tle postarzania się nadmiarem upiększających barwników, nie wyglądałam wcale na 60 lat. Ani nawet na 58. Ani na 45. Według oceny własnej i nieobiektywnej, jak ktoś jest innego zdania, to może je ujawnić teraz, lub zamilknąć na zawsze.

W łóżku, jak za starych dobrych czasów mojej drugiej młodości, znalazłam się o szóstej rano, a zwlokłam się z owego o jedenastej, po czym stwierdziłam, że jeszcze jestem pijana i że to nawet lepiej. Wzięłam najpierw prysznic, a zaraz potem tyłek w troki i poleciałam chwiejnym krokiem do naszej party lokejszyn, którą należało posprzątać. Po niewielkiej i zupełnie niegodnej uwagi kłótni spowodowanej starciem temperamentów iberyjskich z germańskimi, skacowaniem dyskutantów oraz kwestią kto i kiedy zwróci puste i pełne butelki oraz wywiezie śmieci, i po wypucowaniu całego pomieszczenia wraz z wychodkiem, opuściłyśmy z Vici  towarzystwo i udałyśmy się do parku na łąkę, stwierdziłyśmy bowiem, że skoro już jesteśmy na nogach, chwiejnych bo chwiejnych ale zawsze, grzechem byłoby uderzyć z powrotem w kimono, gdy na dworze słonko a nawet wietrzyk.

Przy aucie stanęłyśmy jak wryte, w okolicach prawego tylnego koła działy się bowiem rzeczy niesamowite. Piękny, pręgowany kocur leżał sobie leniwie na krawężniku, a piętro niżej o koło samochodu Vici opierała się mysz. Kocur rzucał myszy znudzone spojrzenie od czasu do czasu, po czym machał od niechcenia łapą, nie podnosząc przy tym nawet łba, a mysz dawała niewielkiego susa i przemieszczala się malutki kawałeczek. Najpierw, nie rozumiejąc tej niezwykłej i przeciwnej naturze symbiozy gapiłyśmy się na oglądane zjawisko wzrokiem dość tępym. Później zaczęłyśmy robić fotki komórką, z czego nikomu nic nie przyjdzie, bo kabel Vici posiała już jakiś czas temu. Jeszcze później udało nam się przegonić kota. A już całkiem później na klęczkach goniłyśmy mysz dookoła auta, rozważając przy tym kwestię, czy jakby ją złapać za ogon, to ugryzie, nie ogonem rzecz jasna, bo wizja rozjechania stworzenia, uparcie trzymającego się prawego tylnego koła, była jakoś mało pociągająca. Mysz nie ugryzła. Nie została też przejechana. Po dobrej półgodzinie udało nam się wsiąść i nawet odjechać.

Ja nie wiem, ale dziwne jakieś rzeczy się ostatnio dzieją.

2 komentarze »

Wszyscy mają leżak, mam i ja

Zapragnęłam leżaka. Gorąco, namiętnie i z całych sił. Nie żadnego wypasionego łoża z piernatami, zdolnego pomieścić trzy osoby, z podpórkami na łokcie, kolana, stopy i palce od stóp, ze stolikiem na napoje, lodówką i zlewem, a zwykłego leżaka, możliwie lekkiego, z drewnianych lub aluminiowych prętów i rozpiętego między nimi płótna. Owo pragnienie, zgodnie z charakterem, musiałam spełnić na-tych-miast, natychmiast więc poczęłam czynić starania w kierunku czyli udałam się do miasta. W mieście doznałam rozczarowania, leżaków bowiem nie było. Były za to beznadziejne składane konstrukcje z cienkich rurek i brezentu, będące kampingową wersją dla ubogich wyżej wymienionego łoża z piernatami, a mimo to żywo przypominające mi, jeśli pominąć różnicę w rozmiarach, mojego szwagra stołeczek na ryby, albo szlachetne meble ogrodowe z masywnego drewna i bambusu, w cenach od czterdziestu euro w górę, pasujące raczej do werandy w hacjendzie, niż do mojego balkonu.

Zakupiwszy sobie kolczyki w ramach pocieszenia, człapałam ponuro do domu i myślałam skąd by tu zdobyć przeklęty leżak. Obi…? Leroy Merlin…? IKEA…? Inny Baumarkt…? Podbudowana posiadaniem bądź co bądź planu, z nową nadzieją, postanowiłam następnego dnia zapytać Vici czy pojedzie ze mną autem.

Następnego dnia poszłam do biura, co nie było samo w sobie niczym nadzwyczajnym. Ale mijając biuro Antje, mojej poniekąd szefowej, przez troje otwartych na przestrzał drzwi, na znajdującym się za ostanimi drzwiami niewielkim balkonie dostrzegłam coś cudnego. L e ż a k.  Prosty, zgrabny, drewniany, z granatowym płótnem, znany mi doskonale, bo będący elementem zakończonej wraz z mundialem współorganizowanej przez nas imprezy pod nazwą Strandhaus.

