Archive for Czerwiec, 2010

Smutno

Zabawa w gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu się skończyła definitywnie. Mejl, jaki wreszcie raczyłam wystosować, był suchy, chłodny i rzeczowy i kończył się stanowczą prośbą niedyskutowania ze mną na temat czy mam powód być aż tak zła, żeby zerwać z nim wszelki kontakt, czy też nie, bo mnie jego zdanie na rzeczony temat zwyczajnie nie interesuje. I po raz pierwszy, o ironio, prośba ma została spełniona. I jakoś nie cieszę się wcale. Złośliwa satysfakcja i mściwa radość natomiast, jakie odczuwałam wczoraj podczas meczu z Brazylią, napełniły mnie głębokim niepokojem, nie podejrzewałam siebie bowiem o tak silne uczucia w stosunku do Bogu ducha winnej chilijskiej reprezentacji.

I myślę, że ten smutek, na który w napięciu czekałam, teraz to już chyba przyszedł, przyszedł definitywnie, choć na razie ciągle jeszcze bez łez, wiem, że moja decyzja była słuszna, bo czegoś takiego nie dało się wytrzymać ani sekundy dłużej, ale mimo wszystko smutno mi jak cholera.

I jakby tego było jeszcze mało, jutro mi wyjeżdża Reyes, i kto mnie teraz będzie podtrzymywał na duchu i mówił, że jestem campeona i warta un montón, i żebym kończyła te studia i przyjeżdżała do niej do Niujorku, bo to miasto dla mnie, i mnie ściskał, i dawał kuksańce, i dbał żeby mój hiszpański zachował swą najczystszą formę, i machał flagą na meczach Hiszpanii i tak cudownie poprawiał samopoczucie?????

Bu 😦

Leave a comment »

Niedziela była doskonała

Od samego początku, bo obudziłam się około dziesiątej godziny bez śladów kaca, najmniejszych, mimo że w łóżku byłam o wpół do piątej, a w środku mnie znajdowało się jedno piwo, dwa dżiny z tonikiem i jedna wódka z czymś truskawkowym. Z przewagą wódki. Obudziłam się więc wielce zadowolona z powyższego, wstałam, spożyłam śniadanko, wzięłam prysznic i włożyłam bikini, po czym udałam się do mojej przyjaciółki Vici, z którą byłam umówiona, a która nie wierzyła, że nasza randka dojdzie do skutku, bo imprezę porzuciła kiedy ja nie doszłam jeszcze nawet do tej ostatniej wódki, i razem z nią oraz jej przyjaciółką Gosią, również rodem z Polski, krótko po trzynastej opuściłyśmy mieszkanie Vici. By zaraz do niego wrócić, Vici bowiem zapomniała włożyć butów, z czego zdała sobie sprawę dopiero na schodach. W drodze nad jezioro zabłądziłyśmy zaledwie trzy razy i dowiedziałam się wreszcie co sie dzieje jeśli na leśnej drodze z górki, ledwo mieszczącej jeden samochód, nagle pojawią się trzy z przeciwka. Jeden mianowicie musi jechać do tyłu, aż znajdzie kawałek szerszego, wjechać prawie na drzewa w lesie i przepuścić owe trzy. Pech chciał że jednym byłyśmy my, a Vici niezabardzo potrafiła jechać do tyłu.

Nad jezioro dotarłyśmy, w jednym kawałku i z niepodrapanym autem, a to się wszakże liczy. Woda była zimna jak nieszczęście, nie przeszkodziło nam to jednakże wykąpać się w niej natychmiast. Z oglądania meczu po niewielkim namyśle postanowiłyśmy zrezygnować i w efekcie miałyśmy przez dwie godziny jezioro tylko dla siebie, cała ludzkość poleciała bowiem na górę do knajpy, gdzie był telewizor.  Czterech trumfalnych wrzasków wysłuchałyśmy siedząc okrakiem na desce na środku jeziora, i przy okazji odkryłyśmy tam trójkąt barmudzki, czyli miejsce, z którego nie dawało się ruszyć w żadnym kierunku. Obojętnie w którą stronę by nie wiosłował, cholerna deska kręciła się w kółko i Vici wyraziła obawę, że być może przyjdzie nam tam umrzeć, bo obranie kierunku z powrotem graniczyło z cudem.