Antjeeeeeee- powiedziałam, zdaje się że bez żadnych powitalnych wyrazów, roziskrzonym wzrokiem wpatrując się w mebel na balkonie. -Co się właściwie stało z leżakami ze Strandhausu? Gdzie one teraz są? Mylisz, że mogłabym jeden odkupić?

Cześć- odrzekła Antje spokojnie i po kolei. –Nic. W piwnicy. Pewnie że możesz, dasz co łaska i wyląduje to w ogólnej kasie przychodów z całej imprezy. A jakby się ktoś miał czepiać, to powiem że ukradli. Tylko nie wiem gdzie kluczyk od piwnicy.

Siłę przebicia miałam w owym momencie zupełnie godną wiertarki elektrycznej, postawiłam na nogi oba biura i kluczyk znalazł się w mgnieniu oka. Nie zważając na białe, ciągnące się nieco po ziemi portki, przyoblekające mój tyłek, ani na propozycje Stefka, że on pójdzie, osobiście poleciałam do piwnicy grzebać w leżakach.

Kilka godzin później oddalałam się z radosnym kwikiem w duszy, warstwą kurzu z piwnicy na białych spodniach i granatowym leżakiem pod pachą, uiściwszy przedtem datek co łaska. A nie mówiłam, że Opatrzność jest ze mną?????

3 komentarze »

Ptak

Wpadłam sobie wczoraj, pewnie z racji wtorku i trzynastego, w stan zwany powszechnie dołem gigantem. Bliska obłędu siedziałam sama przed komputerem, dżimejla odświeżałam średnio co trzy minuty a okno „Utwórz nową wiadomość” otwierałam milion razy, by natychmiast potem czym prędzej kliknąć w „Anuluj”. Opatrzność musiała jednakże mieć akurat wolną chwilę, bo w ostatnim momencie zdołałam zrobić użytek z rady Yary, by w takich momentach, zamiast rozpaczliwego WSZYSTKO CI PRZEBACZAM, TYLKO NIECH BĘDZIE JAK DAWNIEJ!!!!! do niezasługującego na to imbecyla, napisać RATUNKU, DAJ MI W ŁEB, BO ZA CHWILĘ POPEŁNIĘ ŚMIERTELNĄ GŁUPOTĘ!!! do przyjaciółki. Nawet połykając przy tym łezki, nie ma zakazu.

Pół godziny później nie byłam już sama i od obłędu jakby odrobinkę bardziej oddalona, porzuciłam też komputer i zamiast tego siedziałam przy stoliku z flaszką piwa, słuchając jednostronnie niezwykle kuriozalnej rozmowy telefonicznej, jaką prowadziła Vici ze swoją mamą. Acha… Mama, co ty mówisz, jaki ptak??? … Acha…. Wleciał wam do ogrodu? I co robi? CO? Siedzi tacie na ramieniu i śpi?!? To musi być jakiś oswojony ptak, weżcie go do domu… A, nie można, bo wszędzie robi… Hm, a do tej pory co robił? A, jadł makaron. I coo? Pił szampana??? Czekaj, a skąd wy tam mieliście szampana?? A, stał na stole… Dobra, mama, to zostawcie go w ogrodzie, i dajcie mu coś do jedzenia, co on w ogóle je? A, no tak, makaron. Z sosem pomidorowym. Tak, tak, ja też was całuję, miłego wieczoru.

I wiecie co? Myślę, że pomogło. Gadałyśmy jeszcze potem o rzeczach smutnych i poważnych, ale to ptak był decydujący. Może ten ptak to było uosobienie Opatrzności..???

Leave a comment »

W związku

W związku z tym, że jest lato, wylazły mi na twarzy brązowe plamy, pamiątka po urlopie w Hiszpanii, a na reszcie cielesnej powłoki całkiem przyjemna opalenizna.

W związku z tym, że nie mamy wprawdzie Boga Miłości po naszej stronie ale za to mamy siebie, urządziłyśmy sobie w piątek tak zwany babski wieczór, składający się z ukwieconego balkonu, świeczek, słonych paluszków, trzech butelek prosecco i trzech osobników żeńskiej płci. Babski wieczór był niezwykle wesoły, obfitujący w niecenzuralne tematy i miał swoją kontynuację na rynku głownym, a ściślej mówiąc na schodkach przed słynną fontanną Karola Wielkiego, gdzie najpierw podrywali nas sympatyczni Holendrzy, a potem, możliwe że pod wpływem koktajlu Touch Down, nastroje zmieniły nam się na takie bardziej rzewne, całe szczęście już bez Holendrów. 

W związku z tym, że głupia jestem jak próchno, smutno mi dziś tak samo jak mi gorąco, i ani na jedno, ani na drugie nic nie potrafię poradzić.

Leave a comment »