Cud się jednakże wydarzył, bo nie siedzimy tam do tej pory, i po odpoczęciu i wyschnięciu, około dziewiętnastej z żalem zdecydowałyśmy się ruszyć z powrotem. A w drodze powrotnej zrobiono nam ładne zdjęcie, bo pewne byłyśmy wszystkie granitowo, że można tam było jechać siedemdziesiąt i Vici, w obawie przed zdjęciem właśnie, kurczowo się tej siedemdziesiątki trzymała, kiedy okazało się że otóż chała, pięćdziesiąt. Obawiam się że na zdjęciu się nie uśmiechamy.

Ale niedziela i tak była doskonała.

Leave a comment »

I słowo ciałem się stało

Pamiętacie tę scenkę sytuacyjną? Oto więc dziś po południu się spełniło i po wywołaniu przeze mnie średniej wielkości awantury przeciwko planom zatrzymania mnie w pracy godzinkę do półtorej dłużej, zdołałam postawić na swoim (nie bez pomocy Matthesa, nie do końca wytrzeżwiałego po wczorajszym przejściu Niemców do jednej czwartej finału i dzięki temu przyjaznego światu i ludziom) i około godziny trzynastej wsiadłam do samochodu Wisama. Samochodu, który wkrótce już mknął stosześciesiątką w kierunku oddalonego o jakieś 50 kilometrów jeziora. Z kamerą, dmuchanym pontonem, składanymi wiosłami i statywem na pokładzie. I mną w charakterze gwiazdy kręconego przez Wisama filmu krótkometrażowego, mającego umożliwić mu przyjęcie do prestiżowej szkoły Mediendesignu. Film zaczęliśmy kręcić już w zeszłym tygodniu i do szczęścia brakowało nam tylko tej jednej sceny, a mianowicie skakania przeze mnie z mostku do jeziora.

A ja tak. Najpierw rzecz jasna zakłopotałam się faktem skakania w bikini, nie tyle ze względu na możliwość przesunięcia się owego, ile na moje kształty, których nie uważam ostatnio za szczególnie bikinikompatybilne. Potem zakłopotałam się znacznie bardziej, skakania nienawidzę bowiem z całego serca, ostatni raz odważyłam się na to zuchwalstwo w wieku chyba jedenastu lat, woda była zielona, napiłam się jej ogromny haust, wpadłam w lekką panikę, wyśmiały mnie inne dzieciaki i ochota na skakanie przeszła mi dość skutecznie. Siedziałam więc teraz na moście dobrze ponad metr nad powierzchnią wody, który na dodatek okazał się być przystanią dla statków a nie normalnym mostkiem do skakania, w bikini, i nie wiedziałam czy wolę patrzeć na wodę, zieloną, a jakże, czy na własną fałdkę na brzuchu. Na domiar złego skok z mostku był jedynym sposobem wejścia do cholernej wody, brzeg był w tym miejscu całkowicie niedostępny, a ja wyobrażałam sobie jak to będzie.

ja: Ty, a jak tak się tylko zsunę, bez rozpędu, to też się zanurzę z głową?

W: (rzucając mi osłupiałe spojrzenie znad ustawianej na statywie kamery) Jasne że się zanurzysz z głową, całkiem już zgłupiałaś?

ja: Ojej, naprawdę??? Jesteś pewien?? … Nie, to ja nie skoczę. Nie mogę. … Dobra, skoczę, poczekaj sekundę … Ale tak bez rozpędu, tylko żeby się zamoczyć. … Nie, nie dam rady. … Dobra, dam. Już. Teraz. Za chwilę. … Ty, jesteś pewien, że tu jest dostatecznie głęboko???

W: To jest przystań DLA STATKÓW. Owszem, jestem pewien.

I wiecie co? Skoczyłam. Raz, drugi trzeci… Z rozbiegu. Na nogi. Zanurzając się znacznie głębiej, niż przy łagodnym zsunięciu z pozycji siedzącej. Skoczyłam z triumfalnym krzykiem, bo przezwyciężyłam swój strach. I było to tak strasznie fajne popołudnie, i widok mojej osoby, również utrwalony na digitalnej taśmie, włażącej z powrotem na mostek z chwiejnego pontona, metodą posuwną, zupełnie godną foki, oraz drugi widok, mnie siedzącej w pontonie i rozpaczliwie wmanewrowującej idiotyczną gumową bułę w krzaki, i Wisama płaczącego u góry ze śmiechu wynagrodził mi z nawiązką czerwone pręgi na brzuchu, zakwasy w ramionach, dwa potworne siniaki na udach i zrujnowany pedikiur, że o fryzurze  nie wspomnę.

Comments (1) »

Eh

Chyba jakaś tępa jestem, ale zupełnie nie rozumiem, czemu ma służyć strategia strugania idioty i pisania mi mejli jak gdyby nigdy nic się nie stało, przy jednoczesnym niekomentowaniu faktu mojego kamiennego milczenia. Potraktować to jak zupełne lekceważenie mojej osoby? Założyć, że on NAPRAWDĘ myśli, że któregoś dnia odpiszę, tak z rozpędu może, albo się zapomnę?

I najgorsze jest to, że gdyby strategia była inna, gdyby napisał przykro mi, zachowałem się jak idiota, to pewnie dałabym się narwać.

Albo nie, jeszcze gorsze jest, że kiedyś mu się znudzi pisanie czegokolwiek, i że mnie się to w tym momencie wydaje najgorsze.

Eh, ja gupia.

Leave a comment »

Widzę

Że byłam wręcz niewyobrażalnie głupia myśląc, że usuwając go z fejsbuka usunę go także z życia. I że będzie, jakby nigdy go w tym życiu nie było. I że tym razem wziął na serio moje słowa.

8 dni był spokój, aż do wczoraj. Koło godziny 14.00 zadzwonił telefon domowy, a ja, owinięta w ręcznik, bo byłam biegać i właśnie wyszłam spod prysznica, wybałuszonymi oczami gapiłam się na wyświetlony numer kierunkowy z Konstancji. Nie minęła nawet minuta, kiedy zadzwoniła komórka. I znowu. I znowu. A ja siedziałam na wannie, trzęsąc się z nagłego zimna i zatykałam sobie uszy, i czułam że za chwilę zwymiotuję, tym razem zupełnie bez pomocy papierosa.

Około 23 telefon domowy zadzwonił ponownie, tym razem numer był ukryty. Nie odebrałam, ale przez skórę czułam, że to on, a złe fluidy latały w powietrzu ze świstem.

Wiedziałam, że następny w kolejce będzie e-mail i nie pomyliłam się. Próbowałem się dziś z tobą skontaktować, ale niestety byłaś nieosiągalna. Nic, będę dalej probował. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej.

A ja właśnie zaczynam czuć się zdecydowanie gorzej, i zupełnie nie wiem jak dalej postąpić.

Leave a comment »

Dziś będzie o czymś innym

Bo jestem zupełnie pewna, że dość już macie czytania o moich sercowych perypetiach, a ja tak naprawdę nie mam w tym temacie nic więcej do powiedzenia, ha, i tu nasuwa mi się dygresja, a mianowicie pacholęciem będąc, jeszcze w szkole podstawowej, brałam udział w jakiejś patriotycznej akademii czy apelu, i mówiłam wierszyk. Jaki, nie pamiętam, pamiętam natomiast dwa wersy wierszyka, który mówił ktoś inny, a mianowicie Bez tej miłości można żyć/mieć serce suche jak orzeszek. Wierszyk traktował rzecz jasna o miłości do ojczyzny, ale ja dokładnie, jota w jotę tak właśnie się czuję. Sucha. Jak orzeszek.

Koniec dygresji, bo ja nie o tym chciałam. Zaprawdę powiadam wam, że Bóg Miłości być może mnie (chwilowo) opuścił, ale Bóg Wyprzedaży z pewnością nie! A było tak.  Po wnikliwym obejrzeniu dolnej części mnie, stwierdziłam dziś kategorycznie, że potrzebuję albo nowe stopy, albo nowe buty, te pierwsze bowiem znajdowały się w opłakanym stanie. Od wymyślnych sandałów z ćwiekami i ciasnym zapięciem zmaltretowane w kostkach i na grzbietach, jakby mi było mało czarnych pięt, od sandałów zeszłorocznych, mniej wymyślnych aczkolwiek też z ćwiekami, zmaltretowane na podeszwach, od szykownych beżowych czółenek w kolorze nude zmaltretowane na małych palcach, a do tego wszystkiego bez śladu jakiegokolwiek pedikiuru. Widok pożałowania godzien. Zdeterminowana, z mocnym postanowieniem zakupu sandałów idealnych czyli a) płaskich, b) z karmelowej skóry, c) niecisnących NIGDZIE, d) tanich, po odchichotaniu co moje na poczet porażki Niemców na mundialu, ruszyłam w miasto na poszukiwanie owych. I wiecie co? Znalazłam!!! Szczęśliwa jak prosię w deszcz przymierzyłam, dałam 25 euro (jeszcze wczoraj 50! Ha!) i w podskokach wyleciałam ze sklepu. W domu dokonałam kąpieli stópek w pachnącym żelu, obszorowałam pięty, opiłowałam pazury, nałożyłam krwisty lakier, a po jego wyschnięciu najgenialniejszy krem jaki kiedykolwiek miałam i już byłam posiadaczką seksownych stóp!

Fajnie.

Szkoda tylko, że jutro, jak i w nadchodzących dniach 13 stopni i deszczyk. Przelotny.

Leave a comment »

Que ser valiente no salga tan caro, que ser cobarde no valga la pena

Tak sobie myślę, że ja niewątpliwie muszę być w jakiś sposób znieczulona i zastanawiam się kiedy mi to znieczulenie przestanie działać. Bo żeby tak nic, zupełnie, absolutnie? Czy ja się może cały czas myliłam odnośnie tego, czym on dla mnie był i ile znaczył? Czy też mylę się teraz i stosuję wysoce zaawansowane wypieranie? Żadnego i will love again. Żadnych mściwych monologów, żadnego jeszcze zobaczysz… pożałujesz… zobaczymy kto za kim zatęskni… To raczej moje przyjaciółki częstują mnie takimi tekstami, a mnie śmiech pusty ogarnia, bo jako kit wciskany w ramach pociechy mi to niepotrzebne (pociechy? Po czym?), a realna ocena sytuacji knowing me knowing you mówi mi wyraźnie jak sołtys krowie na miedzy, że otóż chała. Wcale nie zobaczy, nie zatęskni i nie pożałuje. Bo mu wszystko jedno. Żegnaj Gienia świat się zmienia.

Usunęłam z zasięgu wzroku stojące na komodzie zdjęcia. Usunęłam go z listy kontaktów na skajpie. Usunęłam go z listy „przyjaciół” na fejsbuku. Nie wiem, czy to zauważył i nie interesuje mnie to wcale. A wcale. A wcale.

Przez ostatni tydzień nie bylam smutna ani przez sekundę, wręcz przeciwnie. Przez ostatni tydzień naprawdę dobrze się bawiłam. Nie wiem, co będzie jak impreza się skończy, a znieczulenie przestanie działać. Ale czyż nie na tym polega cała ta zabawa? Że się nie wie? I żeby nie wiedzieć? Que nunca sepas ni cómo ni cuándo, ni ciento volando, ni ayer, ni mañana?

Leave a comment »